Był, był - zajmował stanowisko głównego księgowego.
Dziadek opowiadał mi, że po opuszczeniu (po roku) aresztu (polityczny areszt na ul. Cyryla i Metodego - "kolega" doniósł na dziadka; panowały w nim bardzo trudne warunki, przeludnienie w celi, w której zamykali ludzi zdrowych i chorych na gruźlicę, prątkujących, prysznic raz w tygodniu, światła dziennego dziadek nie widział rok...) w 1950 roku, dziadek zachorował na gruźlicę. Nie mógł dokończyć szkoły. Przez rok leczył się w Otwocku. Gdy doszedł do siebie to "w nagrodę" musiał układać drogę z kostki brukowej na Hel... Opowiadał, że był wtedy strasznie głodny. Do jedzenia dawali im tylko słone śledzie i czarną kawę.
W końcu dokończył szkołę, zrobił kurs księgowości i w wieku 24 lat został księgowym w państwowym przedsiębiorstwie (nie pamiętam jakim, ale mam dokumenty). Mówił, że był bardzo szanowany, wszyscy kłaniali się w pas. Potem dziadek zrobił studia prawnicze (a już wtedy miał dwoje dzieci). Nie było łatwo, ale osiągnął sukces. I pomyśleć, że w dzisiejszych czasach ludzie na wszystko narzekają...
Dziękuję! Mam jeszcze Delbanę z początku lat 60. i Omegę De Ville z lat 80.