Od dziecka z krótkimi przerwami piszę piórem. Pierwsze z nich to nabijany, budżetowy Pelikan z końca lat '80. Pisało się tak sobie, lecz od razu kształt pozostawionego śladu na papierze wzbudził mój apetyt na więcej pisania. Drugie pióro, którego marki nie pamiętam, miałem długo. Pompowało się atrament ze słoiczka. Stalówka była schowana i pięknie się pisało. Nie pamiętam już co się z nim stało... Po jakim czasie powróciłem do pióra i był to zwykły, nabojowy Parker. Znajomi z LO i Polibudy zadowoleni byli kserując ode mnie notatki. Czarne atramentowe całki, limesy i różniczki odbijały się bardzo dobrze nawet wielokrotnie powielane. Owe pióro było budżetowe, więc po kilku latach pękło tworzywo na gwincie. Zastąpiłem je więc podobnym, ale już ze stalową obudową. Mam je do tej pory. Pamiątka. W pracy korzystałem z paru nabijanych Parkerów, Ballografów ip. Obecne to już kilkunastoletni egzemplarz mojej mamy. Złocenie ze stalówki już prawie całkowicie znikło, ale pisze się nim wspaniale. Nawet mając dysgrafię. Czaję się, aby powrócić do pióra z pompką. Co o nich sądzicie? Jakiś taki sentyment. Może... Przerwy w pisaniu piórem to momenty szybkiej pracy kiedy to nie chcę, aby się wylało podczas dynamiki pracy. Długopis zawsze można rzucić gdzieś w kąt i nie troszczyć się specjalnie. A pióro... a pióro z szacunkiem.