Jump to content
Search In
  • More options...
Find results that contain...
Find results in...
Eugeniusz Szwed

Ball Watches Adventure - czyli 5032 mile po USA z kolejową historią pomiaru czasu.

Recommended Posts

W tym miejscu pojawi się relacja - opisy i zdjęcia,  naszego klubowego kolegi Hecke z jego wyprawy do USA. W tle będą zegarki Ball i amerykańskie koleje. Piotr jest wytrawnym podróżnikiem więc pewnie turystycznych ciekawostek nie zabraknie. Po zakończeniu wyprawy chętni będą mieli okazję spotkać się z autorem wydarzenia w ramach naszych klubowych warsztatów w Nowym Sączu - patrz: 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Piotr już jest za oceanem. Początek drogi to trasa Wrocław - Warszawa co widać na zdjęciach w poprzednim wpisie. Niżej kilka fotek które otrzymałem od Piotra z kolejnego jego etapu podróży:

 

 IMG_3255.jpeg.6100d82149221a060925fb0b6d83a436.jpeg

 

IMG_3260.thumb.jpeg.8625bc011176999a31877c9bc207df76.jpeg

 

Jak widać (zdjęcie z pokładu samolotu tuż przed startem)  oba zegarki  mają się znakomicie i wskazują jeszcze ten sam czas. Zobaczymy co będzie za miesiąc ... 

 

 

 

 

IMG_3117.thumb.jpeg.9b58615ef0ea2a2e92a9fa3fd5ef0db5.jpeg       IMG_3118.thumb.jpeg.f217c24640159596856c8646ac918562.jpeg       IMG_3119.jpeg.e0393cbade8c3311c581b3bc8eb44459.jpeg        

 

Taką drogę już przebyły Oba zegarki Ball. Przed nimi dalsza podróż ale już po lądzie. Może gdzieś na którymś etapie pojawi się kolej żelazna :)

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przylot do Chicago.

Przelot z Warszawy do Chicago przebiegł bez większych komplikacji. Wystartowaliśmy z Warszawy z blisko dwugodzinnym opóźnieniem. Powód: opóźnione loty transferowe. I taka ciekawostka. Na myśl o lotach transkontynentalnych przywołujemy obraz wielkiego samolotu zaparkowanego przy terminalu, z którego rękawami majestatycznie, zaznaczając doniosłość tej chwili, kroczymy do dreamlinera. Ten lot burzy to wyobrażenie. Do samolotu, zaparkowanego gdzieś z dala od głównej hali lotniska zawieziono nas autobusami. I nici z kroczenia. Szybki bieg do schodów dostawionych do samolotu (zdjęcie zegarka z samolotem w tle to oddaje). Przez chwilę ma się wrażenie, że to lot Bombardierem Q400 z Wrocławia do Warszawy, czyli zwykła krajówka. Aby jednak odzyskać trochę tego podniosłego nastroju lotu do USA, można na chwilę przystanąć na szczycie schodów przed wejściem do samolotu, obrócić się i pomachać, nie wiadomo do kogo na pożegnanie, uważając, aby nie stoczyć się z nich jak Leslie Nielsen w jednej ze swoich komedii, parodiując prezydenta Stanów Zjednoczonych wsiadającego do Air Force One. Wspięliśmy się, pomachaliśmy i wsiedliśmy do naszego Air Force One. Pierwsze pokładowe zdjęcie zegarków i lecimy. Jak widać kieszonkowy Ball już odstaje 4-5 sekund od naręcznego. 

Po blisko 9 godzinach lotu lądujemy w Chicago. Planowany czas przylotu: 19:35, rzeczywisty: 20:35. To czas lądowania. Z lotniska po kontroli granicznej, odebraniu bagażu i kontroli celnej wychodzimy o 21:10. Mieliśmy szczęście, przed nami nie było żadnych przylotów międzynarodowych i okienka do odprawy celnej były tylko dla nas. Zwykle trwa to sporo dłużej, np. w Nowym Jorku czekaliśmy na odprawę ponad dwie godziny. 

Do hotelu mieszczącego się w samym centrum Chicago jedziemy taksówką. I tak docieramy do pierwszego miejsca naszego postoju o godzinie 22:00. W Polsce jest już 5:00 2 lipca. My jeszcze cieszymy się dwiema godzinami 1 lipca. Jak się mają zegarki. Dobrze, oba zniosły trudny lotniczej podróży. Różnica wskazań: kieszonkowy spóźniony w stosunku do naręcznego o 47 sekund. To już sporo. Mając na uwadze standard RR Ball, kieszonkowy nie powinien mieć większego odchylenia niż 30 sekund na tydzień. Tylko jedna uwaga, kolejowe zegarki nie były przeznaczone do lotów transkontynentalnych a właściwie do żadnych lotów i naświetlań rentgenem. 

I jeszcze jedna istotna informacja. Poniżej zdjęcie mapy mojej podróży. Niestety nie udało mi się zrobić nic lepszego. Mam nadzieję, że w miarę czytelna (ta przerywana linia to przelot z Chicago do San Francisco, strzałki to podróż samochodem). Jeśli nie, to prośba o maila. Podam wtedy miejsca moich planowanych noclegów, tak aby można było zestawić je z mapką. 

 

IMG_3242.jpeg

 

 

IMG_3265.jpeg

Share this post


Link to post
Share on other sites

Świetny temat. Doskonale się czyta, pomysł z zegarkami pierwsza klasa :) 

Piotrze  - czytamy, że podróż związana jest z amerykańską koleją ale jakbyś mógł trochę więcej napisać w tym temacie to byłoby fajnie. Połączenie trzech Twoich pasji (a może i więcej niż trzech)  i relacja z tego zapowiada się bardzo ciekawie :) 

Czekam niecierpliwie na kolejne relacje, opisy, zdjęcia.

Pozdrawiam

Roman


Pozdrawiam

Roman

Share this post


Link to post
Share on other sites
8 godzin temu, rk7000 napisał(-a):

Świetny temat. Doskonale się czyta, pomysł z zegarkami pierwsza klasa :) 

Piotrze  - czytamy, że podróż związana jest z amerykańską koleją ale jakbyś mógł trochę więcej napisać w tym temacie to byłoby fajnie. Połączenie trzech Twoich pasji (a może i więcej niż trzech)  i relacja z tego zapowiada się bardzo ciekawie :) 

Czekam niecierpliwie na kolejne relacje, opisy, zdjęcia.

Pozdrawiam

Roman

Dziękuje. Oczywiście będzie również o kolei. Niestety dzisiaj musiałem zrezygnować z podróży do Sacramento i skierować się bezpośrednio do Big Sur. Relacja będzie za kilka godzin. Dopiero co dotarliśmy do celu. Pozdrawiam Piotr 

Godzinę temu, Eugeniusz Szwed napisał(-a):

Piotr to na pocieszenie 😜

 

 

IMG_6898.thumb.JPG.219b7997e3192b32211efd36c343c0c0.JPG

 

IMG_6930.thumb.JPG.89dfe7cde20e4452daf451fe7bbdd3f6.JPG

 

Może w powrotnej.😉

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzień Niepodległości – Podróż do Big Sur. 

 

Dzisiaj jest 4 lipca, Amerykanie świętują Dzień Niepodległości, w której mamy swój niemały udział. Po ponad stu dwudziestu latach tym razem my mogliśmy liczyć na pomoc USA w odzyskaniu naszej niepodległości. Przyjaźń Ignacego Paderewskiego z 28 Prezydentem USA Wilsonem Woodrow zaowocowała istotnym wsparciem, którego zwrotnym punktem było przemówienie do kongresu, gdzie zapowiedział odbudowę Polski. I tak, i my po 123 latach wreszcie zaczęliśmy cieszyć się z niepodległości. Co prawda tylko na krótko, jednak ducha niepodległości nie zniszczyły już kolejne lata radzieckiej okupacji i ostatecznie od 1989 toku możemy ponownie cieszyć się wolnością. Miejmy nadzieję, że na dłużej. 

W tym ważnym dla każdego Amerykanina dniu, zaplanowaliśmy pierwszy etap naszej podróży po autostradach i drogach Kalifornii. Po wylądowaniu na lotnisku w San Francisco odebraliśmy nasz samochód i obraliśmy pierwszy kurs na autostradę nr 1 biegnącą zachodnim wybrzeżem. 

Każdy kto słyszy zachodnie wybrzeże USA, może mieć przed oczami kręte drogi położone gdzieś wysoko na klifach obmywanych przez wody Pacyfiku. Rzeczywistość nie zawiodła wyobrażenia. Dwupasmowa droga szumnie nazywana autostradą nr 1, to pnie się w górę pozwalając podróżnym w wolnym tempie podziwiać przepiękne zatoki i mosty wiszące nad klifami, to znowu opada, aby swoją czernią asfaltu przedzieloną charakterystycznym dla USA żółtym pasem, kontrastować z wielobarwnymi piaskami plaż. Tu i ówdzie budowniczy drogi lub opiekunowie parku pozostawili dłuższe lub krótsze odcinki szutrowego pobocza, aby spragnieni widoków przybysze mogli na moment się zatrzymać i podziwiać krajobrazy zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej. I nam również udzielił się ten klimat. Kilka minut postoju pozwoliło również na zrobienie krótkiej sesji zdjęciowej z zegarkami. 

Niestety ze względu na wydłużony czas odbioru samochodu z lotniska musieliśmy nieco zrewidować nasz plan dnia i wykreślić z niego podróż do Sacramento. Z wielkim bólem wykreślałem tą pozycję naszej podróży, zwłaszcza, że to już drugi raz, jak czas zmusza mnie do pominięcia tego punktu z mapy podróży. Wielka szkoda, ponieważ byłaby to pierwsza okazja, kiedy mógłbym opowiedzieć o amerykańskiej kolei okraszając ją zdjęciami z jednego z największych muzeów kolei w USA. Jednak pomimo wykreślenia Sacramento z mapy naszej samochodowej wędrówki, pozwolę sobie na kilka słów o muzeum i jego zbiorach. To właśnie w Sacramento można dowiedzieć się i obejrzeć wystawę poświęconą bezimiennym budowniczym kolei transkontynentalnej, którymi byli słabo opłacani Chińczycy, poznać historię złotego gwoździa (Golden Spike), na którego wykucie złoto podarował sam wykonawca linii kolejowej David Hewes, czy wreszcie podziwiać pierwsze lokomotywy parowe kursujące linią transkontynentalną. Muzeum posiada również w swoich zbiorach kilka czynnych parowozów, które ciągnąc wagony z epoki pozwalają na przyjemną turystyczną przejażdżkę, podczas której można cofnąć się w czasie do okresu świetności kolei żelaznych. 

Za nami kolejny długi dzień: czterogodzinny lot z Chicago do San Francisco, blisko 300 kilometrów po kalifornijskich drogach zdominowanych przez amerykańskie rodziny spieszące się by dotrzeć do zarezerwowanego hotelu lub campingu i zacząć celebrować jeden z najważniejszych dni dla każdego z nich. 

Zegarki Ball w dalszym ciągu odmierzają czas wędrówki. Każdy wskazuje już nieco inny czas, ale różnicę nadal można liczyć w dziesiątkach sekund. Staruszek łapiąc lekką zadyszkę, dotrzymuje kroku swojemu młodszemu koledze, na którym zdaje się, że ta podróż nie robi większego wrażenia. Kolejna dobowa różnica to: 12 sekund, czyli mamy już 81 sekund różnicy. Co najważniejsze do 30 lipca kieszonkowy Ball będzie mógł nieco odetchnąć i odpocząć od lotniczych podróży, które wyraźnie mu nie służą. 

Jutro czekają nas kolejne wrażenia, w cieniu najwyższych drzew - Sequoia National Park.

Obecnie jest już nie siedem a dziewięć godzin różnicy czasu między Polską a miejscem naszego pobytu. I jest to największa różnica czasu dzieląca nas z Polską w naszej podróży. Także u mnie dochodzi 20:00 4 lipca, a Wy za moment będziecie szykować się do pracy 5 lipca, gdyż w Polsce dochodzi 5:00 nad ranem. Jeszcze nie kładąc się spać, życzę Wam dobrego dnia. 

Poniżej kilka zdjęć z dzisiejszej podróży.

Hala odlotów krajowych w Chicago.

Niestety z dodania zdjęć nici. I w USA w środku lasu internet jest zbyt słaby na przesłanie zdjęć. Jutro powinno się udać.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kolejne odcinki Twojej opowieści wciągają coraz bardziej.  Już nie czekam na kolejny piątek i kolejny film  z amerykańskiego serialu "For All Mankind",  tylko na ciąg dalszy "Ball Watches Adventure" 😜  Mam nadzieję że niebawem przyjdzie taki moment kiedy będziemy mogli ujrzeć oba zegarki wylegujące się gdzieś na kolejowym torze albo chociaż na tle  jakiejś stacyjki. 

Piotr za podstawę czasu/wzorzec robi telefon komórkowy.  Czy tak ?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cieszę się, ze udaje mi pisać w interesujący sposób Zgadza się, wzorcem jest zegar z telefonu. 
pozdrawiam 

Piotr 

Share this post


Link to post
Share on other sites

To próbujemy dodać zdjęcia.

Hala odlotów w Chicago.

 

4E4958EC-72B6-4BFB-860D-BD8FEBADC1B6.jpeg

I już na pokładzie.

 

232419FA-9F33-49F5-AF9C-5E9D70CDCFCD.jpeg

W drodze do Big Sur

 

E94439A9-1620-49DE-A9BA-4174DF075CA6.jpeg

ED3C157B-3F89-4903-9AB6-6E94AC03FDB3.jpeg

E238142E-23D5-49BD-935D-51A981CDFC13.jpeg

Sesja nad klifami.

 

561F65CC-DBEC-4C83-B214-B09820BBB8FE.jpeg

344C0620-23E3-40BA-8591-82D902BEB38F.jpeg

646BC396-7DFD-495F-9854-C878B17A3C9B.jpeg

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dojechaliśmy.

 

 

3BF45FEB-50C1-45F5-9554-3CD89443F267.jpeg

Red wood w Big Sur.

 

AFBFC859-39A1-42BB-B81B-1F7A9F5B7386.jpeg

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pożegnanie z zachodnim wybrzeżem.

 

Za nami noc w Big Sur. Trochę straszna, trochę magiczna. Spanie w domku traperskim otoczonym wielkimi sekwojami (red woods) gdzie natura zdaje się wchodzić do środka ze wszystkich stron – odgłosami nocnych ptaków i nieznanych zwierząt, zapachem lasu, przenikliwym chłodem bezchmurnej nocy i szumem oddalonej rzeki, zwielokrotnia poczucie obcości tego świata, który jeszcze nie tak dawno był dobrze znany, jak kumpel ze szkoły, a dzisiaj jest już tylko wspomnieniem.  Ukojenie znajdujemy w obserwacji nocnego nieba, które nie jest nam obce, tylko z tą różnicą, że dzisiaj widzimy je jakby było w wysokiej rozdzielczości. Zasypiamy. Ranek wita nas chłodno, słońce ledwo przebija się przez nisko zawieszone chmury. Czas przespacerować się po magicznym lesie Red Wood Big Sur. Choć wiemy, że w Sequoia National Park zobaczymy znacznie większe sekwoje, to i tak te w Big Sur robią na nas ogromne wrażenie. Kiedyś całe zachodnie wybrzeże było opanowane przez te wielkie, dumnie pnące się w górę drzewa, a dzisiaj są tylko cieniem okresu swojej świetności. Czas ruszać w drogę. Przed nami blisko 400 kilometrów drogi, w pierwszym swoim odcinku krętymi drogami zachodniego wybrzeża. Poranna mgła tworzy wspaniałą scenerię do zrobienia jeszcze kilku zdjęć naszym bohaterom podróży. Opuszczając Big Sur, już za nim tęsknię. Nie dziwię się, że Henry Miller na jeden z okresów swojego życia wybrał właśnie to miejsce. Nie wiem czy w Big Sur mógł być nielogiczny i nierozsądny, jak marzył jeden z bohaterów jego książek, ale na pewno mógł wyrwać się tu na wolność i cieszyć się życiem. W Big Sur znajdziecie magiczne miejsce poświęcone jego twórczości: The Henry Miller Library.  

Jadąc wzdłuż zachodniego wybrzeża zatrzymujemy się jeszcze kilka razy, to podziwiając słonie morskie wylegujące się na plaży niczym grupa spragnionych morskich kąpieli turystów, czy też chcąc na pożegnanie pomoczyć nogi na plaży w San Simon Bay niegdyś należącej do Williama Randolpha Hearsta.  Do dziś jest tam wiele miejsc upamiętniających jego osobę. Czas pożegnać Pacyfik i rozpocząć wędrówkę w głąb kontynentu. Po kilku godzinach podróży przez najbardziej rolniczy obszar Kalifornii, co jakiś czas mijając winnice przypominające nam te z Toskanii, docieramy do Three River – miejsca, z którego rozpoczniemy naszą podróż po Parku Sekwoi. 

Na zegarkach nasze przeżycia raczej nie robią wrażenia. Naręczny nieco rozpłynął się na zdjęciu, niczym zegar Salvadora Dali w obrazie „Trwałości pamięci” po kąpieli w zimnych wodach Big Sur River. Niestety różnica czasu między nimi się zwiększa. Dzisiaj dochodzi do 95 sekund, czyli mamy kolejne 14 sekund dobowego odchylenia. Pomimo takiej różnicy, uważam, że staruszek całkiem nieźle sobie radzi. 

Wiem, że niezbyt wiele jest na razie o kolei. Jutro postaram się to nadrobić i opisać warunki techniczne jakie musiały spełniać zegarki, aby uzyskać certyfikat spółki Ball a jest to dosyć mocno powiązane z koleją. 

Rzeka Big Sur

 

IMG_3493.jpeg

Ball w odmętach rzeki.

 

IMG_3501.jpeg

Staruszek tylko na kamieniu.

 

IMG_3497.jpeg

Czerń Balla w czerni wypalonego pnia Sekwoi.

 

IMG_3507.jpeg

IMG_3508.jpeg

Poranna sesja.

 

IMG_3516.jpeg

IMG_3521.jpeg

IMG_3522.jpeg

Słonie morskie.

 

IMG_3528.jpeg

IMG_3527.jpeg

Pożegnanie z wybrzeżem. San Simon Bay.

 

IMG_3533.jpeg

IMG_3539.jpeg

IMG_3541.jpeg

IMG_3550.jpeg

IMG_3543.jpeg

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jaki musiał być zegarek, aby spełnić standardy spółki Ball?

 

Jak już pisałem na początku mojej relacji zapewne historia firmy Ball i standaryzacji pomiaru czasu na kolei w USA, zapewne wielu z Was jest dobrze znana. Nie chcę ponownie jej opisywać w tym miejscu, wiedząc, że doskonały opis jest na naszym forum (znajdziecie go tutaj: https://zegarkiclub.pl/forum/topic/156136-ball-watch-since-1891/?tab=comments#comment-2152901 ).

Smutnym. Jest tylko to w tej historii, że jak w wielu innych przypadkach, tak i tu powodem zmian była tragiczna w skutkach katastrofa kolejowa. Dopiero po niej zwrócono uwagę na pilną potrzebę standaryzacji warunków technicznych jakie powinny spełniać zegarki kolejowe oraz w jakim reżimie powinny być serwisowane. Pierwszy raz czytając opis parametrów technicznych zegarków ze standardem „RR” miałem nieodparte wrażenie, że ktoś posłużył się już istniejącym standardem dotyczącym samej kolei. Mianowicie każdy pojazd kolejowy, w tamtych czasach w USA, taki i dzisiaj, musi spełniać rygorystyczne warunki dopuszczenia do eksploatacji. Dotyczy to zarówno momentu wprowadzenia danego typu pojazdu do ruchu, jak i ponownego dopuszczania do eksploatacji po każdym poziomie utrzymania. W przypadku zegarków oczywistym jest, że ilość parametrów jest istotnie mniejsza, niż w przypadku lokomotyw, czy też nawet wagonów. I tak zegarek, aby uzyskać certyfikat firmy Ball musiał mieć następujące cechy:

·       Nie mógł być zegarkiem krytym, czyli z zakrywającym cyferblat deklem,

·       Zegarek musiał mieścić się w rozmiarze 18 lub 16 (44,86 mm lub 43,17 mm),

·       Cyferblat musiał być biały, z kontrastującymi czarnymi cyframi arabskimi i czarnymi grubymi wskazówkami, 

·       System nakręcania - koronka musiała być na godzinie 12,

·       Zegarek musiał posiadać minimum 17 kamieni,

·       System naciągu musiał być wyposażony w dwie zębatki,

·       Czas ustawiany miał być przy użyciu dodatkowej dźwigni pod deklem ze strony tarczy, nie w koronce,

·       Zegarek musiał być testowany w co najmniej 5 pozycjach,

·       Powinien bez negatywnego wpływu pracować w przedziale temperatur od 40 do 95 stopni Fahrenheita (od 4,5 do 35 °C),

·       Maksymalna tolerancja odchyleń +/_ wynosiła maksymalnie 30 sekund tygodniowo.

Jeśli miałbym opisać tutaj warunki techniczne jakie muszą spełniać lokomotywy, to zabrakłoby tu miejsca, a pojemność serwerów mocno zostałyby ograniczona. Niech o skomplikowaniu i rygorystycznym podejściu do warunków jakie muszą spełniać lokomotywy, świadczy to, że proces homologacji lokomotywy zwykle trwa kilka lat i jest to tylko sam proces homologacji, natomiast prace od pomysłu wyprodukowania lokomotywy do postawienia jej prototypu trwają również kilka lat. 

W przeciwieństwie do zegarków, w Polsce mieliśmy trochę więcej szczęścia w przypadku lokomotyw i było kilka zakładów produkujących lokomotywy. Był to zakłady między innymi: we Wrocławiu, Poznaniu i Chrzanowie na Śląsku. Dzisiaj nadal w naszym kraju produkowane są zarówno lokomotywy jak i wagony. Ponadto kilka zagranicznych firm założyło tu swoje zakłady produkcji taboru, czasami przejmując już istniejące zakłady produkcyjne czy też dawne zakłady naprawcze. Z polskich zakładów, które produkują lokomotywy, wyróżniają się dwa: Pesa Bydgoszcz produkująca elektryczne lokomotywy Gama oraz Newag w Nowym Sączu produkujący czteroosiowe elektryczne Gryfiny i sześcioosiowe ciężkie lokomotywy elektryczne Dragon. Nie ma już jednak u nas produkcji lokomotyw spalinowych, która zakończyła się wraz z upadłością Zakładów Fablok w Chrzanowie. O świetności produktu tych zakładów niech świadczy to, że obecnie lokomotywy SM42 będące produktem tej fabryki są z powodzeniem modernizowane przez kilka zakładów w Polsce, między innymi Newag i po modernizacji mogą służyć kolejne 30 lat. Dlaczego w Polsce akurat produkuje się lokomotywy elektryczne? Powód jest oczywisty, Polska jest drugim po Niemczech najbardziej zelektryfikowanym krajem w Europie pod względem linii kolejowych, co pozwala w głównej mierze korzystać z tego rozwiązania. W przypadku USA sytuacja jest całkowicie inna. Głównym typem lokomotyw używanych w Ameryce Północnej są ciężkie lokomotywy spalinowe, tylko w niewielkim zakresie, głownie na terenach aglomeracji do ruchu pasażerskiego wykorzystywane są składy elektryczne. Użycie lokomotyw spalinowych w USA nie świadczy jednak o ich zacofaniu, lecz pragmatycznym podejściu do transportu towarowego. O stopniu zaawansowania kolei w USA niech świadczy chociażby poziom zautomatyzowania systemu sterowania ruchem i funkcjonujących systemów bezpieczeństwa, gdzie całość sterowana jest realizowana przy użyciu systemów komputerowych. Pozwala to między innymi na realizację przewozów kilometrowymi składami ciągniętymi przez kilka lokomotyw, gdzie do ich obsługi potrzebny jest tylko jeden maszynista. Dla porównania w Polsce nadal używamy starego systemu bezpieczeństwa SHP, używamy sprzęgów śrubowych, co znacznie ogranicza możliwość zwiększenia przepustowości linii i wymaga większego zaangażowania ludzi w realizacji przewozu. Dzisiaj w Polsce jak i w całej Unii Europejskiej wprowadza się jeden zautomatyzowany system bezpieczeństwa, który o ile uda się go wdrożyć pozwoli nam na automatyzację ruchu po roku 2035. 

Wracając jednak do zegarków. Poza parametrami technicznymi, zegarki musiały być również utrzymywane w określony sposób. Jednym z parametrów technicznych była bowiem ich punktualność – zegarki nie mogły mieć większych tygodniowych odchyleń niż 30 sekund. Ten parametr może świadczyć o tym, że musiał być prowadzony serwis zegarków, gdzie co jakiś czas weryfikowano ich punktualność i dokonywano koniecznych napraw czy też wykonywany był ich serwis: czyszczenie, smarowanie, wymiana zużytych części. Niestety nie dotarłem do żadnego opracowania, w którym opisane byłyby poszczególne czynności w określonych cyklach. Niewątpliwie jednak chcąc utrzymać zegarki w odpowiednim stanie i zachować certyfikat, zegarki musiały mieć podobne zasady utrzymania jak lokomotywy, które również mają swoje systemy utrzymania. Każda lokomotywa po określonym czasie lub przebiegu musi mieć wykonane ściśle określone czynności utrzymania, bez których wykonania nie może być dopuszczona do ruchu. Co do zasady zgodnie z przepisami utrzymanie lokomotyw można podzielić na pięć poziomów – oznaczanych dla uproszczenia symbolami od P1 do P5, gdzie P1 to najniższy poziom utrzymania z częstotliwością realizacji zależną od typu lokomotywy co dwa tygodnie lub cztery miesiące i przebiegiem od kilku tysięcy km do kilkudziesięciu tysięcy km. P5 natomiast jest najwyższym poziomem, podczas którego wykonywana jest naprawa główna lokomotywy czy też jej modernizacja. I tu moment jej wykonania powiązany jest z przebiegiem lub czasem eksploatacji danego typu lokomotywy, co 8 lub 32 lata albo po przebiegu 600 tys. km lub 1,2 mln km.

Jak można zobaczyć w dawnych czas zegarek stanowił istotny element właściwej realizacji przewozów, bez którego bezpieczne przewiezienie towarów czy ludzi nie byłoby możliwe. Można nawet uznać, że był częścią wyposażenia lokomotywy. 

Początek składu towarowego. Trzy lokomotywy. W składzie były jeszcze dwie w środku i jedna na końcu składu. 

 

IMG_4448.jpeg

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pojawiła się kolej !

Do dzisiaj o kolei, a w szczególności o kolei w USA nie wiedziałem prawie nic. Dzięki relacji Piotra zaczyna być "jaśniej" :) A te ciągnące się bez końca składy towarowe z kilkoma lokomotywami robią wrażenie !  Nie sądziłem też że zegarki Ball musiały spełniać aż tyle wyśrubowanych parametrów.

Piotr, ten serial wciąga coraz bardziej ... 

 

 

balllogo
 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Kraina Ewoki

Podróż do Sequoia National Park z naszego hotelu nie była już zbyt długa. Zajęła nam zaledwie 20 minut. Jeszcze kilka formalności na wjeździe do parku i jesteśmy. Pierwsze wrażenie po przekroczeniu granic parku: „piękne góry, cudowne widoki, ale gdzie są te wielkie drzewa? Nasze wyobrażenie o Sequoia National Park było jak w filmach z misiem Yogi. W rzeczywistości, faktycznie jest pięknie, ale lasu ani śladu. Na podziwianie wielkich drzew przyszło nam jeszcze trochę poczekać. Musieliśmy bowiem wjechać na wysokość blisko 2000 m n.p.m. Nie wiedziałem, że tak duże drzewa mogą rosnąć na takiej wysokości. W naszych górach na wysokości 1400 m n.p.m. mamy już tylko w najlepszym przypadku kosodrzewinę. Za pierwszy cel obraliśmy Mono Rock. Jest to wielka skała, której czubek znajduje się na wysokości 2050 m n.p.m. Jadąc do Mono Rock przejeżdża się przez pierwszą część Sequoia Forest. Sam wjazd do lasu nieco nas przygnębił. Przywitały nas tylko kikuty spalonych drzew. Pamiątka ostatnich pożarów. Jednak im bliżej Mono Rock, tym bardziej las zaczął nas zachwycać swoim pięknem. Przejeżdżając wąskimi krętymi drogami pomiędzy sekwojami tworzącymi naturalne bramy, dojechaliśmy do parkingu, z którego czekała nas niezbyt długa wędrówka piesza na szczyt Mono Rock. Po drodze mogliśmy już podziwiać przepiękne drzewa stojące niczym Enty z Władcy Pierścieni. U podnóża góry, a bardziej skały, znajdował się kolejny parking, do którego jak się okazało mogliśmy dojechać samochodem. Jednak nie żałowaliśmy wędrówki przez las. Amerykanie lubią sobie upraszczać życie, dzięki czemu właściwie do wielu atrakcji można dojechać samochodem i przejść tylko kilkaset metrów, aby móc podziwiać cel wyprawy. Na szczyt Mono Rock wiodą kamienne schody, które przypominały nam te z Gór Stołowych. Wspinaczka była lekko męcząca, jednak po 20 minutach stajemy na szczycie, z którego rozciąga się przepiękny widok na cały park oraz dalej położone szczyty łańcucha Sierra Nevada. To obecnie najwyżej położony punkt na naszej mapie podróży. Jeszcze, krótka sesja fotograficzna naszych bohaterów i schodzimy. Na górze ponownie zaskakują mnie Amerykanie. Zawsze myślałem, że nie zwracają oni uwagi na to co robią inni ludzie, jak się ubierają i nie ma rzeczy, które by ich zaintrygowały. A tu, moja sesja zdjęciowa zegarków na Mono Rock wzbudziła niemałe zainteresowanie. Nie do tego stopnia, aby pytać mnie, co ja robię, ale na tyle aby za plecami słyszeć komentarze. I tak było jeszcze wielokrotnie, jak tylko wyciągałem kieszonkowy zegarek i ustawiałem go do zdjęć. Z Mono Rock obraliśmy kurs na słynny tunel pod sekwoją. Początkowo nie liczyłem na wiele wiedząc, iż jest to bardzo popularne miejsce. Ku naszemu zaskoczeniu przy tunelu stał tylko jeden samochód. Doskonała okazja do przejechania tunelem i zrobienia kilku zdjęć. Kolejny punkt, to wędrówka do największego drzewa na świecie, czyli do Generała Szermana. Tutaj również nie spotkaliśmy większych tłumów. Las, w którym rośnie największe drzewo bardzo przypomina scenerię z szóstej części Gwiezdnych Wojen – Powrotu Jedi. Czuliśmy się pośród tych majestatycznych drzew jak ewoki. Jednak film nie był kręcony w Parku Narodowym Sekwoi, ale trochę bardziej na północ w Redwood National Park. Park zafundował nam jeszcze jedną atrakcję. Pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję zobaczyć niedźwiedzia w jego naturalnym środowisku i to zaledwie z odległości 20 metrów. A może to był ewok? Cóż, zawsze uczono mnie, że jak widzisz młodego niedźwiedzia, to gdzieś w pobliżu zapewne jest jego matka i lepiej oddalić się powoli z miejsca spotkania. Dzień miał się już powoli ku końcowi a przed nami ponad dwie godziny jazdy do Yosemite National Park. Jeszcze szybki obiad i ruszamy w drogę. Do Yosemite dojechaliśmy około 19:00. I tu spore zaskoczenie. Wjazd do parku możliwy tylko po wcześniejszym zarejestrowaniu się. Wchodzimy na stronę parku i najbliższy możliwy termin to 13 lipca. Tak więc czeka nas rewizja naszych planów co do Yosemite albo szukanie innych rozwiązań. Jak będzie? Zobaczymy. 

Przejazd przez park sekwoi był też pierwszym punktem podróży, gdzie oba zegarki znalazły się na znacznej wysokości ponad 2000 m n.p.m. Jak to na nie wpłynęło? Ball Engeneer III Ohio raczej tego nie zauważył, nadal nie notuje istotnej różnicy od początkowych ustawień. W przypadku kieszonkowego, to wysokość zrobiła na nim wrażenie, ponieważ odchylenie to już prawie dwie minuty i wynosi 114 sekund, co daje 19 sekund dobowej różnicy. 

Widok na Mono Rock

 

IMG_3557.jpeg

Spalony las. Sekwoje jednak przetrwały pożar

 

IMG_3563.jpeg

Na spalonym pniu.

 

IMG_3608.jpeg

Widok ze szczytu Mono Rock

 

IMG_3617.jpeg

Sesja na Mono.

 

IMG_3621.jpeg

IMG_3623.jpeg

IMG_3626.jpeg

Sekwoja Roosevelta. Gdzie jest Ball na drzewie?

IMG_3634.jpeg

IMG_3635.jpeg

IMG_3636.jpeg

Tunel

 

IMG_3637.jpeg

Selfie z Shermanem.

 

IMG_3646.jpeg

IMG_3650.jpeg

Wypalona sekwoja.

 

IMG_3665.jpeg

IMG_3669.jpeg

Share this post


Link to post
Share on other sites

„Gen przedsiębiorczości”

Yosemite, jak pisze jeden z przewodników, powtarzając słowa Johna Muri: „to miejsce, gdzie przyroda zgromadziła wszystko co najlepsze by zwabić wielbicieli na intymne spotkanie”. I tak też ja je odbieram. Piękno Yosemite, jest zarazem jego przekleństwem. Po Yellowstone to chyba jeden z najczęściej odwiedzanych parków w USA. Jest do tego stopnia popularny, że zostały wprowadzone ograniczenia wstępu do niego. Jak już wcześniej wspominałem, my zapomnieliśmy się zarejestrować i do parku moglibyśmy wjechać dopiero 13 lipca, a dziś mamy 7 lipca (jak to czytacie u Was jest już 8 lipca). W poszukiwaniu rozwiązania pierwsze kroki skierowaliśmy do concierga, który pomógł nam w iście amerykański sposób. Na wstępie poinformował nas, że nie ma żadnego problemu, ponieważ jak wstaniemy o 4 rano i będziemy w parku około 5, to nie potrzebujemy żadnej rejestracji wjazdu. Nie wziął tylko jednego pod uwagę, my nie zamierzamy wstawać o 4 rano. Najwcześniej jesteśmy w stanie wstać o 7 i wyjechać o 8. Jak mu to powiedzieliśmy, to dalej przekonywał nas, że to dobry pomysł i zachwalał nam jak wspaniały jest Park Yosemite. Udało nam się od niego wyjść po godzinie monologu, w którym mimo naszego zniecierpliwienia, muszę przyznać, że znaleźliśmy wiele ciekawych informacji. Wtedy jednak nie byliśmy nastawieni na wersję audio przewodnika po parku, tylko na znalezienie rozwiązania naszego problemu. Jak pogodzić chęć wyspania się przed kolejnymi etapami podróży z niemniejszą chęcią odwiedzenia parku i jeszcze większą niechęcią objechania parku, jeśli nie uzyskamy przepustki do parku? I wtedy jak to powiedział Robert Więckiewicz w komedii „Ile waży koń trojański”, odezwał się w nas polski gen przedsiębiorczości. Do parku nie trzeba mieć przepustki, jeśli ma się zarezerwowany nocleg w jednym z hoteli w parku, miejsce na campingu lub wynajmie się namiot. I tak zaczęliśmy przeszukiwać Internet w poszukiwaniu miejsca noclegowego w parku. Hotele odpadały, ponieważ już dawno były zarezerwowane a dodatkowo były bardzo drogie. Camping niestety też odpadł pomimo tego, że była to najtańsza opcja. Nie mamy RV (samochodu campingowego). Pozostał namiot. I bingo, za niewielką cenę udało nam się wynająć jeden z ostatnich dwuosobowych namiotów w Curry Village w samym centrum Doliny Yosemite. Jeszcze chwila i mamy potwierdzenie rezerwacji namiotu. Z lekkim dreszczykiem emocji następnego dnia kierujemy się około 11:00 do bramy parku. Dlaczego dreszczykiem? Wynajęty namiot jest na dwie osoby, a nas jest troje. Jednak wszystko się udało, wjechaliśmy i mogliśmy zacząć podziwiać piękno Parku Narodowego Yosemite. Na początek główne atrakcje Doliny Yosemite: punkty widokowe na Half Dome, wodospady Yosemite, Tunel view i oczywiście El Capitan. Jako niedoszły alpinista amator przez długi czas wpatrywałem się w ściany El Capitan i Half Dome w poszukiwaniu wiszących gdzieś na skałach alpinistów. Może na jednej z niej jest słynny: Alex. Honnold, który bez asekuracji wszedł na El Capitan i znany też jest z wytyczania nowych dróg po zboczach obu tych gór. Jego historię możecie poznać w Oskarowym filmie: Free solo. Ok, czas ruszać dalej. Mamy przecież jeszcze przed sobą Mirror Lake, w którego wodach w magiczny sposób odbijają się przepiękne góry otaczające dolinę. Po dotarciu na miejsce lekkie rozczarowanie – jezioro jest, ale jakby wyschnięte. Gdzieniegdzie są tylko mniejsze lub większe rozlewiska rzeki, która płynie przez jezioro. Okazuje się, że jest to jezioro okresowe i w okresie letnim istotnie zmniejsza swoje rozmiary. Cóż, nie jest to o czym marzyłem jednak nie żałujemy tej wycieczki, ponieważ miejsce i tak ma swój urok. Jednak z pomysłu zrobienia sesji zdjęciowej zegarków na tle odbijających się gór w wodach jeziora zostały nici. Trzeba się zadowolić tym co jest. 

Dzisiaj mamy czwartek, tak więc mija już tydzień naszej podróży. W hotelu poza standardową weryfikacją odchyleń czasu wskazywanego na zegarkach, urządziłem im małe spa. A jak wyglądają wskazania? Kieszonkowy ma już ponad dwie minuty odchylenia, a dokładnie 136 sekund. To kolejne istotna dobowa różnica: 22 sekundy. W tym przypadku chyba poza temperaturą, która istotnie przekracza maksyma podane przez firmę Ball, to wstrząsy podczas wędrówki mogły mieć istotny wpływ na tak duże odchylenie. A jak się ma Engeener? Bardzo dobrze, jego odchylenie czasu po całym tygodniu to około +3 sekundy od czasu wskazywanego w telefonie komórkowym. Nie jest oszczędzany i cały czas towarzyszy mi na nadgarstku. Po powrocie do Polski jeszcze długo będę miał po nim pamiątkę w postaci bladego miejsca na nadgarstku. Słońce robi swoje.  

Pierwszy widoki z Tunel view na Half Dome i Dolinę Yosemite.

 

IMG_3697.jpeg

IMG_3705.jpeg

IMG_3709.jpeg

Widok znad jeziora Mirror Lake

 

IMG_3733.jpeg

Sesja nad jeziorem i górami w tle.

 

IMG_3717.jpeg

IMG_3718.jpeg

IMG_3719.jpeg

IMG_3723.jpeg

IMG_3728.jpeg

Wynajęty namiot. 

 

IMG_3739.jpeg

IMG_3741.jpeg

IMG_3742.jpeg

IMG_3744.jpeg

zegarki po spa.

 

IMG_3746.jpeg

Nieudana próba nocnej sesji z Tunel view.

 

IMG_3756.jpeg

IMG_3759.jpeg

IMG_3764.jpeg

IMG_3767.jpeg

Share this post


Link to post
Share on other sites

W Chicago tylko hot-dogów mi brakowało ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Droga do piekła.

Dzisiaj opuszczamy zielone lasy Doliny Yosemite i kierujemy się do najgorętszego i najniżej położonego miejsca Ameryki Północnej – Doliny Śmierci. Zanim tam dotrzemy czeka nas jeszcze podróż przez północną część parku, którą doskonale pamiętamy z poprzedniej podróży. Jest to malowniczo położona przeprawa przez Góry Sierra Nevada na wschodnią ich część, a zarazem najkrótsza droga do Doliny Śmierci z Parku Yosemite. Zdajemy namiot, dzięki któremu zrealizowaliśmy trzy cele: wyspaliśmy się, jesteśmy w parku i nie musimy okrążać gór, aby dotrzeć do Doliny Śmierci. Przed opuszczeniem doliny jeszcze, krótki spacer do dolnego wodospadu Yosemite. Niestety z uwagi na porę roku, nie będzie nam dane zobaczyć jego piekielnego oblicza, które ukazuje jedynie przez kilkanaście dni lutego zmieniając swój kolor na ognisto czerwony. Nie jest to jednak sztuczka jakichś sił nadprzyrodzonych lub działanie garbarni barwiącej bycze skóry, a efekt promieni słonecznych, które w lutym dzięki odpowiedniemu kątowi ich padania na wody wodospadu, zmieniają jego kolor. Dzięki temu zjawisku wodospad uzyskał przydomek: wodospad ognia (brzmienie oryginalne Firefall). Droga wyjazdowa z doliny wiedzie obok przyciągającego mnie jak magnes El Capitan. I tym razem nie udało mi się przejechać obok niego obojętnie. Zatrzymaliśmy się przy polanie, z której grupa gapiów już od najwcześniejszych godzin wypatruje śmiałków wspinających się po szarych, pionowych ścianach strażnika doliny. Atmosfera na polanie przypomina nieco piknik. Ludzie siedzący w fotelach podobnych do tych, które pamiętam z moich nocnych zasiadek na karpie, tylko z tą różnicą, że przed sobą mają na statywach ustawione lornetki skierowane w ścianę góry a nie rod poda z wędkami. Z podsłuchanych rozmów wynika, że dzisiaj jeszcze nikogo nie było, ale na pewno ktoś zaraz się pojawi. Mając przed sobą podróż, spędziliśmy tam jeszcze kilka chwil ponownie zwracając na siebie uwagę, krótką sesją fotograficzną z moimi „modelkami”. Nie mogąc już się doczekać na piękne widoki parku z Tioga Road, ruszyliśmy w dalszą podróż. Żegnaj El Capitan. Niestety droga ze wspomnień w tym roku przekształciła się w istną highway to hell. Znaczna jej część była w przebudowie i przez kilka godzin w pyle, zapachu smoły i asfaltu oraz upale ponad 30 stopni przedzieraliśmy się przez niegdyś piękną Tioga Road. Pewnie po remoncie ponownie taką będzie. Chcąc choć trochę poprawić sobie wrażenia z tej podróży przez piekło, złamaliśmy zakaz zatrzymywania się i przystanęliśmy na punkcie widokowym Olmsted Point, z którego rozpościera się widok na góry Parku Yosemite z majaczącym w oddali Half Dome. Nie byliśmy sami, takich śmiałków jak my, chcących na chwilę zapomnieć o trudach podróży, było jeszcze kilkunastu. Ten piętnastominutowy oddech kosztował nas dodatkowe 40 minut przymusowego postoju w piekle. Nie wiem, czy to była dla nas kara za zatrzymanie się, którą dali nam budowniczy drogi, czy też taka organizacja przejazdu przez remontowaną drogę. Ucieszyliśmy się na widok Mono Lake ponieważ oznaczało to że piekło drogi wkrótce się skończy. Do zaplanowanego miejsca noclegu w Bishop mieliśmy jeszcze blisko sto kilometrów, jednak chcąc sobie zrekompensować trudy podróży, zboczyliśmy z głównej drogi i pojechaliśmy do Mammoth Lakes, turystycznej miejscowości położonej na wysokości 2400 m n.p.m. Z nieodległego od miasteczka punktu widokowego Minaret Vista, roztacza się przepiękny widok na postrzępione szczyty wschodniej części gór Sierra Nevada, które kształtem przypominają nieco te z Tolkienowskiego Mordoru. Po ponad sześciu godzinach podróży docieramy wreszcie do miejsca naszego noclegu – małego miasteczka Bishop. Stąd zaczniemy naszą podróż do piekła. 

Dzisiejsza podróż była również istnym roller coasterem dla zegarków. Wielokrotna zmiana wysokości z ponad tysiąca metrów na trzy tysiące metrów, jazda po remontowanej drodze przypominającej tarkę i wreszcie temperatura dochodząca do 35 stopni, nie mogły pozostać bez wpływu na zegarki. I tak też się stało. Nadal oba dzielnie odmierzają czas jednak stulatek odczuł trudy podróży i jego dobowe odchylenie wyniosło 24 sekundy, czyli mamy 160 sekund różnicy. Na młodzieńca podróż też miała wpływ, dodając dodatkową +1 sekundę do czasu wzorcowego, dając odchylenie +4 sekundy po ośmiu dniach pracy bez zmiany ustawień. Jutro spotkamy się w piekle, blisko 50 stopni w cieniu. 

Wodospad Yosemite

 

 

IMG_3771.jpeg

IMG_3772.jpeg

El Capitan i sesja zdjęciowa.

 

IMG_3781.jpeg

IMG_3782.jpeg

IMG_3785.jpeg

IMG_3787.jpeg

Widok z Olmsted Pionu na Park Yosemite z Half Dome w dalszym planie.

 

IMG_3789.jpeg

IMG_3794.jpeg

Widok na "Mordor" z Minaret Vista.

 

IMG_3800.jpeg

Share this post


Link to post
Share on other sites

 @Hecke czytam relacje z Waszej wyprawy z zapartym tchem. Dla mnie bomba!

Co zaś się tyczy zegarków to główny pewnie powód dla którego "staruszek" ma tak dużą odchyłkę jest jego inne przeznaczenie (nie na takie wyprawy) oraz wiek i stan tego zegarka.

Tak czy owak trzymam kciuki za ekspedycję:)

POWODZENIA! 


Czas zmienia perspektywę

Share this post


Link to post
Share on other sites
11 minut temu, pk_kamil napisał(-a):

 @Hecke czytam relacje z Waszej wyprawy z zapartym tchem. Dla mnie bomba!

Co zaś się tyczy zegarków to główny pewnie powód dla którego "staruszek" ma tak dużą odchyłkę jest jego inne przeznaczenie (nie na takie wyprawy) oraz wiek i stan tego zegarka.

Tak czy owak trzymam kciuki za ekspedycję:)

POWODZENIA! 

Bardzo dziękuję. Tak kieszonkowy dostaje w kość pomimo tego, że staram się go chronić jak najlepiej w tych warunkach można. Jednak tak jak piszesz, był on przeznaczony zupełnie do czegoś innego. Podróżuje w podwójnym pokrowcu schowany w przedniej kieszeni mojej torebki. Dodatkowo z obu stron ma kieszeń wyścieloną ściereczkami dla tłumienia wstrząsów. To naręczny musi znosić wszystkie trudy podróży w sposób bezpośredni. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.