Jump to content
Search In
  • More options...
Find results that contain...
Find results in...

Gondi

Użytkownik
  • Content Count

    157
  • Joined

Community Reputation

40 Początkujący

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Lokalizacja
    Kraków

Recent Profile Visitors

213 profile views
  1. Mnie tu nie ma. Ciiii
  2. Nośne słowo w światku zegarkowym 😄
  3. Przyczynkiem do powstania poniższego opracowania był zakup pewnego artefaktu, a miało to miejsce ponad trzy lata temu. Geneza zakupu zdaje się być banalna – ot typowy dla Czasoholika wieczór spędzony na przeszukiwaniu zegarkowych ofert sprzedaży na portalach ogłoszeniowych. W zasadzie nie pamiętam czy chciałem zaspokoić głód chęci nabycia nowego zegarka, czy tylko ciekawość pchała mnie do kolejnych przesunięć palca na liście ogłoszeń w mobilnej aplikacji Allegro. W każdym razie ostatecznie moją uwagę przykuło ogłoszenie, którego przedmiotem nie był zegarek naręczny, a w tytule tegoż ogłoszenia pojawiła się nazwa znanego i cenionego producenta zegarków. Początkowo pomyślałem, że to tylko zbieżność nazw, bo nie słyszałem wcześniej, by marka Longines produkowała... radioodbiorniki. Ciekawość sięgnęła zenitu. Szybkim, energicznym i zdecydowanym „tąpnięciem” otworzyłem ofertę, po czym ukazała się galeria zdjęć przedstawiająca dziwne urządzenie, w skład którego wchodziły radioodbiornik oraz zintegrowane z nim lampka i zegar, oraz oddzielny głośnik satelitarny. Na obudowie, zarówno radia, jak i głośnika, widniała sygnatura „The Longines Symphonette”. Pojawienie się nazwy znanego producenta zegarków jeszcze o niczym nie świadczyło, ale gdy na tarczy zintegrowanego zegara ujrzałem sygnaturę Wittnauer przeczucie podpowiedziało, że to nie może być przypadek. Aukcja zbliżała się ku końcowi, zostało niewiele czasu na szukanie informacji mających poświadczyć udział marki Longines w branży audio, ale ten Wittnauer na tarczy... Ten Wittnauer, który przecież od 1950 roku tworzył wraz z firmą z Saint-Imier spółkę Longines-Wittnauer Watch Company… Nim się obejrzałem na moim biurku stał zestaw „The Longines Symphonette”, a ja byłem bogatszy o wiedzę dotyczącą pewnego mało znanego wycinka z historii jednej z najbardziej zasłużonych firm zegarmistrzowskich świata. Jak się okazało po bliższym przyjrzeniu się tarczy zegara była to wiedza niekompletna. Oczekując na przesyłkę postanowiłem zgłębić wiedzę na temat poczynionego zakupu, co nie było wcale łatwe, bo o ile nie było problemu z odnalezieniem podstawowych informacji związanych z frazą „longines symphonette”, o tyle w przypadku próby rozwinięcia pewnych wątków najczęściej trafiałem na milczące fora zegarkowe. Zrozumiawszy, że internetowe byty zegarkowe stanowią czarne dziury w kontekście powiązań marki Longines ze światem audio, poszukiwania przekierowałem w inne rejony - bliższe muzyce i szerokopojętemu przemysłowi muzycznemu. Tak oto udało się dowiedzieć, że Longines w latach czterdziestych był sponsorem bardzo popularnej audycji radiowej o nazwie... Longines Symphonette. Audycja ta skupiała się na odtwarzaniu wcześniej nagranych utworów z kategorii muzyki klasycznej. Pierwotnie program był nadawany w latach 1943-1949 na antenie komercyjnej amerykańskiej stacji radiowej Mutual Broadcasting System, a następnie do roku 1957 na antenie radia CBS. Audycja przez cały okres swojego istnienia była prowadzona przez Franka Knighta. Do osoby pana Knighta wrócę jeszcze w dalszej części tekstu. W latach sześćdziesiątych, ówczesny prezes Longinesa, pan Alan Cartoun wraz ze swym synem Fredem wpadli na pomysł, by wykorzystać niesłabnącą popularność nieistniejącego już programu i na kanwie jego popularności stworzyć wytwórnię muzyczną podległą pod Longines-Wittnauer Watch Company. W tym celu w roku 1968 spółka Longines-Wittnauer wykupuje Capitol Records Direct Marketing Corporation, a następnie powołuje do życia spółkę The Longines Symphonette Society z siedzibą w New Rochelle w Nowym Jorku, na czele której staje wspomniany już Fred Cartoun. Działalność nowo powołanej spółki wiąże się z nagrywaniem i dystrybucją muzyki na płytach winylowych i kasetach, z działalnością producencką i wydawniczą programów radiowych i telewizyjnych, aż po produkcję odbiorników radiowych oraz telewizyjnych. W pewnym momencie jej działalność staje się tak rozległa i dochodowa, że sprzedaż zegarków spadła aż do 50% całkowitej sprzedaży prowadzonej przez Longines-Wittnauer Watch Company, o czym informował sam Fred Cartoun w wywiadzie, który ukazał się na łamach New York Times z dnia 08.09.1970. roku. Ostatecznie The Longines Symphonette Society zakończyło swoją działalność w roku 1974 i zostało odsprzedane Warner Music Group, które w latach 90 wydało reedycje nagrań, które wyszły spod ręki spółki córki Longinesa. Jakie były powody rezygnacji z prowadzenia dalszej działalności muzycznej przez The Longines Symphonette Society? Nie wiem, być może było to związane z kryzysem, jaki pojawił się wraz z rozwojem zegarków kwarcowych i przyłączeniem marki Longines do ASUAG (Société Générale de l'Horlogerie Suisse SA). Po zebraniu tych wszystkich informacji miałem już pewność, że poczyniony przeze mnie zakup to faktycznie radioodbiornik, który wyszedł spod ręki spółki podległej pod zegarkowego giganta. Ciekawość jednak nie została zaspokojona do końca, trapiło mnie pytanie, kto był faktycznie odpowiedzialny za jego produkcję. Mając w pamięci, że Longines we współpracy z Ebauche S. A. i amerykańskim Texas Instruments Inc. w roku 1972 wyprodukował w oparciu o technologię LCD swój pierwszy zegarek cyfrowy, założyłem, że to właśnie ten ostatni podmiot odpowiadał za produkcję radio i teleodbiorników na zlecenie Longinesa. Ten strzał „po jednej nutce” okazał się błędny, ale jednak nie do końca. Jak się okazało Texas Instruments odpowiadał za produkcję kalkulatorów pod nazwą The Longines Symphonette. Takiego odkrycia się nie spodziewałem. To był strzał na ślepo, a jednak w tarczę, choć daleko od „dziesiątki”. Postawione pytanie pozostało bez odpowiedzi, aż do momentu otrzymania przesyłki, a przynajmniej tak mi się wydaje. Po wypakowaniu zawiniątka zabrałem się za podłączenie radia i sprawdzenie czy działa. Zapomniałem wcześniej napomknąć, że musiałem dokupić konwerter napięcia, by móc podłączyć sprzęt do prądu, wszak ten był przeznaczony na rynek amerykański. Po podłączeniu do sieci ciepły dźwięk wydobywający się z głośników zaczął muskać me uszy, a sekundowa wskazówka zegara cieszyła płynną pracą. Przyszedł czas na dokładniejsze oględziny nabytku. Radio zachowane było w bardzo dobrym stanie, stroiło, grało, zegar wskazywał czas, dało się go ustawić, funkcja alarmu również działała bez zarzutu, lampki po dziś dzień nie przetestowałem. W pewnym momencie zwróciłem uwagę na niewielką sygnaturę umieszczoną na dolnej części cyferblatu zegara: „clock movement made in U.S.A. * dial made in Japan”… No tak, jeszcze Japończyków w tej całej historii brakowało. OK - pomyślałem, może ten japoński trop zaprowadzi mnie po odpowiedź kto produkował sprzęt audio dla Longinesa. Zacząłem przeszukiwać Internet i tak trafiłem na stronę radiomuseum.org, gdzie znalazłem kilkanaście różnych modeli radioodbiorników, gramofonów i hybrydowych konstrukcji łączących odbiorniki telewizyjne z radiowymi. I właśnie przy jednej z takich hybryd wyprodukowanej przez japońską firmę CROWN RADIO JAPAN trafiłem na adnotację, że taki sam model był sprzedawany na rynku amerykańskim, a producentem było The Longines Symphonette. Crown było marką założoną w Tokio w latach sześćdziesiątych XX wieku przez spółkę Asahi Electric Co. Spółka produkowała elektronikę użytkową, taką jak boomboxy, gramofony, radia i telewizory. Co ciekawe, jednym z podwykonawców Crowna była polska Diora. Czy mój radioodbiornik został wyprodukowany przez firmę Crown? Tego nie udało mi się ustalić, ale biorąc pod uwagę powyższe informacje nie jest to wykluczone. Wróćmy jeszcze do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i pana Knighta. Longines, jak się okazało, działał nie tylko na rynku związanym z branżą muzyczną. W latach 1951-1955 miał swój własny program telewizyjny - Longines Chronoscope na kanale CBS Television, który był nadawany w poniedziałki, środy i piątki. Prowadzącym był właśnie pan Frank Knight. Każdy odcinek, a było ich 600, z czego zachowało się 483, trwał 15 minut. Longines Chronoscope był programem publicystycznym, w którym gościli znani politycy, publicyści, amerykańskie autorytety w tym między innymi: Eleanor Roosevelt, John F. Kennedy, Hubert H. Humphrey, Henry Wallace oraz...Tadeusz „Bór” Komorowski. Wywiad z Borem Komorowskim na łamach Longines Chronoscope jest jedynym zachowanym wywiadem telewizyjnym przeprowadzonym z generałem, a obejrzeć można go pod linkiem: Pozostałe odcinki można obejrzeć na stronie archive.org pod linkiem: https://archive.org/search.php?query=longines chronoscope Warto przejrzeć kilka, bo w zasadzie w każdym z nich na początku lub na końcu Longines lokuje swoje produkty. Na koniec, jeśli zastanawiacie się czy Longines w jakikolwiek sposób zegarkowo nawiązał do okresu, w którym święcił triumfy za sprawą spółki córki na arenie branży muzycznej, to tak, nawiązał. Otóż marka wypuściła całą linię damskich zegarków kwarcowych utrzymanych w vintage’owym stylu pod nazwą „Symphonette”. Źródła: americanhistory.si.edu archive.org magazine-advertisements.com rateyourmusic.com tenwatts.blogspot.com nytimes.com boomboxes.com radiomuseum.org wikipedia.com longines.com
  4. Bardzo wszystkim dziękuję za miłe słowa Opracowanie ma już ponad 2 lata, było pierwotnie publikowane na łamach grupy Czasoholicy i portalu Zegarki i Pasja. Mam w zanadrzu jeszcze kilka opracowań, którymi planuję podzielić się w niedalekiej przyszłości na łamach forum
  5. Niniejsze opracowanie dotyczyć będzie wymienionej w tytule czeskiej marki Prim, a w zasadzie dwóch firm, które produkują zegarki pod tą marką. Jak to możliwe, że dwie niezależne firmy z tego samego kraju zajmują się produkcją zegarków o tej samej nazwie? Jak do tego doszło? Jakie niesie to za sobą konsekwencje? Aby odpowiedzieć na powyższe pytania musimy cofnąć się w czasie. RYS HISTORYCZNY Przemysł zegarmistrzowski na ziemiach czeskich w Austo-Węgrzech rozwijał się w XIX wieku za sprawą filii dwóch niemiecki producentów - Schlenker & Kienzle w Chomutovie i Gustav Becker w Broumovie. Fabryki zajmowały się produkcją budzików i zegarów. Po upadku Austro-Węgier i powstaniu Czechosłowacji w 1918 roku, na terenie Czech poza wyżej wymienionymi niemieckimi producentami produkcją budzików i zegarów trudniły się niewielkie czeskie firmy takie jak; Ludvík Hainz, Jan Kulhavý czy Josef Tesař. W okresie międzywojennym Czechosłowacja, pomimo niespokojnych czasów związanych z ówczesną europejską geopolityką, należała do najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw Europy, co niewątpliwie sprzyjało również rozwojowi zegarmistrzostwa. W roku 1939 wybucha II Wojna Światowa, której koniec w roku 1945 przyniósł kolejne zmiany na mapach świata, przetasowania polityczne oraz ekspansję komunistycznego reżimu ZSRR, pod którego wpływami znalazła się również Czechosłowacja. Po zakończeniu wojny, z ziem czeskich rozpoczęto wypędzanie ludności niemieckiej, a w jej miejsce zaczęto osiedlać Czechów i Słowaków. Przesiedlenia trwały dwa lata. Jednym z miast, z którego przesiedlono większość ludności niemieckiej stanowiącej 90% jego mieszkańców, a które jest kluczowym dla tego opracowania, było Šternberk. Poniemieckie pustostany w mieście zostały zasiedlone przez ludność czeską i słowacką, a biorąc pod uwagę, że w trakcie wysiedleń Niemców wiele przedsiębiorstw zostało zniszczonych, dla nowo osiedlonych zaczynało brakować pracy. Lokalna władza zmuszona była zareagować na taki obrót spraw, dlatego, gdy pojawiła się informacja o zamiarach przeniesienia przygotowanego do produkcji budzików B60 zakładu Messap w Meziměstí koło Broumova poczynili skuteczne działania, by ów zakład został przeniesiony do Šternberk. 31 maja 1946 roku šternberkska fabryka tytoniu zostaje przekształcona w zakład produkcji budzików oraz różnego rodzaju zegarów, stając się filią założonego w Libercu państwowego przedsiębiorstwa CHRONOTECHNA. Dwa lata później, w Czechosłowacji pełnię władzy przejmują w drodze zamachu stanu komuniści z Komunistycznej Partii Czechosłowacji. W tym samym roku wszyscy producenci budzików i zegarów zostali znacjonalizowani. Większość upaństwowionych firm została włączona do Chronotechny. W roku 1949 w Nowym Mieście nad Metują powstaje zakład Chronotechny, który otrzymuje nie lada zadanie, jakim jest opracowanie i wdrożenie do seryjnej produkcji zegarków naręcznych, których do tej pory nikt w Czechosłowacji nie produkował. Było to zatem karkołomne wręcz zadanie, które wymagało zdobycia niezbędnej wiedzy specjalistycznej, przeszkolenia pracowników i opanowania szeregu bardzo wymagających technologii wykorzystywanych przy produkcji zegarków. Większość maszyn do precyzyjnej produkcji mechanicznej została przeniesiona ze wspomnianej wcześniej firmy Messap, część sprowadzono z zagranicy - głównie z fabryki zegarków wschodnioniemieckich UMF Ruhla, a część zbudowano własnym sumptem na miejscu. Po pięciu latach prac nad zegarkiem naręcznym powstaje pięć prototypów, które wyposażono w mechanizm zbudowany na bazie kalibru R25 francuskiej firmy LIP. Tak narodził się SPARTAK – pierwszy naręczny zegarek wyprodukowany w Czechosłowacji. PRIM Narodziny legendarnej czechosłowackiej marki datuje się na rok 1956, w którym to firma CHRONOTECHNA rejestruje znak towarowy PRIM w obszarze produkcji budzików i zegarów ściennych. Od tego czasu wszystkie czasomierze powstałe w zakładach Chronotechny sygnowane są zastrzeżonym znakiem słowno-graficznym PRIM. W roku 1957 w zakładzie Chronotechny w Nowym Mieście nastała wiekopomna chwila – rozpoczęcie seryjnej produkcji zegarków naręcznych (produkcja objęła kilka tysięcy zegarków sygnowanych nazwą SPARTAK). Rok później Chronotechna rejestruje ten sam znak towarowy co w roku 1956 – tym razem w obszarze produkcji zegarków naręcznych i kieszonkowych, tym samym naręczne zegarki z Nowego Miasta sygnowane są w ten sam sposób, co budziki i zegary produkowane w zakładzie Chronotechna Šternberk. Taki stan rzeczy utrzymywał się do końca roku 1968, ponieważ z dniem 01.01.1969 roku zakład w Nowym Mieście zostaje przekształcony w niezależną spółkę państwową ELTON. Nazwa ELTON to akronim od słów ELECTRONIC TON, została przyjęta na cześć powstania w roku 1965 prototypów mechanizmów kamertonowych o tej samej nazwie, które wydawały charakterystyczny, brzęczący dźwięk (ostatecznie tylko Bulovie udało się wprowadzić do seryjnej produkcji werki z oscylatorem kamertonowym). Ponieważ ELTON stał się niezależnym od Chronotechny przedsiębiorstwem produkującym zegarki naręczne, pracownicy chcieli wyraźnie to podkreślić i odróżnić swoje wyroby od tych produkowanych w Šternberk. Na potrzeby tego pomysłu powstał nowy znak PRIM Jego autorem był pracownik ELTON – pan Josef Žid (do tego nazwiska jeszcze wrócimy w dalszej części tekstu), który należał do zespołu pracującego z powodzeniem nad rozwojem mechanizmó1) kwarcowych kaliber 200, 210, 220 i 100 (dwóch ostatnich nie wprowadzono do produkcji). Przez kolejne lata zarówno zakład Chronotechny w Šternberk, jak i ELTON skupione były na rozwoju swoich projektów. Lata 80. przyniosły zwrot w działalności obu spółek, kiedy to obie zostały włączone do bloku indywidualnych przedsiębiorstw krajowych, nad którymi pieczę sprawował krajowy konglomerat TESLA Electrical Components w Pradze (pierwotnie powstały w 1921 jako ELEKTRA), który był monopolistą w produkcji elektroniki na terenie Czechosłowacji. W roku 1980 Tesla została podzielona na cztery odrębne koncerny - Tesla Rožnov, Tesla Karlín , Tesla Brno i Tesla Bratysława. Chronotechna i ELTON trafiły pod jurysdykcję pierwszego z wymienionych. Brzemienna w skutkach okazała się decyzja z 1983 roku, podjęta przez ówczesnego prezesa Tesli Rožnov, który zapewne był, biorąc uwagę ówczesne realia, „wsadzonym na stołek” przez partię człowiekiem bez wyobraźni oraz umiarkowanej umiejętności przewidywania następstw swoich działań, które podjął bez żadnej konsultacji prawnej w zakresie praw do marki i znaków towarowych. Ów prezes mianowicie zdecydował, że używany przez ELTON znak PRIM również zostanie zarejestrowany jako znak towarowy, jego właścicielem będzie Chronotechna Šternberk, a ELTON będzie jedynie jego użytkownikiem. Kolejne lata przyniosły proces rozpadu rządów komunistycznych w bloku wschodnim w Europie Środkowo-Wschodniej, którego nasilenie przypadło na jesień 1989 roku. W styczniu opozycja czechosłowacka rozpoczęła demonstracje, podczas których żądano demokratyzacji życia publicznego. Przełomowym wydarzeniem była tak zwana „aksamitna rewolucja” - demonstrujący tłum zmusił rząd do oddania władzy w ręce opozycji. Vaclav Havel chwilę później został prezydentem, w roku 1990 odbyły się pierwsze wolne wybory parlamentarne, trzy lata później Czechosłowacja przestała istnieć, a w jej miejscu powstały dwa odrębne państwa – Czechy i Słowacja. Ten burzliwy czas transformacji niósł za sobą również zmiany gospodarcze. Otwarcie rynków i napływ konkurencyjnych produktów spoza rodzimego rynku skutkowało stopniowym wygaszaniem nierentownej produkcji, a jak się wydawało, jedyną słuszną reakcją mającą ratować przemysł i produkcję była prywatyzacja. PRYWATYZACJA Zarówno firmy Chronotechna, jak i ELTON przeszły restrukturyzację i ostatecznie zostały sprywatyzowane - Chronotechna w roku 1989. Trzy lata później z połączenia z niemiecką firmą „EUROPA Uhrenfabrik GmbH” powstała firma Eutech AS, która w dalszym ciągu zajmowała się produkcją budzików zarówno na rynek czeski, jak i dla niemieckich odbiorców. W roku 1995 nastał kryzys niemieckiej branży zegarmistrzowskiej, który ostatecznie przełożył się na stopniową agonię spółki Eutech AS, która w roku 2000 zaprzestała produkcji budzików, a rok później ogłosiła upadłość. ELTON natomiast po decyzji o zaprzestaniu produkcji własnych mechanizmów i zastąpieniu ich importowanymi, tańszymi konstrukcjami – głównie kwarcowymi werkami marki Ronda zdołał utrzymać produkcję zegarków. Ostatecznie został sprywatyzowany pierwotnie w roku 1993 za sprawą PRIM s. r. o., następnie w roku 1997 część spółki wykupuje ITec Group, Inc., która niebawem przechodzi proces likwidacji, a w roku 2000 zostaje wykreślona z rejestru spółek dzieląc się na dwie spółki handlowe - iTec CZ oraz ELTON hodinářská. Zakład produkcyjny zegarków przechodzi w ręce tego drugiego podmiotu, ale ten zabieg nie przynosi oczekiwanych skutków, bo firma zaprzestała produkcji i do roku 2006 jedynie montowała zegarki ze starych zapasów. Dopiero w roku 2009 ELTON hodinářská wznawia produkcję zegarków, niewątpliwie wpływ na to miało otrzymanie europejskich dotacji rzędu ponad 50 milionów koron. MILIONY KORON Z powyższych informacji wiemy już, że Chronotechna Šternberk, po decyzji podjętej w 1983 roku, stała się właścicielem praw do marki Prim oraz wszystkich znaków graficznych, którymi sygnowane były zarówno produkty wytwarzane w tym zakładzie, jak i zegarki produkowane przez ELTON. Wiemy również, że Chronotechna zmieniła się w drodze prywatyzacji w spółkę Eutech, a co za tym idzie, to właśnie Eutech posiadł wszelkie prawa do znaków towarowych PRIM. Po upadku Eutech Elton hodinářská podjął próbę odkupienia od spółki praw do marki proponując 10 milionów koron, ale oferta została odrzuca, a chwilę później Eutech odsprzedał prawa spółce… MPM-Quality MPM-Quality to powstałe w 1993 w mieście Frydek-Mistek położonym 25 kilometrów od granicy z Polską, przedsiębiorstwo wielobranżowe, które od początku swojego istnienia trudniło się importem, dystrybucją i sprzedażą asortymentu zegarmistrzowskiego, w tym oczywiście zegarków. W roku 1994 zapadła decyzja o stworzeniu własnej marki zegarkowej pod tą samą nazwą. Dziś spółka oferuje szereg usług i produktów – produkuje gadżety reklamowe, zajmuje się marketingiem, oferuje usługi graficzne, w swojej ofercie ma artykuły biurowe i szkolne, jest właścicielem hoteli i ośrodków rekreacyjno - wypoczynkowych. Od roku 2001 MPM-Quality jest również producentem biżuterii i zegarków marki...PRIM. PRIM VS PRIM Szereg decyzji sprzed lat i wynikające z nich skutki prawne doprowadziły do sytuacji, w której dwie niezależne od siebie czeskie spółki - MPM Quality i ELTON hodinářská – są producentami zegarków PRIM. Obie roszczą sobie wyłączne prawo do marki tocząc zacięte i nie zawsze czyste o to boje przed sądami. W bezpośrednich bitwach na produkty bezapelacyjnie wygrywa ELTON, który tworzy zegarki manufakturowo – jak sami przyznają, 90% komponentów produkują pod własną strzechą, co więcej, ELTON produkuje mechanizmy „in-house”! (korzysta również ze szwajcarskich mechanizmów, np. w zegarkach z komplikacją chronografu). Niewątpliwie stawia to producenta wysoko w hierarchii producentów zegarków, którym należy się uznanie, a i sam ELTON cenowo pozycjonuje swoje produkty obok dużo bardziej znanych i cenionych w zegarkowym świecie firm. Prim od MPM-Quality to zegarki dostępne dla mniej zamożnych klientów. Firma nie produkuje zegarków sama, a jedynie montuje je z pozyskiwanych od zewnętrznych dostawców komponentów. Chyba nikogo nie zdziwi informacja, że ci zewnętrzni dostawcy pochodzą z Państwa Środka, Hong Kongu i z Kraju Kwitnącej Wiśni, choć należy podkreślić, że używają również szwajcarskich werków Ronda. LOGOTYPY MPM-Quality dla swoich produktów używa znaku graficznego tzw „bochenka chleba” z roku 1956, oraz zarejestrowanego w roku 2002 zmodyfikowanego przez swoje własne studio graficzne znaku graficznego PRIM, którego RZEKOMYM, pierwotnym twórcą był... O tym opowiemy sobie w dalszej części tekstu. Elton hodinářská sygnuje swoje zegarki zarejestrowanym w 2003 toku znakiem Manufacture PRIM 1949 oraz niezarejestrowanym znakiem PRIM . SPÓR Spór pomiędzy oboma producentami o markę trwa od dekady. Bratobójcza walka przed sądami toczy się o prawo do słownego znaku towarowego Prim, ponadto spór dotyczy znaku graficznego PRIM, który ELTON wkomponował w zarejestrowany znak Manufacture Prim 1949. Wróćmy do znaków PRIM widocznego na zdjęciu powyżej, bo właśnie tu się zaczyna… ...CZESKI FILM Na dzień dzisiejszy podmiotem używającym tego niezarejestrowanego znaku do sygnowania swoich zegarków jest ELTON hodinářská (to właśnie tym logotypem były sygnowane wszystkie zegarki naręczne PRIM, które powstawały od 1969 roku w Nowym Mieście) ponadto znak ten jest ujęty jako składowa słowno-graficznego zastrzeżonego znaku towarowego „Manufacture PRIM 1949”. Cały spór w tym przypadku rozbija się o dwa nazwiska, które padają w kontekście twórcy tegoż znaku. Pierwsze to Jiří Rathouský, a drugie to Josef Žid. MPM-Quality za twórcę znaku uważa pierwszego pana, ELTON hodinářská natomiast twierdzi, że drugi pan stworzył go na potrzeby odróżnienia produkowanych w Nowym Mieście naręcznych Primów od produktów Chronotechna Šternberk czyli budzików i zegarów ściennych. Mamy zatem dwóch producentów zegarków PRIM i dwóch twórców znaku, co do którego oba podmioty toczą zażarty bój przed sądami oraz na swoich oficjalnych stronach internetowych w zakładkach poświęconych opisowi historii marki, jak i samych logotypów. Co na ten temat ma do powiedzenia MPM-Quality? Posłużmy się oficjalnymi „zeznaniami” ze strony www.prim-hodinky.cz: „Od wielu lat nasza firma posiada dodatkowe logo PRIM, tworzone przez nasze własne studio graficzne, jako dzieła chronione prawem autorskim (od 2002). Posiadamy również prawa autorskie do dzieł firmy Eutech (wcześniej Chronotechna Šternberk), do których posiadamy oryginalną dokumentację rysunkową z 1967 roku, która stanowi podstawę logo PRIM pisanego wielkimi literami, które zostały później zmodyfikowane przez naszych projektantów. MPM-QUALITY ma również wyłączne prawo do używania logo PRIM utworzonego przez Mgr. Jiří Rathouský, jako jego dzieło chronione prawem autorskim, na podstawie umowy licencyjnej z dnia 25 czerwca 2014 r. zawartej z jego spadkobiercami - Hana Jareš Procházková i Antonín Jareš.” Co na ten temat pisze natomiast ELTON? Oficjalne stanowisko ze strony https://www.prim.cz: „Na podstawie ostatecznego orzeczenia Sądu Najwyższego w Ołomuńcu firma ELTON hodinářská jest upoważniona do używania niezarejestrowanego znaku graficznego, ponieważ został on stworzony przez pana Žida”. W dalszej części czytamy: „ELTON hodinářská Inc. jest jedyną uprawnioną firmą do korzystania z praw autorskich pana Josefa Žida do dzieła jego autorstwa - graficznej interpretacji słowa PRIM”. Skoro już wszystko jasne – ekhmmm – to należy sobie zadać pytanie: skąd ten dualizm w kwestii uznania autorstwa? DZIEŃ SĄDU Josef Žid na jednej z toczących się rozpraw zeznawał, jak to przed wielu laty stworzył własną interpretację znaku PRIM na potrzeby ówczesnego ELTONA. Co więcej, oprócz znaku PRIM stworzył również logo „ELTON”. W roku 2011 Naczelny Sąd Administracyjny uwzględnił argument ELTON hodinářská dotyczący ochrony logotypu w odniesieniu do ochrony praw autorskich Žida. Argument ten miał kluczowe znaczenie, ponieważ 91 letni dziś Žid był zegarmistrzem w zkładzie ELTON, dla którego przecież stworzył znak PRIM. Spadkobiercy nieżyjącego już Jiřía Rathouský podjęli próbę podważenia roszczeń ELTON hodinářská do znaku twierdząc, że to właśnie Rathouský, a nie Žid był twórcą zarówno znaku „Prim”, jak i „elton”. W tej sprawie od września 2016 r. W Sądzie Okręgowym w Hradcu Králové toczył się spór , którego finał miał miejsce w 2019 roku. Zwycięsko z tej batalii wyszedł ELTON hodinářská. Wcześniej jednak, nie czekając na rozstrzygnięcie, w roku 2014 spadkobiercy zawarli umowę licencyjną z MPM-Quality na korzystanie z logotypu. Wracając do rozstrzygnięcia - przedłożone przez MPM-Quality i spadkobierców dowody w postaci rzekomo oryginalnego rysunku podpisanego przez Rathouský nie zostały uznane przez sąd za niepodważalne. Co więcej, ELTON również przedstawił szkic logotypu z podpisem Žida zarzucając spadkobiercom posługiwanie się podrobionymi dokumentami. Wyznaczony przez sąd biegły na podstawie porównania rodzajów maszyn do pisania, stwierdził, że dokument spadkobierców nie został napisany w chwili jego datowania. Sąd uznał również, że pozostałe dowody przedstawione w skardze nie dowodzą autorstwa Rathouskýemu. Na chwilę obecną pomiędzy MPM-Quality i Elton hodinářská toczy się ponad 20 różnych postępowań przed sądami oraz innymi instytucjami czeskimi i europejskimi. PRIM w Łodzi Warto nadmienić, że manufakturowy Prim z Nowego Miasta był jednym z pięćdziesięciu wystawców podczas trzeciej edycji Festiwalu Aurochronos, który odbył się w dniach 5-6 października w Łodzi. P. S. Jeśli opracowanie zostało dodane nie w tym dziale, w którym powinno się znaleźć, to bardzo przepraszam i proszę moderację o przeniesienie wątku w odpowiednie miejsce.
  6. Ice Cliff od mało znanego producenta, którym jest Emile Chouriet.
  7. Tak jest, Balticus GP limitka dla Czasoholi, 30 sztuk, pod deklem automatyczne chrono NE88.
  8. Balticus Helmet Diver. Recenzja. Nieco ponad rok temu na scenie tak zwanych microbrandów pojawiła się polska marka Balticus, która pomimo krótkiego stażu znacząco zaznaczyła swoją obecność na polskim rynku zegarkowym zyskując grono sympatyków i mniej, lub bardziej zadowolonych klientów. Debiutanckim projektem Balticusa była Szara Foka, która na mojej osobie zbyt dużego wrażenia nie zrobiła, ale jak to się mówi, nie jest ładne co jest ładne, tylko co się komu podoba, i w myśl tej maksymy zegarek znalazł drogę do serc i na nadgarstki klienteli o odmiennym od mojego guście. Po Szarej Foce pojawił się zegarek, który już w fazie prototypu wywołał nie lada poruszenie, był świeży, odważny i zgoła odmienny od tego, do czego przyzwyczaili nas rodzimi producenci czasomierzy, mowa oczywiście o zegarku, który swoją nazwę zawdzięcza mojej skromnej osobie, czyli o Gwiezdnym Pyle, którym Balticus w mojej, jak i wielu innych ocenie, wysoko podniósł sobie poprzeczkę, dlatego kolejny projekt, czyli bohater tegoż posta, mocno mnie rozczarował kiedy został oficjalnie zaprezentowany. Patrząc na Helmet Divera miałem nieodparte wrażenie, że gdzieś to już widziałem, że to taka trochę inna Szara Foka, czyli znowu nurek w typie kompresora, czyli zegarek, który nie trafia w mój gust. W takim przekonaniu trwałem do dnia, w którym Bartosz pojawił się w moim rodzimym mieście Krakowie na III Międzynarodowym Kongresie Inwestycyjnym, gdzie prezentował produkty swojej marki, a przy okazji dało nam to możliwość by się znowu spotkać po marcowej imprezie Czasoholików w Kielcach, na której świętowaliśmy dwulecie powstania grupy. Stojąc i dyskutując przy schludnej gablotce, w której wyeksponowane były Balticusy czas szybko upływał, aż nastał moment, w którym przyszło nam się pożegnać, ale nim to nastąpiło otrzymałem od Bartka Helmet Divera do testu, a w zasadzie dwa Helmet Divery, bo model ten występuje w dwóch wersjach kolorystycznych. Do wyboru mamy zestawienie jasnej tarczy z kombinacją kolorystyczną potocznie zwaną "pepsi" na wewnętrznym obrotowym bezelu albo czarnej, emaliowanej tarczy z czarnym bezelem przełamanym kontrastującym kolorem limonki. Obie wersje poza zestawieniem kolorystycznym różni również rozmieszczenie elementów pokrytych lumą, w wersji "pepsi" tarcza pokryta jest w całości masą luminescencyjną natomiast w wersji czarnej lumą pokryto indeksy godzinowe oraz "limonkową" część bezela. Różnice, oraz to jak prezentuje się luma można bez problemu znaleźć w sieci, ja ze względów technicznych zrezygnowałem ze zdjęć obrazujących ten element natomiast mogę napisać, że masa świeci bardzo efektownie i intensywnie po naświetleniu, niestety efekt ten nie utrzymuje się tak długo, jak by się tego chciało, jednakże odczyt aktualnego czasu w nocy nie sprawia problemu nawet po kilku godzinach od naświetlenia, więc można postawić za ten element plusa. Na plusa zasługuje również sama tarcza Helmet Divera, niezwykle czytelna, przejrzysta i prosta, choć niepozbawiona smaczku, a za taki należy przyjąć fakt, że mamy do czynienia z tarczą wykonaną w stylu "sandwich" kojarzonym przede wszystkim z czasomierzami oferowanymi przez Panerai, czyli indeksy godzinowe są zagłębione, czy też wycięte w tarczy. Nad indeksem godziny czwartej znajduje się niewielki datownik, który na początku godził w moje poczucie estetyki, jednak z czasem przestał mi przeszkadzać. Wracając jeszcze do różnic na tarczy należy zaznaczyć, że w zależności od wybranej wersji indeksy minutowe są albo wykonane czarnym nadrukiem (w wersji "pepsi"), albo pokryte lumą (w wersji "limonka"), dodatkowo zegarki różnią się kolorem wykończenia grotów na wskazówkach sekundowych i dodawanym do kompletu gumowym paskiem. Decydując się na zakup Helmeta zegarek trafia w nasze ręce w prostym, materiałowym opakowaniu zamykanym na zamek błyskawiczny, które skrywa poza zegarkiem na bransolecie wspomniany wyżej pasek oraz dokumentację. Nim przejdę do elementu, który tak naprawdę pchnął mnie do poczynienia tegoż tekstu, a mianowicie do oceny użytkowania Helmeta z perspektywy wątłego nadgarstka, wspomnę o kilku parametrach technicznych, które na dobrą sprawę można znaleźć bez problemu na stronie producenta. Sercem zegarka popychającym wskazówki do przodu jest japońska myśl technologiczna w postaci mechanizmu Miyota 9015, jest to werk z naciągiem automatycznym z możliwością "dokręcania" z pozycji koronki, wyposażony w funkcję tzw stop sekundy i szybkiej zmiany daty. Nie ma co się zbytnio rozwodzić, sprawdzona konstrukcja powszechnie stosowana przez wielu producentów. Jak już sama nazwa modelu wskazuje, Helmet Diver jest nurkiem w stylu klasycznego "compressora", o czym już wcześniej wspomniałem, a co za tym idzie musi oferować wodoszczelność na odpowienim poziomie, i tak też jest, bo producent deklaruje ów parametr na poziomie trzystu metrów (oczywiście jest to parametr podany przy uwzględnieniu ciśnienia statycznego), co pozwala na profesjonalne nurkowanie z butlą tlenową. Wysoki poziom szczelności zapewnia zakręcana koronka oraz zakręcany, pięknie zdobiony tłoczonym motywem hełmu nurka dekiel. Warto podkreślić, że ten element stoi na bardzo wysokim poziomie, wykonania motywu nie powstydziłyby się bardziej uznane marki. Poza tym na deklu zawarta jest informacja o użyciu szafirowego szkła, poziomie wodoszczelności, o rodzaju mechanizmu oraz o limitacji, bo zarówno "pepsi", jak i "limonka" są limitowane do stu sztuk i każdy zegarek ma wygrawerowany swój indywidualny numer. Jak przystało na "kompresora", zegarek wyposażono w dwie koronki, pierwsza nastawcza i logowana literką "B" umiejscowiona jest na wysokości godziny czwartej, druga odpowiedzialna za operowanie wewnętrznym bezelem znajduje się na godzinie czternastej, co ważne, przez cały okres obcowania z zegarkiem nie zdarzyło się, by bez mojej ingerencji nastąpiło przesunięcie bezela i za ten element należą się słowa pochwały, bo koronka pracuje z odpowiednim oporem, a w przypadku Szarej Foki ten element zawodził. Miłym dla oka akcentem jest okalający ową koronkę pierścień w kolorze czerwonym przy wersji "pepsi" i limonkowym w przypadku wersji z czarną tarczą. Niby nic szczególnego, a cieszy. Przyszedł czas na najważniejszy dla mnie aspekt, który w założeniu stanowić ma meritum tego tekstu, mianowicie chodzi o gabaryty koperty. W dzisiejszych czasach panuje moda na duże zegarki, co w przypadku osób, które dysponują nadgarstkiem zbliżonym do mojego, czyli liczącego sobie około siedemnastu centymetrów w obwodzie, stanowi nierzadko problem w podjęciu decyzji o zakupie zegarka, który nam się podoba. Ta część recenzji kierowana jest właśnie do tych osób, które chciałyby nabyć Helmet Divera, ale mają obawy, czy zegarek nie okaże się na nie za duży. Oczywiście można próbować przekonać się o tym na własnej skórze, ale biorąc pod uwagę fakt, że Balticus to microbrand, który ma ograniczoną dystrybucję w punktach stacjonarnych, taka możliwość nie jest dana każdemu potencjonalnemu klientowi. W podjęciu decyzji o wejściu w posiadanie mogą pomóc opinie użytkowników, które pojawiają się na fotach i grupach dyskusyjnych. Tak było w moim przypadku, gdy rzecz szła o Seiko SBDC „SUMO”, to właśnie dzięki recenzjom i opiniom użytkowników zdecydowałem się na jego zakup, chociaż szerokość koperty wynosząca 45mm bez koronki budziła we mnie grozę. Jak się okazało niesłusznie, bo zegarek mimo solidnych gabarytów układał się na moim przegubie bardzo przyzwoicie i nie miałem poczucia, że wyglądam jak mały Jasio z dużym piwem. Czy tak samo jest w przypadku omawianego Helmet Divera przekonacie się poniżej. Koperta zegarka liczy sobie w kłębie 44 milimetry, co jest wartością stosunkowo dużą, a patrząc przez pryzmat lichego nadgarstka wręcz olbrzymią, dodatkowo obawy o wygodę użytkowania potęguje bransoleta, która przymocowana jest tak, że pierwsze ogniwa łączące ją z maskownicami lekko odstają nim konstrukcja zagnie się ku dołowi. Tak, niestety moje obawy się potwierdziły, Helmeta na bransolecie sobie nie ponoszę, bo całość konstrukcji, bądź co bądź spójnej i dobrze spasowanej, wystaje w sposób zauważalny poza obrys mojego nieszczęsnego nadgarstka. Mały Jasio tego piwa nie wypije. Na szczęście w sukurs przychodzi dodawany do kompletu gumowy pasek w stylu rally. W tym momencie pojawia się dylemat, który zegarek wybrać do testu, "pepsi" czy "limonkę", po chwili zastanowienia wybór padł na ten pierwszy. Szybka zmiana bransolety na niebieski pasek (choć nie do końca kolorystycznie dopasowany, bo odcień niebieskiego znacząco odbiega od tego zaimplementowanego na bezelu) i okazuje się, że Helmeta da się nosić, co więcej, da się go nosić komfortowo pomimo 44-ech milimetrów szerokości. Po raz kolejny okazuje się, że wartością decydującą tak naprawdę o tym, jak czasomierz układa się i prezentuje na nadgarstku jest wysokość od ucha do ucha (lug to lug, l2l), oraz sposób wyprofilowania samych uszu. W przypadku Helmeta l2l oscyluje w granicach 51mm, a uszy są krótkie i delikatnie zagięte ku dołowi, dzięki czemu nie odstają od nadgarstka, i co dla mnie najważniejsze,bryła koperty nie wystaje poza jego obrys. Sama koperta jest również niewysoka, dzięki czemu optycznie zegarek sprawia wrażenie bardziej proporcjonalnego w odbiorze wizualnym względem lichego nadgarstka. Patrząc na czasoholicką limitkę Gwiezdnego Pyłu i przyrównując ją bezpośrednio do Helmeta miałem wrażenie, że jest zegarkiem większym mimo tego, że jej szerokość jest o dwa milimetra węższa. Takie złudzenie optyczne jest wynikiem różnicy grubości kopert,a czasoholicki Gwiezdny Pył to kawał tłuścioszka. W kwestii samej jakości koperty, nie mam większych zastrzeżeń, wykonana jest bardzo przyzwoicie, jej boczne powierzchnie są polerowane na lustro, tak samo jak luneta, a górna delikatnie szczotkowana część uszu przełamuje sterylność gładkich powierzchni. Napisałem, że zegarek użytkuje się na pasku komfortowo, bo tak co do zasady jest, natomiast komfort ten od czasu do czasu obarczony jest dyskomfortem wynikającym z wbijającej się w ciało klamerki, która jest niefortunnie wyprofilowana, a w zestawieniu z ostrymi rogami daje o sobie znaki i zostawia ślad. Fakt ten zgłosiłem Bartkowi przy okazji luźnej rozmowy, na co otrzymałem odpowiedź zwrotną w postaci prawdy starej jak świat-nikt nie jest doskonały. Tak, nikt i nic nie jest doskonałe, Helmet Diver również taki nie jest, bo abstrahując od tego, że w ostatecznym rozrachunku decydując się na jego zakup otrzymujemy generalnie porządny zegar, to jednak można zauważyć pomniejsze niedociągnięcia w wykończeniu niektórych elementów, zaznaczam jednak, że przy normalnym użytkowaniu są to sprawy w zasadzie niezauważalne. W "pepsi" wskazówka minutowa na czubku była niechlujnie wykończona, co prawda zauważyłem to dopiero na zdjęciach, niby pierdoła, ale jednak, w przypadku "limonki" nic takiego nie miało natomiast miejsca. To, co wspólne dla obu wersji i należy postawić za to niewielkiego minusa Helmetowi, to niedoskonałość w spasowaniu markerów wewnętrznego bezela z indeksami na tarczy. Po prostu nie licują ze sobą, co widać. Nie jest to rażąco widoczne i nie psuje odbioru zegarka przy normalnym użytkowaniu, ale osoby bardziej wrażliwe na zachowanie symetrii mogą popaść w stan bliżej nieokreślonej histerii, czy nabawić się nerwicy natręctw próbując idealnie pokryć markery z indeksami. Swoją drogą nie ma sensu zbytnio narzekać, bo nie takie marki jak Balticus nie radzą sobie z tą materią. Podsumowując, Helmet Diver, który wcześniej do mnie nie przemawiał, po tygodniu użytkowania zaskoczył mnie pozytywnie i chociaż pozostaje w kręgu zegarków, których nie kupię, bo to nie moja bajka, to jednak osobom, które są zainteresowane jego nabyciem, a mogłyby ze mną założyć Klub Wątłorękich, mogę śmiało rzec: "bierz, w zestawieniu z paskiem nie ma się czego obawiać", a jeśli nie dysponujesz solidnym nadgarstkiem, a gabaryty zegarka z bransoletą cię nie odstraszają, to cóż, smacznego piwa Jasiu, na pewno się nie zawiedziesz. Pozdrawiam. Łukasz P. S. Na ostatnim zdjęciu można zobaczyć jak Helmet prezentuje się damskim nadgarstku.
  9. Niestety zabieg wykorzystania tekstu Tomka minął się z celem, ponieważ czytelnicy, którzy go nie znają, nie mieli styczności dotychczas z jego sarkazmem, ironią, sposobem bycia i nie znają jego preferencji zegarkowych, zostali zmuszeni do przeczytania Tomkowej historii Rolexa bez poznania szerszego jej kontekstu, przez co jej odbiór jest taki, jaki jest, czyli negatywny.
  10. Takich trzech, jak tych dwóch, to nie ma ani jednego SARB045, zegarek znany, poszukiwany i w zasadzie nieosiągalny. Data-2000. Zegarek uznawany za pra-ojca tzw smartwachy. Nie od dziś wiadomo, że pod względem technologicznym Seiko zostawia konkurencję daleko w tyle. Data-2000 jest jednym z tego przykładów. W roku 1983, Seiko jako pierwsze w historii wykorzystuje zjawisko indukcji magnetycznej, dzięki której zegarek łączy się z bazą w postaci klawiatury. Poza sztampowymi funkcjami, takimi jak alarm, chronograf i co oczywiste wskazywaniem czasu, to co wyróżnia ten zegarek na tle konkurencji, to właśnie klawiatura, która służy do obsługi kalkulatora, zmiany kontrastu na wyświetlaczu oraz do wprowadzania tekstu do pamięci zegarka, a w zasadzie do dwóch niezależnych od siebie modułów pamięci (A i B ). Każdy z modułów pozwala na zachowanie 2000 znaków. Jako ciekawostkę dodam, że znany fotograf i malarz Zdzisław Beksiński wykorzystywał przez pewien czas ten zegarek do zapisywania prywatnych notatek. Mój egzemplarz został wyprodukowany w roku 1984, pierwszy raz został uruchomiony w kwietniu bieżącego roku, na klawiaturze jest jeszcze folia ochronna. Na popularnym serwisie aukcyjnym co jakiś czas pojawiają się egzemplarze na sprzedaż, ale trzeba zachować ostrożność przy ich zakupie. Bardzo często sprzedawcy nie informują o braku łączności między zegarkiem, a bazą, lub zasłaniają się brakiem baterii. Najczęstszym powodem braku łączności jest uszkodzenie cewki przy wymianie baterii. Bardzo często zdarza się również, że zegarek z zewnątrz wygląda na idealny, zasługujący na miano NOS-a, sprzedawany jest z pudełkiem i instrukcją obsługi, a w rzeczywistości nadaje się do wyrzucenia, bo bateria wylała. Warto również wspomnieć o fenomenalnej bransolecie z pełnych ogniw, która doskonale układa się na nadgarstku Zegarki elektroniczne nigdy nie skupiały mojej uwagi, ale z czystym sumieniem mogę napisać, że Data-2000 mocno zamieszała w moim zegarkowym światopoglądzie. Zegarek, gadżet, pokaz technologicznej siły japońskiego giganta nieosiągalnej dla bardziej "prestiżowej" konkurencji
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.