Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...
eye_lip

Co nam w ....CD (i nie tylko) gra?

Rekomendowane odpowiedzi

Niedawno pisałem (znowu!) - chociaż krótko - o tej płycie, ale cóż zrobić: rocznica to rocznica!  :D

3 czerwca 1985 roku wyszedł album „Boys And Girls”. 

Można oczywiście wskazywać na różne momenty kariery Bryana Ferry’ego: Roxy Music, „Avalon”, solowe interpretacje standardów, cały ten arystokratyczno-dekadencki wizerunek człowieka, który wygląda, jakby nawet melancholię zamawiał w dobrze skrojonym garniturze. Ale jeśli miałbym wskazać jego prawdziwe opus magnum, postawiłbym na „Boys and Girls”.
To album, na którym Ferry w pełni staje się sobą - już nie jako frontman Roxy Music, nie jako interpretator cudzych piosenek, nie jako stylowa figura z pogranicza popu, art rocka i retro-elegancji, ale jako kompletny autor własnego, autonomicznego świata.
„Boys and Girls” brzmi jak nocny luksus podszyty samotnością. Wszystko jest tu wypolerowane, eleganckie, wysmakowane - ale pod tą perfekcyjną powierzchnią czuć chłód, pustkę i emocjonalne zmęczenie. To nie jest album „ładny” w banalnym sensie. To płyta o pięknie, które już wie, że niczego nie ocali.
Produkcja jest absolutnie mistrzowska: przestrzeń, rytm, gitary, syntezatory, saksofon, chórki - wszystko działa jak elementy jednego, perfekcyjnie zaprojektowanego wnętrza. Nie sposób wymienić całego zestawu muzyków, którzy brali udział w nagraniu albumu, ale byli wśród nich m.in. Omar Hakim, Tony Levin, David Gilmour, Mark Knopfler, Nile Rodgers, Neil Hubbard, Keith Scott, David Sanborn, Marcus Miller...

Ale najważniejszy jest głos Ferry’ego: zawieszony między uwodzeniem a rezygnacją, bardziej sugerujący niż deklarujący. On tutaj nie musi krzyczeć, żeby brzmieć dramatycznie.

„Slave to Love” to, oczywiście, jeden z najwspanialszych utworów w historii muzyki pop – niektórzy nawet twierdzą, że najlepszy w ogóle, ale cały album jest czymś większym niż suma znakomitych piosenek. To zamknięty świat. Elegancki, nocny, trochę filmowy, trochę hotelowy, trochę pusty po imprezie, która skończyła się zbyt późno. Ktoś kiedyś powiedział, że na tej płycie Bryan Ferry to taki „James Bond rock’n’rolla i pop”… ;) 
Dla mnie „Boys and Girls” to moment, w którym Bryan Ferry doprowadził swoją estetykę do absolutnej pełni. Wszystko, co było wcześniej: glamour Roxy Music, fascynacja stylem, dekadencją i popową elegancją, a nawet bliski doskonałości romantyczny chłód „Avalon”, tutaj zostaje skondensowane w jedną perfekcyjną formę.
Dlatego uważam, że „Boys and Girls” to opus magnum Bryana Ferry’ego. Nie dlatego, że to po prostu jego najbardziej znana solowa płyta. Dlatego, że to album, na którym jego styl osiągnął najczystszą, najbardziej dojrzałą i najbardziej niepodrabialną formę.

 

 

 

 

 


WARTO POMAGAĆhttps://www.siepomaga.pl

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.