Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Rekomendowane odpowiedzi

 

Screenshot_20260530_111428_Instagram.jpg

Edytowane przez GostRado

=> Joie de Vivre <=

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziś u mnie taka sytuacja...

spacer.png

I trochę moich instagramowo-facebookowych wynurzeń. :) 

26 maja 2026 r. minęło dokładnie 100 lat od daty urodzin Milesa Davisa. Nie odnotowałem tego faktu w porę ze względu na natłok spraw dnia codziennego, więc dziś nadrabiam tę zaległość wybierając jednocześnie do odsłuchu dzieło pt. „Bitches Brew”. Dyskografia Milesa bogata jest w różnorodność stylów jazzowych począwszy od bebopu, hard bopu, poprzez cool jazz, jazz modalny, a kończąc na fusion. Ostatni z nich zawitał do twórczości Milesa na fali popularności muzyki rockowej, której elementy wielki trębacz zaimplementował do swojego repertuaru. Nie zapomniał również o korzeniach bluesowych zasłuchując się w kompozycjach B.B. Kinga oraz Muddy Watersa, choć wyrażał też zainteresowanie muzyką Jamesa Browna w kontekście brzmienia gitar. W składzie zespołu Milesa pojawił się gitarzysta Joe Beck zastąpiony później przez George’a Bensona, a Herbie Hancock sięgnął po pianino elektryczne Fender Rhodes i było już widać w jakim kierunku wszystko zmierza. Skład uzupełnili Wayne Shorter, Ron Carter, Tony Williams i tak w 1968 r. powstało jazzrockowe dzieło pt. „Miles in the Sky”. Później wjechały „Filles de Kilimanjaro”, klimatyczny „In a Silent Way” i wreszcie „Bitches Brew”, a to wszystko na przestrzeni zaledwie jednego roku. Warto dodać, że w sesjach nagraniowych oprócz ww. artystów wzięli udział równie znakomici muzycy, jak Chick Corea, Dave Holland, John McLaughlin, Joe Zawinul, choć „Bitches Brew” zarejestrowano w znacznie szerszym składzie. Jest to album wybitny i wyjątkowy, gdyż Miles wraz z zespołem stworzył właściwie nową muzykę będącą tyglem jazzu, rocka, psychodelii z naleciałościami afrykańskimi oraz hindustańskimi. Powstało dzieło wręcz mistyczne, wielowarstwowe, ambitne i trudne w odbiorze, które wymaga od słuchacza trochę wysiłku intelektualnego, aby wejść w klimat płyty. Z pewnością nie jest to odsłuch na jednej strzał po którym wszystko staje się jasne. „Bitches Brew” to nietuzinkowe nagranie dające sposobność odkrywania utworów na nowo. Część kompozycji to dopracowane i przygotowane wcześniej kawałki, a część materiału pochodzi z jam session nad którym pracę wykonał producent Teo Macero składając improwizacje w zgrabną całość. Tak powstał kamień milowy jazzu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 31.05.2026 o 09:40, McIntosh napisał(-a):

Dziś u mnie taka sytuacja...

Świetna płyta.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jazz nocą...

spacer.png

I trochę moich instagramowych wynurzeń...

Pozostaję w klimacie jazzowym za sprawą debiutanckiej płyty Pata Metheny pt. „Bright Size Life”, którą uwielbiam, a na którą trafiłem przypadkowo poszukując śladów twórczości mojego ulubionego basisty czyli Jaco Pastoriusa. Z wydawnictwem tym wiąże się ciekawa historia. Otóż pod koniec 1975 r. Jaco Pastorius udał się do Niemiec, by wziąć udział w sesji nagraniowej pod kierunkiem Pata Metheny dla wytwórni ECM. Do składu dołączył też perkusista Bob Moses. Warto dodać, że przed wejściem do studia chłopaki jeszcze w USA zgrywali się dając koncerty w klubach Zircon oraz Pooh’s Pub i były to wydarzenia niezwykłe. Ich muzyka kipiała energią, pomysłowością, błyskotliwością, a Pat oraz Jaco ścigali się na nietuzinkowość improwizacji wprowadzając publiczność w zachwyt. Jaco lubił rywalizować na scenie wychodząc na pierwszy plan, co irytowało Pata Metheny i prowadziło do konfliktów w kapeli. Czasem ci dwaj wybitni muzycy atakowali się jak koguty, choć prywatnie darzyli sympatią. Między młotem, a kowadłem znalazł się perkusista Moses liczący na to, iż emocje, a także energia z koncertów zostaną twórczo przeniesione do studia. Wytwórnia ECM miała jednak inny plan i chciała albumu subtelnego. Pełna werwy jazda w stylu funky ustąpiła miejsca melancholijnemu jazzowi fusion, którego siła w wykonaniu tria tkwiła w prostocie oraz w pięknych liniach melodycznych, jakich nie powstydziłby się Dave Brubeck. Osobiście bardzo lubię stonowaną formę „Bright Size Life”, bo w końcu nie zawsze człowiek ma chęć słuchać jazzowego napieprzania, jak powiedziałby Miles Davis. Pomimo ugrzecznienia przekazu, Jaco znalazł sposób przemycenia intensywności swoich linii basowych do nagrań, choć Pat robił co mógł, aby nie dać się zdominować. W końcu to płyta Pata Metheny, więc rozważał on nawet zatrudnienie Dave’a Hollanda w miejsce szalonego Jaco, jednak „najlepszy basista świata” wyszedł z tego z tarczą. Warto dodać, że płyta nagrana dla ECM nie jest dziełem perfekcyjnym. Sporadycznie słychać we frazach trochę młodzieńczej niefrasobliwości, lecz to dodaje nagraniom ciekawej surowości nie burząc przy tym przyjemności z odsłuchu. Całość wieńczy utwór Ornette’a Colemana pt. „Round Trip/Broadway Blues”.

Zaprzeczam twierdzeniom, że audiofile nie słuchają muzyki tylko sprzętu. ;)  Dzisiejsze nocne słuchanie muzyki zakończę "Legendą" Armii. 👍

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.