Jedzie autobus z dziećmi z zespołem Downa i nagle się zepsuł.
Kierowca poszedł i coś grzebie przy silniku.
Podchodzi jedno z dzieci i mówi:
- A ja wiem co się zepsuło.
- Idź stąd dzieciaku, bo mi na pewno nie pomożesz!
Po 15 min znowu przyszedł dzieciak i mówi:
- A ja wiem co sie zepsuło.
- Na prawdę, wątpię byś się chłopczyku znał na jakiejkolwiek mechanice...
Po kolejnych 15 min znowu ten sam dzieciak podchodzi i mówi:
- A ja wiem co się zepsuło, a ja wiem co się zepsuło!
- No co się zepsuło?
- Autobus się zepsuł...
Ile naliczyłeś elektryków, a ile spalinowych, które zostały uziemione?
Masz jakieś zdjęcia? Relacje ludzi?
Dziś cały dzień strzyka mi w kolanie.
Mam pytanie do ekspertów, dlaczego?
A co do pytania, jest ono oczywiste. Nie ma na chwilę obecną w Polsce pojazdów przystosowanych(być może już na Świecie występują) do celów ratowniczych. Ponadto sprawność baterii obecnie jest ograniczona.
Straż pożarna posługuje się również agregatami prądotwórczymi do zasilania pomp, sprzętu łącznościowego, oświetleniowego, wyciągarek linowych. To wszystko pożera energię.
Trudne warunki ograniczające poruszanie się drastycznie zmniejszyłyby zasięg takiego pojazdu i powodowałyby ryzyko uszkodzenia; co mogłoby skutkować m.in. porażeniem.
Pisanie o tym, że pojazd elektryczny zachowa się jak suszarka wrzucona do wody jest sporym uproszczeniem i może nastąpić tylko i wyłącznie w przypadku uszkodzenia i niezadziałania zabezpieczeń. W teorii