adiblue, zwykle nie zabieram udziału w tego typu dyskusjach, bo wychdzę z założenia, że wszyscy mamy jednak inne potrzeby i preferencje i cale szczęście z resztą, bo gdyby było inaczej, to klub nie miałby racji bytu, a wszyscy nosilibyśmy jeden model zegarka. Widzę jednak, że dylemat masz bardzo podobny do mojego sprzed kilku miesięcy, dlatego podzielę się swoimi odczuciami. Jak się historia skończyła, dowiedzieć się możesz z tego wątku jakieś dwie strony wcześniej. Mam zarówno Marynkę, jak i Anteę: Prawda jest taka, że to z powodu Antei zainteresowałem się w ogóle Stową. Ten czasomierz uosabiał moje idealne wyobrażenia o zegarku. Zaznaczyć tu muszę, że rok temu co prawda na zegarkach nie znałem się wcale, zwasze jednak lubiłem proste wzornictwo i już dość dawno dostrzegłem w niemieckiej prasie reklamę NOMOSA Tangente i tylko jego cena wydała mi się absurdalna, jako że sam nosiłem kwarce, zaś ponad poziomem cenowym określanym mniej więcej przez dwukrotność ceny prostego Casio zaczynał się dla mnie obszar zegarków luksusowych (czyli nieosiągalnych). I tylko spacerując czasem po Maximilianstrasse w Monachium lubiłem przeglądać wystawy sklepów z zegarkami, bo lektura zawieszek z cenami była dla mnie rozrywką w rodzaju Monty Pythona. Ale wracając do Stowy, odkryłem w Antei nagle tego dawno gdzieś we mnie tkwiącego NOMOSA, co więcej, było kilka powodów, dla których spodobała mi się nawet bardziej. Przede wszystkim była tak samo super prosta jak Tangente, jednak rozmiarem bardziej zbliżona do innych współczesnych czasomierzy, miała liczbę przy każdym indeksie, a byłem wówczas w tej kwestii bardzo zasadniczy, była bez daty i bez małego cyferblatu sekundnika, dostepna była jako automat, a w plebiscycie Goldene Unruh doceniona została na równi z Tangente, tylko nawet wcześniej. No i była tańsza. I tylko o mechanizmach nie wiedziałem wtedy jeszcze nic. No i zaczęło się. Najpierw lektura forum, potem sklep Stowy, a potem zobaczyłem Marine Original i mnie urzekła. Zamówiłem je obie, tak jakoś pod wpływem impulsu, tym bardziej że czas oczekiwania na MO był dość długi i odległa perspektywa konieczności tłumaczenia się małżonce tak mnie jakoś jeszcze nie przerażała. W końcu przyszły po pięciu miesiącach oczekiwania i... noszę MO prawie codziennie, Antei nie założyłem zaś ani razu. I nie ma to nic wspólnego z kwestią wskazówek (no może troszeczkę, ale i tak bym jej nie nosił). To ciekawe, bo taki zagarek jak Antea to był mój wyśniony ideał, przemyślany ideał, który przypadkiem okazał się istnieć, zaś Marynka po prostu mi się spodobała i już. I okazało się to dużo ważniejsze od jakichś teoretycznych założeń. Powiem więcej – Antea okazała się być dla mnie zbyt idealna, zbyt prosta, zbyt okrągła, zbyt konsekwentna, ma coś z projektu młodego architekta modernisty, pełnego wiary, że można zmienić świat i arogancji w stosunku do tradycji, stylu i klasyki. To piękny przedmiot, przemyślany przedmiot, ale go nie założę na nadgarstek i nie pokocham. Teraz jestem już w klubie od paru miesięcy i wiem więcej o zegarkach i o sobie, wiem w jakim kierunku będę rozwijał moją kolekcję i wiem, że dla Antei nie ma już w niej miejsca. I dlatego, na postawiony przez Ciebie dylemat, odpowiedzieć mogę z pełnym przekonaniem (a Ty i tak zrobisz, co będziesz uważał, bo to Twój będzie zegarek): bierz Marynkę.