Dziś 15 marca 2026 r. Tego dnia mija 10 lat od daty śmierci japońskiego pianisty jazzowego - Ryo Fukui. Fukui to intrygujący artysta, gdyż przygodę z muzyką zaczął dość późno, bo w wieku 18 lat. Wówczas sięgnął po akordeon, by cztery lata później rozpocząć naukę gry na fortepianie. Co więcej, był samoukiem, a to samo w sobie jest dość zadziwiające. Oczywiście na naukę gry na pianinie w teorii nigdy nie jest za późno i można nawet osiągnąć umiejętości dające możliwość brzdąkania w zaciszu domowym. Jednak gra predestynująca do nagrywania płyt oraz tworzenia kompozycji wymaga biegłości znacznie wykraczającej poza amatorskie zdolności zwłaszcza na polu jazzowym. Fukui niewątpliwie miał talent pozwalający wyrosnąć ponad przeciętność. Niemniej od razu nadmienię, że daleko Japończykowi do Billa Evansa czy Ahmada Jamala. Co prawda dźwięki stawia pewnie, z mocną artykulacją, ale jego gra jest jednowymiarowa, co po jakimś czasie zaczyna nudzić. Przydałoby się trochę żonglerki nastrojem, zwiewności, różnicowania siły z jaką atakowany jest dźwięk. Jeżeli przebrniemy przez tę jednostajną grę Fukui, to w twórczości Japończyka odnajdziemy mnóstwo pięknych melodii, które nie są tłamszone szaleńczą improwizacją „gnębiącą” temat kompozycji. Oczywiście nie jestem przeciwny improwizacji (jeszcze na głowę nie upadłem), ale czasem człowiek potrzebuje oddechu od „rzeźni”, choćby to była sztuka przez wielkie „S”. Miło jest zrelaksować się przy dobrej muzyce, która co prawda nie podąża w rejony nietuzinkowej maestrii, ale nadal jest jakościowa. W końcu nie każdy musi być Mozartem, Chopinem czy Lisztem aczkolwiek Fukui, jak na samouka, osiągnął ponadprzeciętną biegłość gry na fortepianie, która w odbiorze sprawia dużo radości. Muzyka Fukui jest prosta, lekka, więc może przypaść do gustu początkującym fanom jazzu. Od czegoś trzeba zacząć, a ułatwia to twórczość Japończyka, w której odnajduję melodyjność albumu „Time Out” Dave’a Brubecka. Co prawda płyta Brubecka potrafi też zachwycić nietypowymi podziałami rytmicznymi, jakie trio Fukui traktuje dość oszczędnie, ale i tak jest świetnie. Dziś do posłuchania wybrałem dzieło pt. „Mellow Dream” dla relaksu bez napinki, co i Wam polecam. Warto.