Historia z moich wyjazdów po zakładach zegarmistrzowskich w Polsce. Autentycznie szkoda mi się zrobiło tego zegarka. Leżał w dzielnicy, do której trafiłem przez całkowity przypadek, gdzie lepiej po 21 nie chodzić na spacery, wśród sterty składaków, frankesztajów, zegarków bez rąk i nóg – podobno zegarki są na bieżąco reanimowane, ale ja w to nie uwierzyłem... Paradoks był taki, że leżał u zegarmistrza, ale jego los był przesądzony. No i wyobraźcie sobie negocjacje, z zegarmistrzem, który rzucał cenami tak niecelnie, za zegarki które miał ułożone w stertach, jakby był po pięciu piwach. Ja lubię negocjować, ale z taką osobą i w dodatku z zegarmistrzem - to koszmar. W takiej sytuacji to loteria, wszystko zależy od przypadku i od szczęścia – i udało się,