Na "La La Land" nie dałem się zaciągnąć żonie, więc nie mam porównania. Na "Moonlight" natknąłem się przypadkiem w zeszłym tygodniu, szykując videotekę na statek, jak to zwykle bywa przed wyjazdem. Poczytałem recki, mówię sobie - zobaczę z ciekawości. I tak dziś w nocy zobaczyłem, a rano czytam że arcydzieło, no nie wiem. Fajną postać stworzył Mahershala Ali, pewnie tak mi się podobał, bo kojarzy mi się głównie z lobbystą w garniaku za 5000 papiera w "House of Cards". Tutaj taki prawdziwy "Thug". Z resztą dostał dziś Oscara za tego właśnie bandziora.