Znalazłem go w nocy na parkingu. Pies zagonił go w kąt ogrodzenia i obszczekiwał. W trosce o sąsiadów poszedłem zobaczyć co i zacz i takiego futrzaka znalazłem. Zaniosłem do domu, a ten od razu poczuł się jak u siebie (większość znalezionych kotów chowa się pod szafę i wychodzi jak grozi im śmierć głodowa). Obszedł mieszkanie i wyglądało na to, że mu się spodobało. Dałem ogłoszenia "na słupach" w okolicy, ale nikt się nie zgłosił. Wtedy jeszcze nie było internetu i znalezienie właściciela było trudniejsze niż dzisiaj. Został z nami i był lat "naście". W międzyczasie weterynarze zrobili z kota kotkę, a w ogóle to był częstym gościem klinik weterynaryjnych (drogi moczowe), dopóki mądry doktor nie dobrał mu diety. Ale najpierw kazał przynieść mocz do analizy ... dobrze że okazał się że parę kropelek aby mógł zamoczyć papierek lakmusowy. Z ciekawostek - to po jakiś dwóch latach Maryla R. w TV mówiła, że zginął jej podobny kot, a była ówczas naszym bliskim sąsiadem. Ale po takim czasie już przyzwyczailiśmy się do siebie i nie drążyłem tematu. Aaa, nazywał się Blunio.BTW miał charakter, oj miał. Po jakiś dwóch latach braku kota znaleźliśmy w szczerym polu przy drodze koło Nowogrodu Arnolda (Schwarzenegger). ArnI był spuchnięty z głodu i cały zapchlony. Przyjechaliśmy do domu i od razu do weterynarza. Sympatyczna pani go obejrzała i mówi: to co, zostawiacie go panowie ? Ależ skąd, nie ... tylko prosimy o jakieś wskazówki, odrobaczenie i takie tam ... a pani pokiwała głową i spuentowała: SZCZĘŚCIARZ.