Otóż Wolluhn został przywieziony przez mnie z Berlina, Nierlich i Latarnia są nabytkami krajowymi, poznańskimi. Kupując pierwszy z zegarów myślałem, że to tak łątwo będzie, raz w roku kupię sobie jakiegoś rodzynka i już. Ale niestety, próżny trud, znaleźć coś naprawdę przyjemnego jest już prawie niemożliwe. Generalnie kupując tego typu zegary trzeba już wejść w "zaklęte rewiry". Mam zdjęcie z 1971 pokazujące kolekcję Pana nazwijmy go X. Była przeogromna a zegary takie jak moje leżały tam na stosach gdyż na ścianach wisiały tylko dobre fanty. Pan postanowił sprzedać swą ogromną kolekcję. Aby jednak kupić coś od X trzeba było mieć tzw. "wprowadzajacego", któremu X ufał. Następnie trzeba było trafić na dobry humor X oraz zapewnić iż chce się kupić minimum pięć zegarów, ma się na to odpowiednią ilość gotówki a wyboru dokona się w ciągu trzech minut... To były czasy. Chciałbym wybrać się na giełdę antykową do Wiednia, ponoć czasami jeszcze można tam wyrwać coś ciekawego, a zwłaszcza niekombinowanego