Taka sobie historia.... Zegarki zawoziłem do majstra ponad 80 km od domu bo to był fachowiec, stare daty, drogi ale stawiał na nogi cenne dla mnie egzemplarze. Pół roku temu zanim zacząłem chorować przywiozłem mu dużą partię do zrobienia. Zawsze zostawiałem kilka sztuk bo robił sobie powoli w wolnym czasie. Tym razem trafiło się parę świetnych egzemplarzy do postawienia na nogi i dodatkowo kilka do zrobienia na sprzedaż. Uzbierało się pewnie ze dwadzieścia sztuk. I to tych z wyższej półki za spory pieniądz. Chorowałem i dopiero niedawno zrobiłem się bardziej mobilny to pojechałem odebrać chociaż cześć zrobionych. No i klops. Majster w międzyczasie zmarł ..... warsztatu nie ma, nikt nic nie wie, telefon, który miał został odłączony. W ten sposób zatrzymał się rozwój mojej kolekcji na dosyć długi czas, bo nie jestem w stanie odzyskać tego co zainwestowałem szybko. Ot przestroga na przyszłość co by jednak za dużo w jednym miejscu nie zostawiać i jednak smutno, że się fachowcy wykruszają. Na osłodę i żeby zachować równowagę w przyrodzie straciłem coś rosyjskiego - doszło coś rosyjskiego. Strasznie fajne są te koty. No i jakiego kota może mieć ktoś kto ma kota na punkcie radzieckich zegarków. Tylko rosyjskiego niebieskiego [emoji3]