Wybaczcie, że cytuję post sprzed 11 lat, w dodatku... swój własny Ale oto obejrzałem mój film weekendu - czyli oczywiście francuską "Cenę strachu". Trochę czasu mi to więc zajęło, jak widać. Obejrzałem wersję dwuipółgodzinną. I cóż, pierwszych 30 minut rzeczywiście można by skondensować do 7-10 minut. A może nawet w ogóle zacząć od 30 minuty, zwłaszcza, że o bohaterach i tak wiemy znacznie mniej niż w wersji wyreżyserowanej przez Williama Friedkina. Ale to, co zaczyna się od 30. minuty, to istny filmowy taran. Nie dziwię się, że legenda tego filmu jest wciąż żywa i do dziś tak wielu do niego wraca. Ciekawe, czy Camus, a zwłaszcza Malraux wypowiadali się gdzieś na temat tego filmu - bo jest tu wiele z ducha powieści tego drugiego. A do amerykańskiej wersji postaram się za jakiś czas wrócić - 11 lat temu bardzo mi się podobała.
Poza tym:
- "Krajobraz po bitwie" - chyba najbardziej ponury film Wajdy. Ciekawy dźwiękowo, muzycznie i wizualnie. Absurd świata tuż po wojennej katastrofie. I chyba jedyny film, jaki widziałem, którego napisy końcowe są... namalowane na wagonach, co ma oczywiście mocne uzasadnienie. To Wajda z najlepszego czasu swej twórczości, więc warto znać.
- "Bez wyjścia" - rzadko oglądam kino koreańskie, i w ogóle azjatyckie. "Służąca" i "Podejrzana" tego reżysera podobały mi się bardziej, tu już jest więcej takiego typowego dziwnego azjatyckiego odjazdu, ale nie żałuję. Bohater nosi Timexa (w "Podejrzanej", jeśli dobrze pamiętam, ważny był Rolex). Co ciekawe, adaptację tej samej powieści zrobił 20 lat temu Costa-Gavras.