Przepraszam, że odkopuję post z listopada, ale chciałem dodać coś od siebie w temacie barefoot vs reszta świata. Piszę jako wieloletni użytkownik klasycznych skórzanych butów na skórzanej podeszwie, właściciel kilkudziesięciu par, do tego gość powyżej 95 kg, po 40tce, z wieloma kontuzjami sportowymi i operacjami, z kręgosłupem łącznie To będą moje spostrzeżenia, jak się komuś nie podoba, to niech zapomni:) Nie będę was przekonywał, tylko napiszę o efektach.
1) od 5 lat trenuję tylko w Fivefingersach i TYRach. Do siadów i olimpijskich zakładam liftery. Do biegania nic nie zakładam, bo nie biegam:)
2) trekking - Altry. Lekka podeszwa, chroniąca przed ostrymi kamieniami, lekka konstrukcja, szeroka wkładka, drop zero. Można zrobić 40 km dziennie i jest git. Szybko schną.
3) Zima - w tym roku odkryłem Garmont Nemesis 4.2 z goretexem i to jest cios. lekkie, super wygodne, z goretexem, podeszwa trzyma. Polecam. Na raczki mam klasyczne Aku.
4) bardziej klasyczne buty - wszelkiego rodzaju boat shoes są bardzo ok - niski drop, szeroka wkładka. Np Sebago albo Timberland 3eye.
5) buty eleganckie - wiadomo, się nosi, ale staram się ograniczać:) Od momentu gdy zacząłem trenować i sporo chodzić w drop zero, gdy muszę założyć moje Kielmany lub kordowany stopa cierpi:) Przestałem chodzić w Red Wingach, bo gdy je założyłem po przerwie miałem wrażenie, jakbym chodził w imadłach. Buty za kostkę zostawiłem tylko te, które robiłem na miarę, lub mam dobrze dopasowane.
Ogólnie polecam wszystkim osobom po kontuzjach, chcących wzmocnić ciało, poprawić wyniki. Trzeba tylko stopniowo się do nich przyzwyczaić - jeśli zrobisz na początku zrobisz 30 km trekking w fivefingersach, to kontuzja murowana:)
Opierając się na przykładzie - jeśli unieruchomi się rękę w gipsowym temblaku, to nie działa to na nią dobrze. Ale po pewnym czasie zwiększa się siła, odporność i przede wszystkim koordynacja.