Trzeba mieć zepsutego do imentu G i zabrać dziecku kompas. Jest to ostatni etap w karierze mojego pierwszego G, kupionego w roku 1996. Zaliczył bardzo ekstremalne zabawy jak pokazy odporności przez rzucanie o ściany i to nie jeden raz. Po kilku latach demonstracji spadł niefartownie po rzucie w górę i zaliczył wylew. Zmieniłem wyświetlacz i działał dalej. Nie to go wykończyło tylko zużycie gniazd śrubek dekla oraz fakt że jedną przekręciłem. Przerobiłem na większy wymiar ale szczelność spadła, nie łatwo w garażu poprawić po japońskich inżynierach więc po którejś z rzedu wizycie na basenie zaliczył zgon elektroniki. Dokupiłem dawcę, poprawiłem silikonem, niby było dobrze ale mój syn wziął go na rejs i skakanie z bukszprytu do Atlantyku dopełniło śmierci przez zapeklowanie. Z oryginalnych części z 1996 została koperta (mocno pocięta), teleskopy i 4 śrubki trzymające bezel. Skończył jako zegarek wskazujący nieustannie północ i południe, ale najważniejsze że zostaje w rodzinie ;-) KJ PS oprócz teleskopów, śrubek bezela i klamerki "wynalazek" nie posiada żadnych metalowych części (nawet ta wtopiona w kopertę podkładka szkiełka została wypruta), teleskopów też się chyba pozbędę na rzecz plastikowych rurek.