Zawsze myślałem ze Ulysse Nardin robił okropne, brzydkie zegarki. Wiedziałem ze są technologicznie dosyć zaawansowane ale nigdy nie myślałem ze są dla mnie. 99% ich zegarków zupełnie mi nie podchodziło. Aż tu nagle pewnego deszczowego dnia, przechodząc obok salonu postanowiłem zajść i popatrzeć na ich kolekcje. Moim zdaniem nie da rady za bardzo na ich zegarki patrzeć, są albo za duże, za hyper, nie czytelne albo na siłę udziwniane. Już miałem wychodzić kiedy to w ostatniej chwili zauważyłem linie FREAK... aż mnie wryło. Dwa zegarki z karbonu na pasku velcro, lekkie, inne, bardzo interesujące i czytelne. Od razu poprosiłem o przymiarkę i jak już jeden wszedł na nadgarstek to nie mógł zejść! Chyba wszyscy znamy to uczucie... Początkowo nie mogłem uwierzyć ze to jest 43mm, byłem przekonany ze to jest 40-41mm. Byłem zakochany ale co pomogło mi wyjść z salonu bez zakupu to cena, która jak dla mnie była stanowczo za wysoka jak za taki "plastikowy" zegarek na pasku z rzepa. Poszedłem do domu i zacząłem więcej czytać na ich temat. Zacząłem więcej rozumieć na temat ich technologii, wykonania/wykończenia materiałów i patentów. Cena coraz mniej i mniej wyglądała na wygórowana a coraz bardziej na sensowna...
No i oczywiście postawiłem na najdroższa wersje Rose Gold Freak X, gdzie kombinacja matowej czerni ze szczotkowanym zlotem i paskiem velcro to moim zdaniem sexowna i sportowa bomba: