Jako zbieracz różnych Seiko właściwie od dawna chciałem mieć Samuraja, ale nigdy nie mógł dotrzeć do szczytu mojej listy życzeń. Potwory miałem od dawna, podobnie SKX007 i trochę różnych "piątek", niedawno nawet "kinetic perpetual", a na Samuraja wciąż nie było dobrego momentu. Aż do ubiegłego tygodnia, kiedy zdjęcie wklejone przez Marcina (ML) przypomniało mi o tym, jak go słusznie nazwał, "obiekcie pożądania". To wersja stalowa z czarną tarczą, czyli SNM011 -- zdecydowanie mój faworyt, gdyż do tytanu nie jestem w stanie się przekonać. Z bólem serca pomyślałem o zadłużeniu na karcie kredytowej, postanowiłem mocno, że to koniec fanaberii co najmniej do wiosny, i zrobiłem to, na co przez tyle poprzednich miesięcy nie mogłem się zdobyć. Od wtorku jest u mnie. Jest wspaniały. Nie wiem, jak mogłem tak bardzo nie doceniać go wcześniej. Droższy niż potwory czy SKX007/009, ale tak jak one, wart na pewno nawet 2-3-krotnie wyższej ceny. We wtorkowy wieczór po wyjęciu z pudełka, w sztucznym oświetleniu, prezentował się tak: W środę kupiłem mu i założyłem nowy strój (Hirsch Liberty), a dziś przed południem miałem chwilę czasu, aby sfotografować go w świetle dziennym. Pozostałe Seiko w kolekcji trochę posmętniały, bo wiedzą, że w przynajmniej w najbliższym czasie Samuraj rządzi. Pozdrawiam, Paweł