Mój film weekendu to "Narodziny gwiazdy" z 1976 roku. Pierwszy raz obejrzałem którąkolwiek z wersji, a na tej - z racji epoki i twórców - zależało mi oczywiście najbardziej. Po pierwsze - Kris Kristofferson jest super. Gra tak samo, jak grał Billy'ego Kida czy Cisco Pike, ale po co miał coś zmieniać, jak robił to genialnie? Barbra natomiast pokazuje, że jest naprawdę wysokiej klasy aktorką i wokalistką. Choć... niektóre sceny jej występów ewidentnie przeciągnięte są po to, by wyeksponować jej gwiazdorski status (w napisach końcowych jest nawet zabawne odwołanie do jej garderoby). Najważniejsze - i najfajniejsze - jest jednak to, co wybrzmiewa po latach, czyli doskonale oddana atmosfera muzycznego biznesu lat 70., już po Woodstock, w epoce The Eagles, z kokainą i whisky zamiast LSD i heroiny. Stadiony, wille, Cadillaki i Ferrari i czyhające za tym pułapki. Kris świetnie się w tym odnajduje, dając swemu bohaterowi Morrisonowski wręcz rys. A to wszystko ogląda się świetnie dzięki bohaterowi nr 1 tego filmu - Robertowi Surteesowi. Gość, który w branży pojawił się... tuż przed nastaniem ery dźwięku, a Oscary zgarniał m.in. za "Ben Hura", w latach 70. pokazał, że perfekcyjnie trzyma rękę na pulsie epoki.
Chcecie kilka printscreenów? Proszę bardzo - najpierw kilka kadrów z sekwencji otwierającej, oczywiście łącznie z najfajniejszym znaczkiem Warnera:
A to jest kapitalna sekwencja koncertowa, w atmosferze jak z California Jam:
Tu neonowa otoczka koncertu dla TV:
I pięknie sfilmowane sceny z dala od zgiełku showbiznesu:
Bez wątpienia obok "Ostatniego seansu filmowego" jedna z najlepszych robót Surteesa seniora.
I jeszcze coś - dziesiątki razy oglądałem sobie montażową sekwencję otwierającą "Pieskie popołudnie" Lumeta. Scenariusz: Frank Pierson, czyli reżyser realizowanych niedługo później "Narodzin gwiazdy". I w kadrze, jeszcze zanim pojawi się Pacino, widzimy to:
To pewnie seans jednej z dwóch wcześniejszych wersji, ale ciekawy (może świadomy, jeśli kontrakty były już podpisane) zbieg okoliczności