Trzeba obejrzeć w kinie, a nie czekać na torrenty i narzekać, że spoilerują w recenzjach
Wiele było Bondów z bezsensowną fabułą, ale ta bezsensowność wynikała z nieprawdopodobnych założeń technicznych (tajne bazy podmorskie, wojna w kosmosie...) i można było to jakoś usprawiedliwić.
Ten Bond ma również bezsensowną fabułę, ale tym razem usprawiedliwić trudno, bo bezsens wynika z nieprawdopodobnych powiązań emocjonalnych i uczuciowych.
Casino Royal z Craigiem uważam za najlepszego Bonda w historii, ale trzy kolejne to według mnie najgorsze odcinki: starałam się dziś przypomnieć ich fabułę i czarne charaktery, ale zupełnie nie zapadły mi w pamięć (choć oglądałem je kilkakroć).
"Nie czas umierać" nie jest tak zły, jak poprzednie trzy. Fabuła leży, ma olbrzymie luki, ale akcja posuwa się naprzód całkiem sprawnie (choć nie zawsze logicznie). Sceny walk są zrobione wzorcowo, montaż jest dynamiczny, fajnie wykorzystano dźwięk. Bond ma urok dziadka, 007 - hipopotama, każdy z czarnych charakterów jest żenujący. Ana de Armas natomiast zagrała fenomenalnie, a choreografia jej walk zapadnie mi na długo w pamięci. Mogliby ją zrobić nowym 007.
Wątki zegarkowe są - nawet w czołówce. Końcówka mi się nie podobała, ale tak mam z każdym Bondem - powinny być o 30 minut krótsze.