"Moja kotka moje kociaki"- to jest właśnie podsumowanie tego, o czym pisałem wcześniej. Zwierzę jest MOJE, prawo własności jest święte. Mogę z nim zrobić co chcę. Takiej argumentacji uzywają też ludzie na wsi, topiąc kocięta. Są moje- przyszły na świat, nie potrzebuję ich, więc utopię. Ale przyszły na świat naturalnie- nie "ngerowałem w naturę". Takiego też argumentu użył wobec mnie facet, któremu kazałem przestać bić psa metalowym karabińczykiem smyczy po głowie: "to mój pies". I o argumencie "wszystkim znajdę dom" też już pisałem. To taka smutna codzienność. Jezeli mówię o zwierzęciu, że jest "moje"- to oznacza dla mnie odpowiedzialność za to zwierzę. Dlatego mój pies nie biega luzem po osiedlu, nie gania ludzi uprawiających jogging. Nie uważam za odpowiedzialne podejście w stylu "w zeszłym roku też była ciężarna a kociaczków ani widu, ani słychu. Nie wiadomo co z nimi zrobiła." Nie takie mam podejście- ale to oczywiście moje własne widzimisie i poglądy mam jakie mam. Nikt nie musi mnie za nie lubić. Aty3, sam proces hodowli towarzyszy ludziom od zarania dziejów, zawsze wiąże się z nim jakieś ryzyko. Bo to pewnego rodzaju zabawa w ewolucje. Dzięki niej ludzie osiągnęli wiele, ale też wiele po drodze wyrządzono zwierzętom krzywdy. Bardziej szkodliwa niż tworzenie nowych ras potrafi być dla zwierząt wadliwe podejście do już istniejącej rasy- karykaturalne wręcz dążenie do ideału przedstawionego we wzorcu, naginanie go wg własnego uznania. Świetnym przykładem są owczarki niemieckie, ten kto siedzi w temacie i porównywał kiedyś eksteriery z użytkami będzie wiedział o czym mówię. W ogóle w związku kynologicznym jak w znakomitej większości organizacji istnieją patologie. Problem tylko w tym, że poza związkiem jest ich moim zdaniem jeszcze więcej. Rzeczywiście można "popsuć" zdrowie danej rasy- zwłaszcza, jeżeli jest na nią popyt. Jest takie zdanie "najgorsze co może spotkać daną psią rasę, jest stanie się modną rasą". I zgadzam się z tym.