Odszedł przed godziną. Guz na sercu, krew przeciekała do worka osierdziowego i serducho nie miało miejsca żeby normalnie bić. Odciągnięcie krwi od razu stawiało go na nogi ale to walka z wiatrakami była, a on cierpiał (nigdy w życiu nie zdarzyło mu się pisnąć). Zabrałem go o 12 do domu żebyśmy mogli się porzegnać (siostrzenica lat 7, która traktowała go jak brata, spakowała wczoraj do kartonów wszystkie swoje zabawki i kazała sprzedać żeby pieniążki na leczenie mieć. Bez psychologa to się u niej raczej nie obejdzie). Najtrudniejsza decyzja w moim życiu, to spojrzenie złamało mi serce. Wiedział co się "święci" bo mimo braku sił próbował stawić opór, lekrka też się poryczała. Depresja na długi czas...