Hej, czytam wasze historie i w sumie mogę podać rękę — chyba większość z nas przez coś takiego przechodziła.
U mnie w liceum było wręcz chorobliwie z wagą. W pierwszej klasie miałem 197 cm wzrostu i jakieś 75 kg… same kości. Mam nawet stare zdjęcia — moje kolana wyglądały jak pałki: chuda goleń, wielka kość kolanowa i chude udo. Dramat 😅 Kompleksy oczywiście były, do tego pryszcze itd. Z dziewczynami też średnio, bo jak taki tyczkarz wygląda, jeszcze z pryszczami…
Dopiero w czwartej klasie liceum zacząłem trochę nabierać masy, ale i tak nie dobiłem więcej niż jakieś 85 kg przy tym wzroście.
Zacząłem też zaglądać na siłkę, ale raczej z doskoku — zero pojęcia o technice, diecie itd. Rower, moja pierwsza miłość, też niespecjalnie pomagał z masą, bo jeździłem kiedy tylko się dało 😅 Charatałem w każdej możliwej chwili.
Na studiach w sumie niewiele się zmieniło — rower dalej był i pojawiła się ta prawdziwa miłość (do dziś aktualna). Po studiach praca, potem ślub…
I teraz najlepsze — w dniu ślubu ważyłem 87 kg, a pół roku później już 107 kg. Czyli +20 kg w jakieś 6 miesięcy 😅
Rower jako moja sportowa miłość do dziś zajmuje jakieś 90% mojego wolnego czasu. Zimą jednak zawsze był problem — rower na haku, a u mnie waga znowu +++. W sezonie miałem zwykle 95–97 kg, a zimą robiło się 102–105 kg. I tak to trwało kilka lat.
Na początku każdego sezonu wkurzałem się, bo zdychałem na pierwszej lepszej mikro-górce, a jaką taką formę łapałem dopiero po przekroczeniu ok. 1000 km.
Dwa lata temu powiedziałem: dość. Kupiłem rolki Garmin Tacx Galaxia, do tego wioślarz z Decathlonu, ogarnąłem dietę i dorzuciłem ćwiczenia oporowe. Efekt? Naprawdę ogromna poprawa wydolności.
Dziś waga 94,5 kg, a nawet „zmalałem” do 196 cm 😅 Sylwetka najlepsza, jaką miałem w życiu — w wieku 47 lat mam w końcu klatę, bicka i udo.
Na tym etapie jestem mega zadowolony i nic nie zmieniam, bo konsekwencja i zapał stały się rutyną. Nawet jak początki były trudne, to następnego dnia wstawałem i robiłem swoje.
A jeśli ktokolwiek to przeczyta i ma chwilę zwątpienia — nie poddawaj się, chłopie. Działaj, a wszystko zacznie się układać.
Moja kochana żona wspiera mnie po cichu. Nie mówi wiele, tylko czasem rzuci: „twardyś, kiedyś taki nie byłeś” — i się śmieje 🙂