36mm Rolex Datejust to model, w którym od dawna jestem zakochany - prawdziwie i trochę nieszczęśliwie, bowiem w ciągu ostatnich lat przetestowałem większość starszych referencji, niestety ograniczony budżet na zegarki i moja ciągła potrzeba eksploracji skutecznie utrudniały mi podjęcie decyzji o zatrzymaniu któregoś z egzemplarzy na stałe.
Teraz, po ponad rocznej przerwie, powracam do tego modelu wraz z zakupem ref. 16233 z 1995 roku. Patrząc na moje wcześniejsze zdobycze, z perspektywy osób postronnych wybór ten może wydawać się najmniej oczywisty, a nawet odrobinę rozczarowujący - i rzeczywiście, poza świetnym stanem zachowania (co przy starszych referencjach zawsze jest największym wyzwaniem), to tylko klasyczny Datejust two-tone, w typowej konfiguracji z karbowanym bezelem, bransoletą jubilee i szampańską tarczą.
Wychodzi na to, że po przetestowaniu wszystkiego, co było w moim zasięgu, ostatecznie wrócę do najczęściej spotykanego wariantu na rynku – i choć sam dostrzegam w tym pewną ironię, o dziwo czuję się z tą decyzją niezwykle komfortowo. Jak widać na podanym przykładzie, czasem najprostsze wybory rzeczywiście okazują się najlepsze.