-
Liczba zawartości
248 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Forum
Profile
Galeria
Kalendarz
Blogi
Sklep
Zawartość dodana przez McIntosh
-
Mistrzostwa Świata - Kanada, Meksyk, USA 2026
McIntosh odpowiedział Edmund Exley → na temat → PO GODZINACH
Japonia niemrawo w ataku. Widać braki ofensywne. Przydaliby się Takumi Minamino i Wataru Endo. Linia pomocy wyraźnie kuleje. -
Mistrzostwa Świata - Kanada, Meksyk, USA 2026
McIntosh odpowiedział Edmund Exley → na temat → PO GODZINACH
To ja na Japonię. 🙂 -
Mistrzostwa Świata - Kanada, Meksyk, USA 2026
McIntosh odpowiedział Edmund Exley → na temat → PO GODZINACH
Nie wiem w jakiej formie jest Holandia, ale widziałem kilka meczów Japonii i grają super. Jeżeli Holendrzy są pod formą, to Japonia ich rozjedzie. Zobaczymy. -
Mistrzostwa Świata - Kanada, Meksyk, USA 2026
McIntosh odpowiedział Edmund Exley → na temat → PO GODZINACH
Dzisiaj też będzie ciekawy mecz, Holandia vs Japonia. -
Mistrzostwa Świata - Kanada, Meksyk, USA 2026
McIntosh odpowiedział Edmund Exley → na temat → PO GODZINACH
Miałem dokładnie tak samo. Fajnie, że Katar wcisnął im bramkę. Też tak myślę, a wynik nie jest oczywisty. Brazylia gra w kratkę, więc może być ciekawie. -
Mistrzostwa Świata - Kanada, Meksyk, USA 2026
McIntosh odpowiedział Edmund Exley → na temat → PO GODZINACH
Oglądam teraz mecz Katar vs Szwajcaria. Nuda. Poza tym, „Szwajcarzy” w większości chyba na pontonach przypłynęli. Dobrze, że się w Morzu Śródziemnym nie utopili. Gdzie ten nasz kontynent zmierza? Ech. -
Prezentowali w Wiedniu. To Autobiography czyli szczyt cennika Wilson Audio. Ten model został wykonany, żeby uświetnić 50 lat istnienia firmy aczkolwiek pojawił się z kilkuletnim poślizgiem. Ich cena to około 3 mln zł za parę. Niestety nie miałem jeszcze okazji posłuchać, ale przypuszczam, że to może być dźwięk ostateczny, że tak to określę. WA gniotów nie wypuszcza.
-
I bardzo ładnie grają. Dobrze współpracują z Pass Labsem, a poza tym z tego co się przekonałem to Tempo tworzą miłą dla ucha synergię ze wzmacniaczami lampowymi. No ale Wilson Audio to jest jeszcze inny świat doznań dźwiękowych. Genialna firma, a w zestawieniu z Boulderem czy Dan D'Agostino wymiata po całości. To jest dopiero rasowy, prawdziwy hi-end. No ale niestety jak policzyłem to taka przyjemność to wydatek około miliona zł za zestaw w najbardziej minimalnej postaci czyli DAC + wzmacniacz zintegrowany Boludera, WA Alexx V i do tego kable. W przypadku dorzucenia adekwatnego dźwiękowo odtwarzacza CD, gramofonu, przedwzmacniacza gramofonowego, hi-endowej wkładki i przy rozdzieleniu sekcji wzmocnienia na preamp oraz stereofoniczną końcówkę mocy lub dwa monobloki, to już w ogóle szkoda gadać. To już jest zabawa dla garstki bardzo zamożnych audiofilów.
-
No tak, Wilson Audio to dość charakterystyczne zespoły głośnikowe o fenomenalnych walorach dźwiękowych. Ja miałem inne skojarzenia, bo ich kolor przypomniał mi Lambo Aventador. Niestety ich zakup mi raczej nie grozi. Cena z metki za parę to około 800 tys. zł. Na razie Audio Physic Tempo muszą mi wystarczyć. Też spoko. 👍
-
Skoro o zespołach głośnikowych, to poniżej moja ulubiona firma i jednocześnie obiekt moich audiofilskich marzeń... czyli Wilson Audio Alexx V. Co do WA - ponad 50 lat na rynku, a dźwięk niezmiennie wspaniały.
-
Sytuacja kolejkowa ROLEXa.
McIntosh odpowiedział szwed → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
W Polsce, Apart. -
No tak, kompresja dynamiki wyrządziła dużo zła płycie CD. Co z tego, że zakres dynamiki wynosi około 96 dB skoro wiele wydawnictw realnie wykorzystuje z tego 1/3. A właściwie wykorzystywała, bo streaming oraz świadomość problemu trochę zastopowały złe praktyki. Natomiast czy tylko CD? Dobrze zestrojony tor analogowy potrafi zrobić różnicę. Zyskuje na tym selektywność, separacja, nasycenie dźwięku. Wady to oczywiście duża podatność płyty analogowej na uszkodzenia. Trzeba ten nośnik traktować delikatnie i z uwagą. To trochę jak jazda motocyklem - koncentrujesz się bardziej w porównaniu do jazdy samochodem. To pierwsze wydanie z Tonpressu. Czas pokaże, jak to wyjdzie z jakością brzmienia aczkolwiek nie żałuję zakupu, bo mam na płyty spojrzenie kolekcjonerskie. Dlatego preferuję pierwsze wydania od reedycji, choć to kosztowna zabawa. Debiut Wilków w super stanie to już wydatek około 2,5 tys. zł, a "Legendę" Armii z Wifonu w stanie NM w ogóle ciężko znaleźć niezależnie od ceny. Wielokrotnie przekonałem się, że stare wydania brzmią lepiej od nowych aczkolwiek w przypadku płyt audiofilskich (na przykład z Analogue Productions) sytuacja jest już zupełnie inna i one często gonią do pudełka first pressy. Japońskie płyty analogowe to jeszcze inny świat, bo Japończycy kombinują z granulatem, więc ich płyty mają mniej szumów i mniej trzeszczą w porównaniu do wydań konkurencyjnych. Mam trochę analogowych płyt japońskich, ale przeważnie nagranych współcześnie. Te z epoki mają swój klimat i urok, więc gratuluję kolekcji. 🙂 U mnie siła sentymentu wygrała, a poza tym to świetna płyta napakowana hitami. Co kawałek, to petarda. Fajnie jest mieć polski The Police z pierwszym wydaniu. 👍 Ja też mam debiut LP z autografami, ale na płycie CD i jest to współczesne wydanie. Też fajnie. 🙂
-
Sytuacja kolejkowa ROLEXa.
McIntosh odpowiedział szwed → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
Mogliby się bardziej postarać. Jak ja odbierałem JLC w salonie, to do zegarka dostałem butelkę szampana Moet. 🙂 -
Mistrzostwa Świata - Kanada, Meksyk, USA 2026
McIntosh odpowiedział Edmund Exley → na temat → PO GODZINACH
I nie ma żadnych "prześcieradeł" w składzie? To może też będę im kibicował. Moje ulubione ekipy to Anglia, Holandia, Brazylia, Argentyna i Japonia. Szkoda, że Dania nie gra. -
Nie ma to jak winyl i stara, dobra płytka CD aczkolwiek od tych płyt analogowych to już człowiek pierdolca dostaje. Ostatni mój zakup to first press debiutu Lady Pank - tysiak poszedł w świat, ale sprzedawca twierdzi, że płyta nigdy nie była grana. Zobaczymy.
-
W sensie barwy, cech, akcentów. Można wybrać coś fajnego w cenie, o której wspomniałeś, ale warto byłoby wiedzieć czego oczekujesz. Zespoły głośnikowe trzeba będzie dopasować do wielkości pomieszczenie w jakim będą grać. Muzyka, z tego co zauważyłem po Twoich postach, to klasyka i jazz? Warto pomyśleć. W sklepie zaoferują Ci to, co sprzedają i prawdopodobnie najchętniej pozbędą się sprzętu na którym mają największą marżę.
-
To z Wiednia? Jakiego dźwięku oczekujesz?
-
Nie. Piszę o tym, co widać na korcie. Gdybym podpierał się opiniami fachowców, to poszedłbym jak owca z tłumem. Wielu chwali Maję, bo dziewczyna jest sympatyczna i nie gra siłowo, ale to nie znaczy, że w jej grze nie ma mankamentów.
-
Tenisem ziemnym interesuję się od dziecka, a nie od trzech tygodni i dostrzegam więcej niż Ty. A fachowcy doceniają fakt, że Maja próbuje grać techniczne, a nie siłowo, co wynika z jej warunków fizycznych. Nie oznacza to, że każdy techniczny element gry funkcjonuje u niej prawidłowo. Zresztą jej trener sam mówił, że jest jeszcze dużo do poprawy. A co konkretnie jest głupie w moich wpisach?
-
Oczywiście wiem. Wiem też, że straciła kilka szans na zdobycie punktów w gemach, bo nie potrafi grać forhendu wzdłuż linii. Maja sprawia wrażenie fajnej, sympatycznej dziewczyny i życzę jej jak najlepiej, ale ma sporo do nadrobienia w kontekście techniki. A to polskie dmuchanie balonika jest po prostu słabe. Poza tym, problemy finansowe dotyczą wielu tenisistów, którzy biorą udział w jakichś podłych turniejach rozgrywanych w miejscach zapomnianych przez Boga licząc na to, że ktoś ich zauważy i że przebiją się w rankingu chociaż do drugiej setki. Takie życie.
-
Nie ma czego zbierać, niestety. Tego się właśnie obawiałem. Demolka w drugim secie. 5:0 dla Rosjanki.
-
Obecnie zawodnicy stawiają przede wszystkim na skuteczność wyrażoną prostszymi środkami gry popartymi siłą. Dlatego jeszcze długo będziemy tęsknić za Federerem na korcie i dlatego sposób gry Mai jest tak ceniony choć wymuszony warunkami fizycznymi. Z drugiej strony, łatwiej jest docenić styl gry Mai, bo jej przeciwniczki orłami nie są. Maja trochę w sposobie gry przypomina Radwańską, a pamiętasz co Serena Williams zrobiła z grą Radwańskiej? To była demolka. Dla mnie najjaśniejszym punktem współczesnego tenisa jest Carlos Alcaraz, bo potrafi łączyć siłę z nietuzinkową techniką tylko jest bardzo podatny na kontuzje i to go hamuje.
-
Zawsze może być gorzej. Pamiętasz mecze Azarenki? Ta to dopiero dawała do pieca chociaż Szarapowa była równie wkurzająca. Gdyby nie obraz, to ktoś mógłby odnieść wrażenie, że zamiast meczu tenisowego z telewizora leci ruski pornol. A co do Mai, to jeszcze dużo pracy przed nią. W meczu z Rosjanką waliła po kątach w strefę kortu, gdzie stała jej przeciwniczka podczas gdy drugą stronę kortu miała otwartą. Aż korciło, żeby posłać petardę wzdłuż linii. Ma dziewczyna braki, ale trzymam kciuki. Odniosła wielki sukces niezależnie od wyniku jutrzejszego finału. Gra z Andriejewą to nie przelewki. Będzie ciężko wygrać finał FO.
-
Jazz nocą... I trochę moich instagramowych wynurzeń... Pozostaję w klimacie jazzowym za sprawą debiutanckiej płyty Pata Metheny pt. „Bright Size Life”, którą uwielbiam, a na którą trafiłem przypadkowo poszukując śladów twórczości mojego ulubionego basisty czyli Jaco Pastoriusa. Z wydawnictwem tym wiąże się ciekawa historia. Otóż pod koniec 1975 r. Jaco Pastorius udał się do Niemiec, by wziąć udział w sesji nagraniowej pod kierunkiem Pata Metheny dla wytwórni ECM. Do składu dołączył też perkusista Bob Moses. Warto dodać, że przed wejściem do studia chłopaki jeszcze w USA zgrywali się dając koncerty w klubach Zircon oraz Pooh’s Pub i były to wydarzenia niezwykłe. Ich muzyka kipiała energią, pomysłowością, błyskotliwością, a Pat oraz Jaco ścigali się na nietuzinkowość improwizacji wprowadzając publiczność w zachwyt. Jaco lubił rywalizować na scenie wychodząc na pierwszy plan, co irytowało Pata Metheny i prowadziło do konfliktów w kapeli. Czasem ci dwaj wybitni muzycy atakowali się jak koguty, choć prywatnie darzyli sympatią. Między młotem, a kowadłem znalazł się perkusista Moses liczący na to, iż emocje, a także energia z koncertów zostaną twórczo przeniesione do studia. Wytwórnia ECM miała jednak inny plan i chciała albumu subtelnego. Pełna werwy jazda w stylu funky ustąpiła miejsca melancholijnemu jazzowi fusion, którego siła w wykonaniu tria tkwiła w prostocie oraz w pięknych liniach melodycznych, jakich nie powstydziłby się Dave Brubeck. Osobiście bardzo lubię stonowaną formę „Bright Size Life”, bo w końcu nie zawsze człowiek ma chęć słuchać jazzowego napieprzania, jak powiedziałby Miles Davis. Pomimo ugrzecznienia przekazu, Jaco znalazł sposób przemycenia intensywności swoich linii basowych do nagrań, choć Pat robił co mógł, aby nie dać się zdominować. W końcu to płyta Pata Metheny, więc rozważał on nawet zatrudnienie Dave’a Hollanda w miejsce szalonego Jaco, jednak „najlepszy basista świata” wyszedł z tego z tarczą. Warto dodać, że płyta nagrana dla ECM nie jest dziełem perfekcyjnym. Sporadycznie słychać we frazach trochę młodzieńczej niefrasobliwości, lecz to dodaje nagraniom ciekawej surowości nie burząc przy tym przyjemności z odsłuchu. Całość wieńczy utwór Ornette’a Colemana pt. „Round Trip/Broadway Blues”. Zaprzeczam twierdzeniom, że audiofile nie słuchają muzyki tylko sprzętu. Dzisiejsze nocne słuchanie muzyki zakończę "Legendą" Armii. 👍
-
Dziś u mnie taka sytuacja... I trochę moich instagramowo-facebookowych wynurzeń. 26 maja 2026 r. minęło dokładnie 100 lat od daty urodzin Milesa Davisa. Nie odnotowałem tego faktu w porę ze względu na natłok spraw dnia codziennego, więc dziś nadrabiam tę zaległość wybierając jednocześnie do odsłuchu dzieło pt. „Bitches Brew”. Dyskografia Milesa bogata jest w różnorodność stylów jazzowych począwszy od bebopu, hard bopu, poprzez cool jazz, jazz modalny, a kończąc na fusion. Ostatni z nich zawitał do twórczości Milesa na fali popularności muzyki rockowej, której elementy wielki trębacz zaimplementował do swojego repertuaru. Nie zapomniał również o korzeniach bluesowych zasłuchując się w kompozycjach B.B. Kinga oraz Muddy Watersa, choć wyrażał też zainteresowanie muzyką Jamesa Browna w kontekście brzmienia gitar. W składzie zespołu Milesa pojawił się gitarzysta Joe Beck zastąpiony później przez George’a Bensona, a Herbie Hancock sięgnął po pianino elektryczne Fender Rhodes i było już widać w jakim kierunku wszystko zmierza. Skład uzupełnili Wayne Shorter, Ron Carter, Tony Williams i tak w 1968 r. powstało jazzrockowe dzieło pt. „Miles in the Sky”. Później wjechały „Filles de Kilimanjaro”, klimatyczny „In a Silent Way” i wreszcie „Bitches Brew”, a to wszystko na przestrzeni zaledwie jednego roku. Warto dodać, że w sesjach nagraniowych oprócz ww. artystów wzięli udział równie znakomici muzycy, jak Chick Corea, Dave Holland, John McLaughlin, Joe Zawinul, choć „Bitches Brew” zarejestrowano w znacznie szerszym składzie. Jest to album wybitny i wyjątkowy, gdyż Miles wraz z zespołem stworzył właściwie nową muzykę będącą tyglem jazzu, rocka, psychodelii z naleciałościami afrykańskimi oraz hindustańskimi. Powstało dzieło wręcz mistyczne, wielowarstwowe, ambitne i trudne w odbiorze, które wymaga od słuchacza trochę wysiłku intelektualnego, aby wejść w klimat płyty. Z pewnością nie jest to odsłuch na jednej strzał po którym wszystko staje się jasne. „Bitches Brew” to nietuzinkowe nagranie dające sposobność odkrywania utworów na nowo. Część kompozycji to dopracowane i przygotowane wcześniej kawałki, a część materiału pochodzi z jam session nad którym pracę wykonał producent Teo Macero składając improwizacje w zgrabną całość. Tak powstał kamień milowy jazzu.
