Wczoraj uratowałem jerzyka. A było tak: późnym popołudniem usłyszałem straszny pisk i przez okno zauważyłem wielką wronę niosącą w dziobie jakiegoś biednego ptaka. Gdy wylądowała z nim na chodniku po drugiej stronie ulicy udało mi się ją spłoszyć. Zanim do niego zszedłem ona znów go atakowała... Ostatecznie zabrałem tego biedaka i zaopiekowałem się nim (był bardzo zestresowany i mokry od deszczu). Wrona była tak wściekła, że gdy usiadła na pobliskim dębie to waliła dziobem, aż "odrąbała" nim gałązkę... Dziś zabrałem jerzyka (ochrzczonego Jurkiem ) do weterynarza, a potem zawiozłem go do Ptasiego Azylu przy zoo.
A towarzyszył mi w tym wszystkim Poljot