-
Liczba zawartości
1388 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Forum
Profile
Galeria
Kalendarz
Blogi
Sklep
Zawartość dodana przez Piotr Orzechowski
-
Przez Góry San Juan. Po dniach z temperaturą dochodzącą do 40 stopni a czasami i ją przekraczając, miłą odmianą był poranek w Durango gdzie słupek w termometrze wskazał zaledwie 16 stopni. Odebrałem to z dużą ulgą, ponieważ za moment wyruszałem na stację kolejową, gdzie do górskich podróży szykują się lokomotywy linii Durango- Silverton. Pamiętam dni, kiedy jeszcze jako uczeń ostatniej klasy szkoły podstawowej nie mogłem się doczekać ja ruszę z moim przyjacielem na poszukiwania minerałów w Sudetach, tak i teraz minuty przed wyjściem z hotelu dłużyły mi się jak lekcja matematyki. Wreszcie wybiła 7:00 i mogę ruszać. Od samego początku zrobiło się magicznie. W drzwiach uroczej westernowej stacji przywitała mnie z uśmiechem konduktorka, która powiedziała mi kilka interesujących informacji o muzeum i ruszających w swoje trasy pociągach, po czym serdecznie zaprosiła mnie do muzeum, które znajduje się w części hali wachlarzowej, gdzie druga część jest nadal czynna i wykorzystywana do utrzymania parowozów. Jak się okazało muzeum w swoich zbiorach posiada nie tylko eksponaty dotyczące kolei, ale również te związane z górnictwem, wojskiem, motoryzacją i mocno popularnym w tym regionie traperstwem. Ja jednak skoncentrowałem się na tematyce kolejowej. Wśród eksponatów, udało mi się po raz pierwszy odnaleźć te związane z pomiarem czasu. Jedna mój entuzjazm szybko zgasł, ponieważ to co było prezentowane, w żaden sposób nie odpowiadało, nie tylko moim oczekiwaniom, ale nawet trudno znalezione zegarki można było uznać za kolejowe. Trochę w tym zakresie, uratowała historia zegarka Abrahama Lincolna, w którym została przekazana informacja w pierwszych dniach Wojny Secesyjnej od Jonathana Dillon o ataku przez Konfederatów Fortu Sumpter. Sama replika tego zegarka, w mojej ocenie była jednak słaba. Sami oceńcie. Przechodząc od gabloty do gabloty usłyszałem z zewnątrz znajomy odgłos ruszającej lokomotywy parowej. Było jednak zbyt wcześnie na odjazd ze stacji. Wyszedłem na wewnętrzny dziedziniec hali, gdzie znajdują się wyjazdy oraz obrotnica. Moim oczom ukazał się przepiękny parowóz. Miałem szczęście, ponieważ właśnie zaczynały się manewry na obrotnicy. Było jeszcze na tyle wcześnie, że słońce stwarzało doskonałe warunki do robienia zdjęć. Naciągając trochę, powiedziałbym, że były to tzw. złote godziny. Dodatkowego nastroju, dodawał lekki wiejący od strony lokomotywy wiatr. Pozwolił wyczuć charakterystyczny zapach oliwy oraz dymu snującego się z komina. Nawet niesione jego siłą, dotarły do mnie kropelki wody, które kilka chwil temu w postaci pary wodnej uniosły się w powietrze z chwilą, gdy lokomotywa wydała z siebie ostrzegawczy gwizd. Tak mocno przeżywałem ten moment, że nie zauważyłem, kiedy stanął obok mnie młody konduktor, również obserwujący taniec lokomotywy na obrotnicy. Kiedy lokomotywa wykonała swój ostatni obrót, aby po chwili zniknąć za budynkiem, konduktor uśmiechnął się do mnie i powiedział: Widać, że nie jesteś zwykłym turystą, mało kto z taką koncentracją obserwuje jak obracana jest lokomotywa po wyjeździe z hali na obrotnicy. Po czym dodał, odwróć się, w muzeum jest już sporo ludzi i nikt się do nas nie przyłączył. I tak zaczęła się nasza krótka pogawędka. O czym, oczywiście o kolei i trochę o zegarkach. Byłem trochę zaskoczony, że mój rozmówca, jest kolejną osobą, mówiąc kolokwialnie, z branży, która nie miała pojęcia o historii z katastrofą kolejową, będącą przyczynkiem do standaryzacji czasu na kolei. Po wyedukowaniu nowego kolegi w tym zakresie, poszedłem ustawić się w dogodnym miejscu, z którego będę mógł obserwować wyjeżdżające w drogę pociągi. A było ich aż trzy: dwa składy ciągnięte przez parowozy i jeden przez lokomotywę diesla, której produkcja datowana była na 1969 rok. Gdyby nie podróżni spieszący się na swój pociąg, ubrani jak turyści: w kolorowe koszulki, klapki, krótkie spodenki, noszący na nosie okulary przeciwsłoneczne a w ręku aparaty fotograficzne, chwila przygotowania lokomotyw do drogi, jak i sam moment ich odjazdu, mógłby odpowiadać tym chwilą, kiedy sto lat temu te same lokomotywy wiozły swoich pasażerów do pracy, czy do rodziny mieszkającej w odległej miejscowości. Tak minęły mi pierwsze godziny poranka. Przed nami droga do niezbyt ciekawego miasteczka o mało oryginalnej nazwie Grand Junction. Jednak sama droga miała nam przynieść jeszcze wiele atrakcji. Nie bez powodu bowiem Tarantino na plenery swojego westernu wybrał właśnie Góry San Juan. Przed odjazdem jeszcze spacer główną ulicą Durango i w drogę. Dojeżdżając do Silverton ponownie przenieśliśmy się w czasie do czasów Dzikiego Zachodu. Szerokie ulice tego miasteczka, w dużej części nadal niewyasfaltowane, stara zabudowa, przejeżdżające dyliżanse i gwiżdżący na stacji pociąg stworzyły westernową atmosferę, która kojarzyła nam się z tą, z III części Powrotu do Przyszłości. Aż chciało się zostać na dłużej, jednak rozsądek podpowiadał, aby ruszać dalej, przed nami jeszcze ponad 120 mil podróży w wysokich górach, gdzie raz jesteśmy na wysokości ponad 3 tys. m n.p.m., aby za moment zjechać do doliny położonej na wysokości około 1,7 tys. m n.p.m. Zachwyceni urokiem Durango i pięknem Silverton, postanowiliśmy dość mocno zboczyć z drogi i przejechać dodatkowe 40 mil aby zobaczyć Telluride, miejscowość wybraną przez Tarantino na plenery jego ostatniego westernu i miejsca gdzie bohaterowie Top Gear urządzili sobie jazdę Jaguarami po zboczach zaśnieżonych gór. My jednak nie miesiliśmy tyle fantazji co Hammond, Clarkson i May, aby jeździć po stokach gór i przed wjazdem na szutrową drogę wiodącą do jednego z bardziej urokliwych wodospadów tych gór: Bridal Veil Falls, zatrzymaliśmy się na parkingu. O słuszności naszej decyzji, utwierdziliśmy się, patrząc jak śmiałkowie z rasowych terenówek dopompowali opony po zjeździe z gór. Kilka zdjęć wodospadu z parkingu i ruszamy dalej. Dzień zakończyliśmy o zachodzie słońca, docierając do mało westernowej miejscowości będącej, jak sama nazwa wskazuje, skrzyżowaniem dróg. Zegarkom znowu zafundowałem kolejkę górską z częstą zmianą ciśnienia oraz temperatur. Różnica między kieszonkowym a naręcznym spadła do równych -120 sekund, co wskazuje, że staruszek nadrobił: + 7 sekund. Zmienne warunki w mniejszym stopniu wpłynęły na młodego, który zrobił dodatkowe +2 sekundy, notując +41 sekund do wzorca. Wycieczka po muzeum. Taniec na obrotnicy. Film bardziej oddaje atmosferę ale jest zbyt duży aby go tu zamieścić, Jeśli ktoś ma ochotę to prośba o info na maila. Przygotowania do podróży i odjazd.
-
„Projekt Manhattan” Czując jeszcze niedosyt, po zwiedzaniu Santa Fe, wieczorem spróbowaliśmy zarezerwować bilety do Muzeum Georgii O’Keeffe. Udało się zdobyć wejściówki na 12:30. Doskonała godzina, ponieważ z hotelu musieliśmy wymeldować się do 12:00. Muzeum poświęcone twórczości malarki nie jest zbyt obszerne, jak to przyzwyczailiśmy się w przypadku amerykańskich muzeów. Jednak nie ilość, ale jakość wystawianych dzieł miała w tym przypadku istotne znaczenie. Jak zwykle i ta wystawa była zachwycająca i jednocześnie inspirująca. Naładowani pozytywną energią wyruszyliśmy w dalszą podróż w kierunku Durango, ale nie tego w Meksyku, ale tego w Kolorado. Nie mogliśmy jednak po drodze nie wstąpić do Los Alamos, które przez wiele lat owiane było tajemnicą, do tego stopnia, że jego miejsca nie można było znaleźć na mapach a osoby tam pracujące miały obowiązek zachowania w całkowitej tajemnicy, gdzie pracują i co robią. Wyobrażenie, które mieliśmy o tym miejscu oparte było na filmach i informacjach, które przekazywane były na lekcjach historii. Spodziewaliśmy się zatem, ściśle chronionego terenu, z budynkami laboratoriów i hal produkcyjnych, gdzie naukowcy pracują nad wprowadzeniem pełnej kontroli nad reakcją atomową. Dodatkowo zastanawialiśmy się jaki może być poziom promieniowania, skoro przez tyle lat, co prawda w warunkach laboratoryjnych, ale jednak, prowadzono badania nad rozszczepieniem atomu. W rzeczywistości przywitało nas pięknie zagospodarowane miasto z zadbanymi budynkami i czystymi ulicami. Żadnego śladu wojska czy naukowców, no może poza starym samochodem generalskim i budynkami mieszkalnymi zajmowanymi niegdyś przez czołowych naukowców Projektu Manhattan, które dzisiaj tworzą kompleks muzealny. Po wejściu do muzeum, jak zwykle pierwsze pytanie: Skąd jesteście? Kiedy powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski, Pani w punkcie obsługi klienta rozpromieniła się i powiedziała, że jej dziadkowie byli z Polski i nazywali się Mrózek i Szczypiński. W ten sposób zdobyliśmy przewodnika po muzeum. Poza oczywistymi punktami wystawy nas interesował również wątek polski. Poszukiwaliśmy miejsc związanych ze Stanisławem Ulam. I nie bez zaskoczenia, je znaleźliśmy. Było to o tyle milsze, że nie tylko mogliśmy zobaczyć jakieś pisemne informacje o naszym naukowcu, ale również mogliśmy zobaczyć zachowane jego biurko oraz dom, w którym mieszkał podczas Projektu. Dodatkowo Pani oprowadzająca nas po muzeum, powiedziała, że był to bardzo miły człowiek, dbający o swoich pracowników. Na zakończenie naszej wizyty w muzeum otaczająca przyroda sprawiła nam dodatkową niespodziankę w postaci odwiedzin małego stadka jeleni, które pozwoliły zrobić sobie kilka zdjęć. A może to były jakieś efekty uboczne napromieniowania? Któż to wie. Szukając informacji dotyczących moich zainteresowań, udało mi się odnaleźć informację o projekcie lokomotywy z napędem atomowym, nad którym pracowano w latach pięćdziesiątych minionego stulecia. Co do jej parametrów to miała to być lokomotywa dwunastoosiowa o masie 360 ton, gdzie sam płaszcz reaktora miał ważyć 200 ton. Dwuczłonowa lokomotywa o długości 50 metrów miała być napędzana za pomocą 4 generatorów o łącznej mocy 7-10 tys. KM. Zgodnie z danymi pociąg o masie 5 tysięcy ton miał być rozpędzany od 0 do 250 km/h w czasie 3,5 minuty. Dla porównania najcięższa polska lokomotywa elektryczna na linii bez pochyleń może przy masie składu do 4 tys. ton rozpędzić się do 60 km/h. Czasu producent nie podaje. Nie chcę sobie wyobrażać, jak miałoby wyglądać hamowanie tak monstrualnego składu. Ostatecznie projekt skończył się fiaskiem z uwagi na brak oszacowania kosztu paliwa, jak i wątpliwości co do bezpieczeństwa w przypadku wypadku kolejowego. A co jeśli chodzi o pomiar czasu? W tym przypadku nie było żadnych informacji, poza jednym bardzo smutnym eksponatem. Zegarkiem kieszonkowym przywiezionym z Hiroszimy. Oczywiście zegary atomowe działają na innych zasadach niż te badane i rozwijane w Los Alamos. Promieniowanie raczej nie zadziałało na nasze zegarki, ponieważ utrzymują one nadal te same skłonności do odchyleń. Różnica między nimi spadła do -127 sekund, czyli staruszek przyspieszył w ostatniej dobie o +13 sekund. Naręczny stabilnie dodał kolejne +3 sekundy mając teraz +39 sekund do zegara z telefonu. Kilka obrazów z Muzeum Georgii O’Keeffe. i zdjęcie malarki zrobione przez jej męża Alfreda Stiegliza. Swoją drogą to ciekawa postać. Był bowiem przedstawicielem tzw. piktorializmu, ciekawej formy obróbki fotografii. Swoją drogą ciekawe jak w tej technice wyglądałyby zdjęcia zegarków. Spacer po muzeum Projektu Manhattan. Dom Roberta Oppenheimera Biurko Stanisłaława Ulama. Zegarek z Hiroszimy. Efekt promieniowania? Zapowiedź kolejnego dnia w Durango.
-
Drogą 66 i wzdłuż Rio Grande do Santa Fe. Santa Fe łączy ponownie naszą podróż z Chicago, od którego zaczynaliśmy wyprawę. To miasto nierozłącznie związane z koleją. Tu swoją siedzibę miała jedna z największych spółek kolejowych – Topeka and Santa Fe Railway, która oznaczała się na lokomotywach po prostu Santa Fe. Przez Santa Fe przed rokiem 1937 biegła Route 66 aby po tej dacie zmienić swój przebieg omijając to miasto. I wreszcie Nowy Meksyk i samo Santa Fe stało się ukochanym miejscem, w którym wiele lat spędziła dożywając swojej starości Georgia O’Keeffe, malarka, której dzieła podziwialiśmy w Art Institute of Chicago. Niezależnie od tego, to miasto urzekające swoją architekturą, związkami ze sztuką i historią sięgającą XVII wieku. Idąc ulicami miasta można poczuć klimat meksykańskiego miasteczka, w którym na każdym kroku towarzyszyła nam sztuka we wszystkich jej odmianach. Wąskie uliczki pełne galerii, drobni rzemieślnicy ze swoimi kramami lub też zwyczajnie rozłożonymi na ziemi tradycyjnymi pledami, na których poukładali swoje dzieła misternie stworzone w przydomowych warsztatach. W powietrzu natomiast czuć było zapach tradycyjnych potraw serwowanych w okolicznych restauracjach i barach. Całości dopełniała dobiegająca z kawiarni i skwerów meksykańska i indiańska muzyka, co jakiś czas zagłuszana rykiem wydobywającym się z silników motocykli Harley Davidson przejeżdżających uliczkami miasta. Ta mieszanka dźwięków, zapachów i obrazów, mogąca wydawać się nieco przytłaczająca, w tym miejscu tworzyła doskonałą harmonię, pozwalając zapomnieć nam o trudach podróży. Zostawiamy za sobą Matkę wszystkich dróg, aby już więcej w naszej podróży jej nie zobaczyć. Przez jakiś czas będziemy mogli podziwiać uroki rzeki Rio Grande, będącej ukochanym tematem niejednego westernu i tak znienawidzonej przez szukających szczęścia w kraju wielkich możliwości Meksykanów, którzy żyjący amerykańskim snem, niczym Cezary Baryka marzący o szklanych domach, próbują wpław pokonać jej nurt ryzykując życie swoje i najbliższych. Na zakończenie dnia w tym mieście kultury i religii, zajrzeliśmy jeszcze na stary dworzec kolejowy, na którym stał, czekając na swój ostatni tego dnia kurs Rail Runner. Pociąg, który swoje lata świetności ma już dawno za sobą, ale wciąż przypomina wspaniały klimat ekspresów: The Chief, El Capitan czy Grand Canyon Limited, wożąc turystów do urokliwych zakątków okolic Santa Fe. Santa Fe to miasto, w którym czas nie jest najważniejszy, na co dobitnie wskazuje stary zegar na słupie, z którego przez zmatowiałe szkło trudno nawet odczytać godzinę, ale jest to miasto, w którym można na chwilę przystanąć i odpocząć zachwycając się jego klimatem. Nasi mali bohaterowie nadal odmierzają czas naszej podróży, nie bacząc na klimat miasta. Staruszek wyraźnie chce odrobić stracone sekundy i kolejny dzień zmniejsza dystans do młodego wskazując: - 140 sekund różnicy, czyli przyspieszając o +21 sekund. Naręczny utrzymuje jeden rytm dodając kolejne +3 sekund i w ten sposób odbiegając od początkowego ustawienia o +36 sekund. Kilka zdjęć z żegnanej Route 66. Uliczkami Santa Fe. Rail Runner. Miasto zatrzymane w czasie.
-
Window Rock – centrum świata Nawajo. Nie można powiedzieć, że noc w Monument Valley była przeciwieństwem spędzonego dnia: ciacha, kojąca i dająca oddech po pełnym emocji zwiedzaniu doliny. Chyba nawet można zaryzykować stwierdzenie, że wręcz była częścią dnia. Wezbrane w nas emocje, długo nie dawały nam zasnąć, co częściowo pomagało na problemy z internetem wywołane przechodzącą nad Monument Valley burzą, powodującą znaczne ograniczenie prędkości przepływu informacji. To oczekiwanie, jak wczytają się wszystkie zdjęcia i teksty, przypomniało mi moje młodzieńcze lata, kiedy pierwszy raz zobaczyłem komputer wyposażony w ogromną moc przeliczeniową, posiadający całe 16 kilobajtów pamięci, na którym przy użyciu taśmy magnetofonowej i specjalnego magnetofonu próbowaliśmy z kolegami wgrać grę. Oczekiwania na wgranie gry do komputera, nie liczyło się w minutach, ale obrotach taśmy na liczniku magnetofonu. Nasza miała 220 obrotów i zajmowało to wieki, często kończąc wgrywanie smutnym komunikatem: boot error. Ostatecznie udało nam się zasnąć około 2 w nocy. Jednak ilość nagromadzonej energii i chęć zobaczenia wschodu słońca, spowodowały, że o 6 rano już byłem na nogach wpatrzony w horyzont. Spektakl zaczął się chwilę po 6 nad ranem. Słońce powoli zaczęło wynurzać się zza czerwonych monumentów budząc mieszkańców doliny, którzy rozczarowani jego zachodem, a właściwie jego brakiem, nie zamierzali już pokusić się o oglądanie jego wschodu. Tym razem jednak pogoda nie zawiodła i wytrwali mogli cieszyć się pięknym wschodem słońca w Monument Valley. Dla nas oznaczało to, że za moment ruszymy w dalszą podróż. Niedługo opuścimy Krainę Nawaho. Teraz jednak jadąc do Gallup mieliśmy zobaczyć jej bijące serce – Window Rock, czyli stolicę Nawaho, gdzie mieszczą się główne urzędy plemienia, w tym wszystkie związane z funkcjonującym trójpodziałem władzy. Nasze wyobrażenie o tym miejscu było raczej zbudowane na wyglądzie stolic państw, które wcześniej mieliśmy okazję zwiedzać, czyli miejsc, które, poza tym, iż mają być wizytówką danego narodu, to dodatkowo mają zachwycać swoim bogactwem. W przypadku stolicy Nawaho, tak nie było. Była to chyba najskromniejsza stolica, jaką do tej pory widzieliśmy. Przypominająca małe senne miasteczko, które nie różni się od innych miasteczek w rezerwacie. Jedynym miejscem, które wskazywało na jego wyjątkowość był park pamięci i budynki władz plemiennych. Nadal skromne, ale zachwycające swoją formą, doskonale wpisywały się w klimat miejsca, czyli skał i otaczających gór, od których całe miasteczko wzięło swoją nazwę: Window Rock. W jednej z części parku stał pomnik kucającego żołnierza trzymającego w ręku radiostację. Ten na pozór dziwny monument, jest istotnym świadectwem tego, jak niewielka grupa ludzi może odmienić życie setek tysięcy innych. Pomnik, o którym piszę, to postać szyfranta z plemienia Nawaho, który przekazuje komunikaty z frontu podczas II Wojny Światowej. Zaledwie 400 szyfrantów pochodzących z plemienia Nawaho, posługujących się wyjątkowym językiem swoich przodków, dzięki jego wyjątkowości, pozwoliło ocalić wiele istnień ludzkich podczas inwazji Aliantów na Iwo Jimę, czy inne wyspy Pacyfiku zajmowane przez Japończyków. Ten niezłamany szyfr będący w istocie językiem plemienia Nawaho, nigdy nie został złamany przez wroga, pomimo tego, że Japończycy mieli doskonałych kryptologów. Jeszcze długo po II Wojnie Światowej algorytm języka Nawaho był utrzymywany w tajemnicy i dopiero w latach sześćdziesiątych zrezygnowano z niego z uwagi na rozwój informatyki. Historię o szyfrantach z plemienia Nawaho możecie również pamiętać z filmu „Szyfry Wojny” w reżyserii Johna Woo, w którym grający główną rolę Nicolas Cage otrzymał trudne zadanie chronienia szyfru, a nie człowieka, który się nim posługiwał. Nasze miejsce postoju leży od Window Rock zaledwie dwadzieścia kilka mil, jednak panuje w nim już zupełnie inna atmosfera niż w typowych indiańskich miasteczkach. Gallup, to amerykańskie miasteczko o kolejowym charakterze powiązanym z drogą 66. Myślę, że nie jeden księgowy lub dyrektor finansowy zachwyci się nad historią tego miejsca, znajdując w niej informację, że jego nazwa pochodzi od nazwiska pracownika firmy Atlantic and Pacific Railroad, który był odpowiedzialny za wypłatę wynagrodzeń pracownikom budującym tą istotną dla USA linię kolejową. Nie wiem, czy miejscowość nazwano dla upamiętnienia tego człowieka, czy też jak twierdzą miejscowi dlatego, że tak często padało pytanie: „Gdzie odbiorę tygodniówkę”? A w odpowiedzi nie rzadziej padało: „Idź do Gallupa”. Dla mnie to miejsce będzie się kojarzyło niewątpliwie z koleją, a to dzięki kilkunastu pociągom, które przejechały za oknami hotelu, w czasie, kiedy pisałem tą relację, jak i z drogą 66, którą ponownie przez jakiś czas będziemy mogli podróżować, aby ostatecznie pożegnać ją w Albuquerque. Jeszcze jedna kwestia – znaleźliśmy odcinek drogi 163 znany z filmu Forest Gump. Dla porównania z moimi zdjęciami przesyłam link do kadru z filmu. https://www.youtube.com/watch?v=GGyiZ7SE3V4 Dla zegarków nie była to wymagająca podróż, podczas której stulatek nadrobił 14 sekund, skracając dystans do Ohio, do - 161 sekund, tak jakby czuł, że to półmetek naszej podróży i trzeba nadrabiać opóźnienie. Młody do czasu wzorcowego zrobił ponownie +3 sekundy jakby wyregulował się na takie odchylenie. Notuje teraz +33 sekundy do zegara w telefonie. Forest Gump Point Pomnik szyfranta z plemienia Nawaho. Window Rock. Budynki władz plemiennych. Widok na drogę 66 i pociągi przejeżdzające pod oknami naszego pokoju.
-
Dzień dobry, Nawahowie pilnie strzegą swoich sekretów i po dolinie można poruszać się tylko wyznaczonymi drogami bez możliwości odbywania pieszych wycieczek. Co do danych technicznych naszego stulatka, to poniżej kilka informacji. Kieszonkowy zegarek z certyfikatem Ball Official Railroad Standard. Rozmiar 16 (43,17 mm) bez koronki. Koperta zakręcana z obu stron, pozłacana z dwudziestoletnią gwarancją trwałości złocenia. Sygnowana znakiem marki Ball. Zegarek zasilany mechanizmem Waltham produkowanym dla Ball Watch Co., model 1899 na 19 rubinach osadzonych w szatonach, z niklowanymi płytami. Testowany w pięciu zakresach, w tym: na ciepło, na zimno, izochronizm. Szlif spiralny na mechanizmie. Ustawienia balansu z mikroregulacją, kotwica wyposażona w szafirowe palety. Ustawienia czasu przy pomocy dodatkowej dźwigni pod deklem. Tarcza porcelanowa sygnowana logiem Ball Watch Co. Cleveland Official Railroad Standard. Rok produkcji jak podawał sprzedający – 1920, nie weryfikowałem. A tak na dzień dobry, wschód słońca nad doliną widziany z naszych okien.
-
„Pewnego razu na dzikim zachodzie” Droga do Monument Valley nie zachwycała. Już zdążyliśmy przyzwyczaić się do bezkresnych widoków i dróg wiodących prosto, aż po horyzont. Monotonii dodawało jeszcze stałe tempo podróży, gdzie jej rytm wyznaczany był ustawieniami tempomatu. Pierwsze poruszenie nastąpiło tuż po skręcie w drogę 163, gdy z za horyzontu pokazały się pierwsze czerwone góry i gorączkowo zaczęliśmy poszukiwać miejsca, w którym Forest Gump postanowił zakończyć swój maraton, ku zdziwieniu grupki zahipnotyzowanych jego fanów, tracąc ponownie sens życia wraz z nagłą decyzją ich bohatera. Jak zauważyliśmy, nie byliśmy odosobnionym przypadkiem, mijając zakopane w czerwonym piasku samochody entuzjastów filmu Roberta Zemeckisa próbujących zrobić dokładnie to samo ujęcie. W tej gorączce poszukiwań dojechaliśmy do naszego kolejnego miejsca postoju, nie znajdując jednak ważnego dla wielu fanów amerykańskiego kina odcinka drogi nr 163. Może jutro nam się uda. Zbliżając się do Monument Valley zrozumieliśmy powody z jakich John Ford wybrał ten urokliwy zakątek na tło swoich dzieł. Była to kwintesencja dzikiego zachodu: czerwony pył wzbijany przez podmuchy wiatru, przetaczające się biegacze, zachodzące słonce zachwycające grą kolorów w pełnej palecie odcieni czerwieni ukazywanych na ścianach monumentalnych ostańców niczym na ekranie sławnej Sali w Dolby Theatre. Przed nami 17 mil podróży przez świat z westernu, szutrowymi drogami, pewnie celowo tak pozostawionymi, żeby jeszcze bardziej czuć atmosferę tego miejsca. Nasz stalowy rumak dzielnie radził sobie na nierównościach dróg, mogąc wreszcie pokazać, że zjazd z asfaltu, nie jest mu straszny. Tak podróżując żałowaliśmy tylko, że nie możemy dosiąść prawdziwych koni i przebyć tej drogi, jak bohaterowie westernów, podziwianych przez nas jeszcze na ekranach sowieckich telewizorów. Każde miejsce zachwycało bardziej od poprzedniego doprowadzając do fotografowania każdego z nich, jakbyśmy byli pod wpływem czarów indiańskiego szamana wykonującego swój taniec wokół ogniska i śpiewającego zaklęte pieśni. Nie wiedząc, kiedy, minęły dwie godziny podróży przez ten tajemniczy świat plemienia Nawaho i nadszedł czas, aby pożegnać Monument Valley. Jakby na pożegnanie, chcąc jeszcze bardziej rozkochać nas w sobie, przyroda nad najsłynniejszym miejscem doliny namalowała tęczę. Tak zakończyliśmy podróż przez miejsca podziwiane przez Johna Wayne, Clinta Eastwooda czy wspomnianego już wcześniej Johna Forda. Rozkochało nas w sobie, jak Wielki Kanion i długo będzie wzbudzało w nas tęsknotę za jego czerwonym obliczem i szumem wiatru przeciskającym się przez szczeliny samotnych monumentów. Na koniec dnia to miejsce przygotowało nam jeszcze jedną atrakcję. Gdy pisałem relację z dzisiejszego dnia, nad doliną rozszalała się burza powodując przerwy w zasilaniu. Przygasające światło i odgłosy burzy za oknem stworzyły scenerię jak z najlepszego thrillera odsłaniając kolejne oblicze doliny. A jak ten filmowy świat wpłynął na odmierzanie czasu przez naszych towarzyszy podróży? Magia Krainy Indian Nawajo chyba trwa nadal, ponieważ staruszek zmniejszył dystans do młodego o 8 sekund i teraz różnica między nimi wynosi -175 sekund. Młody najwyraźniej złapał jeden rytm i ponownie zrobił +3 sekundy. Teraz jego odchylenie to +30 sekund. Jeszcze przed wyjazdem z Page odwiedziliśmy Glen Canyon Dam.
-
Siedzenie przy biurku powoduje kumulację dużej ilości energii do wysiłku fizycznego, a z każdym dniem zmniejsza się sprawność umysłowa. Takie spędzanie urlopu to dążenie do wyrównania potencjałów aby przez przypadek nie doszło do niekontrolowanego przepięcia.. Fizycznie faktycznie dajemy sobie w kość ale psychicznie ładujemy baterie na długi czas. Fajnie, że moja podróż zainspirowała Was do podjęcia własnych aktywności w obszarze kolei i nie tylko. Faktycznie Muzeum Stacja w Warszawie, to ciekawe miejsce, warte odwiedzenia. Nie znajdzie się tam jednak zbyt wiele informacji o pomiarze czasu na kolei, zwłaszcza dotyczących zegarków, a szkoda. Mają sporą kolekcję zegarów dworcowych, jednak w ich zbiorach nie znajdzie się niczego ciekawego jeśli chodzi o zegarki. Kilka sztuk jest w małej gablocie ale w mojej ocenie ich stan i historia są bardzo słabe. Wygląda to tak, jakby ktoś stary zepsuty zegarek z symbolem lokomotywy oddał do muzeum i muzeum nie potrafiło odmówić to przyjęło na stan. Zdjęcia tych zegarków w wersji 360* można oberżeć na stronie muzeum. Swoją drogą, to ciekawa forma prezentacji zbiorów w sieci. Jakiś czas temu, korespondowałem z działem archiwów tego muzeum w celu ustalenia okoliczności zamówienia przez PKP zegarków kieszonkowych z logotypem PKP na tarczy i kopercie takich firm jak: Lanco, Cortebert, Doxa i Omega oraz zasad na jakich były one przekazywane pracownikom PKP, ale niestety niczego ciekawego się nie dowiedziałem aby nie powiedzieć, że niczego się nie dowiedziałem. Nie znali nawet historii standaryzacji czasu w USA po katastrofie kolejowej w Cleveland. Trochę rozczarowujące jednak usprawiedliwiając ich, to miłośnicy kolei nie koniecznie pomiar czasu uznają za najciekawszy temat związany z koleją. Co do podróży tramwajami, to taka ciekawostka. We Wrocławiu rozstaw torów tramwajowych i kolejowych jest taki sam (1435 mm). Podobnie jest w kilku innych miastach Polski, w tym. w Warszawie. Na kolei ten rozstaw nazywa się koleją normalnotorową. Przed II Wojną Światową infrastruktura tramwajowa była wykorzystywana we Wrocławiu do dostarczania towarów odbiorcom bezpośrednio z bocznic kolejowych. Trafiłem na kilka zdjęć, prawdopodobnie połączenia ulicy. Tęczowej z Dworcem Świebodzkim. Dzisiaj zostały już tylko resztki torów widocznych w kostce brukowej na ulicy, które wiodły do stacji. Pomysł na wykorzystanie linii tramwajowych do transportu towarów nie dotyczył tylko Wrocławia ale jeszcze kilku innych miast Polski, w tym:Warszawy, Szczecina, Koszalina. Także zachęcam kolegę pk_kamil do eksplorowania tematu warszawskich tramwajów.
-
Przez Krainę Nawajo Nation. Wielki Kanion przywitał nas deszczem, dając nam kilkanaście godzin na zachwycanie się urokami wyżłobionej wodami rzeki Kolorado doliny i tak samo nas pożegnał, co jakiś czas doświetlając swoje poprzecinane bliznami ciało, światłem wielkiej lampy błyskowej w postaci przeszywających niebo błyskawic. Nie mogliśmy długo rozstać się z urokami tego miejsca, przedłużając chwilę pożegnania postojami w każdym punkcie widokowym. Jednak wszystko, nawet najbardziej zachwycająca chwila ma swój koniec. Wielki Kanion pożegnaliśmy w Desert View Point, gdzie trzy lata temu z równym żalem opuszczaliśmy go, marząc o kolejnym spotkaniu, jak młodzieniec po pierwszej randce ze swoją wybranką. Nasze marzenie się spełniło i choć przelotna znajomość ponownie została przerwana, mamy nadzieję spotkać się jeszcze raz. Kiedy? Czas pokaże. Kolejnym punktem postoju na naszej mapie podróży jest Page, do którego wiedzie kręta droga przez pustynię w Krainie Nawajo Nation. Na ziemiach jednego z największych plemion indiańskich w Ameryce Północnej zagościmy na dłużej, podziwiając uroki ziemi należącej do nich od wielu pokoleń. I choć doświadczeni kolonizacją i ciągłym ograniczaniem ich życiowych terenów, Nawahowie zmuszeni byli do długiej tułaczki, udało im się zachować dla siebie jedne z piękniejszych ziem tego regionu, które dzisiaj z dumą pokazują spragnionym magii turystom, oczekując jednak traktowania ich z szacunkiem, jakim obdarza się najlepszego przyjaciela. Po pierwszych kilometrach drogi byliśmy zasmuceni widokiem wielu wiosek, a właściwie miejsc z porozrzucanymi w nieładzie przyczepami, z których część jak widać dawno już nie miało swoich właścicieli, a ci co jeszcze tu pozostali, starając się zarobić kilka dolarów, w przydrożnych budach sprzedają dzieła pracy własnych rąk. Ten smutny obraz, nie zatarty jednak w naszej pamięci, odszedł na chwilę w zapomnienie dzięki wspaniałej panoramie Horseshoe Bend. Wyrzeźbione przez rzekę Kolorado meandry, w tym miejscu w istocie przypominają, jakby jeden z myśliwych plemienia Nawaho jadąc galopem na swoim tarantowym rumaku, zostawił ślad podkowy w mokrym od deszczu czerwonym piasku pustyni. Przystając na chwilę wpatrzeni w hipnotyzujące wody rzeki Kolorado, usłyszeliśmy znane nam dobrze powitanie: „Dzień dobry”. Nie, nie znam tak dobrze angielskiego, aby słowa nabierały takiego samego zrozumiałego brzmienia jak w języku ojczystym. Faktycznie, to nie był mój angielski, lecz po raz pierwszy od czasu wyjazdu z Chicago, z uśmiechem przywitała nas nasza rodaczka, w dodatku jak się okazało mieszkanka Dolnego Śląska. Podzieliliśmy się spostrzeżeniami z naszych podróży i każdy ruszył w dalszą drogę. Tego dnia przed nami został jeszcze zachód słońca nad jeziorem Powell. Niestety, tak wspaniale dające nam wreszcie chwilę wytchnienia w upałach, chmury przysłaniając całe niebo, nie dały nam dostępu do zachodzącego słońca. Trudno, jeszcze będzie okazja oglądania naszej gwiazdy idącej spać, a jeśli uda nam się wstać wcześniej, to i jej przebudzenia. Zegarki dalej dzielnie towarzyszą nam w podróży, ciesząc mnie swoim zegarkowym językiem. Rytmiczne tykanie, nie wiem czy na skutek szamańskich pieśni w krainie Nawajo, czy też na skutek pionowej pozycji staruszka przez dłuższy czas podróży, doprowadziło do tego, że dziadek nieco przyspieszył i zmniejszył dystans do młodego o 35 sekund, notując teraz odchylenie -183 sekundy. Ohio natomiast utrzymuje swój rytm robiąc dodatkowe +3 sekundy, powiększając dystans do zegara wzorcowego do +27 sekund. Mam nadzieję, że to przyspieszenie naszego emeryta nie doprowadzi do arytmii. Widoki Wielkiego Kanionu w długim pożegnaniu. Horseshoe Bend.
-
Route 66 do zachodu słońca w Wielkim Kanionie. Chcąc choć trochę poczuć atmosferę lat świetności Route 66, postanowiliśmy przejechać dłuższym, o jedyne 17 mil od autostrady międzystanowej I40, jej odcinkiem od Kingman do Williams. Wielokrotnie oglądałem różne programy i relacje dotyczące matki wszystkich dróg, jednak najbardziej w pamięci zapadły mi historie ze wspomnianego przeze mnie już wcześniej filmu animowanego „Auta”. Właściwie każdy budynek przywoływał wspomnienia: restauracja przypominająca kawiarnię Flo, warsztat samochodowy Luigiego, stare budynki w Williams. Można by wymieniać bez końca. Jadąc tą drogą, zupełnie odrywając się od rzeczywistości, wypatrywałem postaci z bajki, w których miejsce pojawiały się jednak doskonale odrestaurowane oldtimery przypominające tylko te z filmowych wspomnień. Nie my jedyni czuliśmy dawną atmosferę świata z bajki. Jeszcze wiele osób przystawało przy drodze robiąc sobie zdjęcia z pięknie odrestaurowanymi limuzynami. Jednak droga 66 ma również swój mroczny akcent w kinematografii. Zapewne pamiętacie film „Autostopowicz”, z doskonałą rolą Rodgera Hauera, grającego psychopatycznego zabójcę, który właśnie upodobał sobie Route 66, jako miejsce swoich zbrodni. Na szczęście podczas naszego przejazdu nie padał deszcz, a i na naszej drodze nie spotkaliśmy nikogo, kto prosiłby o podwózkę. Po kilkugodzinnej jeździe przez pustynię z Palm Springs do Kingman, miłą odmianą było zobaczyć pięknie odnowione miasteczka i wreszcie skupić wzrok na zieleni lasów Arizony. Dodatkowym atutem tego odcinka drogi 66 jest, to, że towarzyszy jej linia kolejowa, którą od czasu do czasu przejeżdża pociąg z Williams do Grand Canion. Była to też dla mnie doskonała okazja, aby zatrzymać się w ciekawszych miejscach związanych z koleją. Pewnie mogliście zauważyć na wcześniejszych fotografiach, że w Stanach kontenery przewożone są po dwa na sobie, na jednym wagonie. Jest to doskonała optymalizacja przewozów kontenerów, z tym jednak, że w przypadku Polski, taka optymalizacja nie byłaby możliwa z uwagi na ograniczenia skrajni związanej z zawieszoną nad torami trakcją elektryczną. Taki pociąg po prostu nie zmieściłby się pod linią zasilającą lokomotywy elektryczne. Jeszcze przed zjazdem w kierunku Grand Canion odbyliśmy spacer uroczymi uliczkami Williams napawając się pięknem tego miejsca. Jadąc drogą 64 do Parku Narodowego Grand Canion, zegar samochodowy wielokrotnie robił nam psikusa zmieniając czas o godzinę, to w jedną stronę, a to w drugą. Pomyśleliśmy, że coś szwankuje i stąd dziwne wskazania. Jak się okazało w hotelu, z zegarem wszystko w porządku. Przyczyną był wjazd w strefę zmiany czasu. W przypadku Arizony sytuacja jest dosyć zagmatwana. Mianowicie Stan Arizona, a bardziej jego władze zadecydowały o niedokonywaniu zmiany czasu na letni i w ten sposób Arizona ma czas taki jak w sąsiadującej Kalifornii. Jednak są pewne wyjątki. Jedno z plemion żyjących na tych terenach oraz na terenach Arizony przyległych do wschodnich stanów, chcąc utrzymać jednolity czas dla całego obszaru będącego pod ich władzą, utrzymali zmianę czasu na letni, a że granice ich terenów nie są równe, to co jakiś czas wjeżdżaliśmy w strefę zmiany czasu, aby za jakiś moment z niej wyjechać. Do Wielkiego Kanionu dojechaliśmy ostatecznie na zachód słońca. Mogliśmy wreszcie przystanąć i oglądać ostatni spektakl słońca tego dnia. Nie był to jednak ostatni prezent od natury. Z hotelowego tarasu mogliśmy jeszcze podziwiać wspaniałą super pełnię, którą zawdzięczamy najmniejszej odległości księżyca od Ziemi w tym dniu. Zegarki poza sesją z lokomotywą oraz wylegiwania się na skałach w blasku zachodzącego Słońca, nie były dzisiaj zbytnio eksploatowane. Odnotowały jednak kolejne odchylenia. Różnica między nimi wyniosła 218 sekund dając dobową zmianę -12 sekund. Naręczny w swoim pośpiechu dodał 4 sekundy i obecnie spieszy się o 24 sekundy. Budynki przy Route 66. Pociąg do Grand Canion. Stacja w Grand Kanion i ekspres jeżdżący w relacji Williams - Grand Canion. W oczekiwaniu na zachód Słońca. O zachodzie.
-
Free solo na miarę możliwości. Po dwóch właściwie nieprzespanych nocach, wreszcie udało nam się wyspać, śniąc snem lekkim i przyjemnym, jakby sam Morfeusz zadbał o nas. Zadbał do tego stopnia, że omal nie zdążyliśmy się wymeldować przed upływem doby hotelowej. Tak więc dzień zaczęliśmy dosyć późno, a zaplanowaliśmy wjazd kolejką (Tramway) na jeden z najwyższych szczytów w okolicy Palm Springs – San Jacinto Peak (3304 m n.p.m.) i przed nami było jeszcze blisko 400 km podróży przez pustynię do Kingman. Jednak nie zamierzaliśmy rezygnować z naszych planów. Około 12:00 byliśmy już przy dolnej stacji kolejki. Na szczyt wjeżdża się bardzo ciekawym wagonikiem. Przed wejściem do kolejki, dziwił nas trochę spokój osób wybierających się razem z nami na San Jacinto. Zwykle przed wejściem do kolejki stoi już spora grupa osób, czekających jak na rozpoczęcie biegu sprinterskiego, celem zajęcia najlepszej pozycji w wagoniku. A tutaj nic, wszyscy spokojnie czekają, nawet powiedziałbym nie wykazując wielkiego zainteresowania wsiadaniem. Jedynie u nas tląca się żyłka rywalizacji, kazała ustawić się blisko drzwi wejściowych, tak aby zając najlepsze miejsce. Wreszcie wagonik zatrzymał się przed wejściem. Niczym sprinterzy z bloków wystartowaliśmy do środka, po tym jak tylko drzwi się otworzyły, zostawiając resztę podróżnych w tyle. Jakież było nasze zdziwienie, jak w środku dowiedzieliśmy się, że podłoga w wagoniku podczas całej podróży obraca się tak aby każdy miał dobry widok na wszystkie ze stron. Dojechaliśmy na szczyt. Poza pięknymi widokami na Palm Springs, Joshua National Park i pobliską pustynię, to mogliśmy choć na chwilę odpocząć od blisko 40 stopniowych upałów, ciesząc się temperaturą około 26 stopni. Kilka zdjęć na tarasie widokowym i podejmujemy decyzję o spacerze na punkt widokowy od południowej strony góry. Po dotarciu na miejsce, nieco rozczarowani widokami proponowanymi w zorganizowanym punkcie widokowym, zauważyliśmy w pobliżu skałki, które wznosiły się ponad polanę na około kilkanaście metrów. Stamtąd na 100% będzie ciekawszy widok. I tak zaczęło się nasze free solo. Nie był to El Capitan, ale przecież my nie jesteśmy Alexem Honnoldem. Oceniliśmy, że nasze umiejętności i strój, który mamy, są odpowiednie do zdobycia tej górki. Pozostawiając plecaki na dole, zaczęliśmy wspinaczkę tylko z aparatami i torebką z zegarkiem. Po kilkunastu minutach, robiąc jeszcze po drodze zdjęcia podczas wspinaczki, udało nam się osiągnąć szczyt. Widok faktycznie był lepszy, ale nienadzwyczajny. O ile wejście nie sprawiło nam większych problemów, to z zejściem już nie było tak łatwo. Trzeba było zapomnieć o robieniu zdjęć i skoncentrować się na schodzeniu. Po 20 minutach byliśmy przy plecakach. Tak zaliczyliśmy nasze free solo. Około 15 byliśmy już przy naszym samochodzie i rozpoczęła się długa podróż do Kingman. Tu też nie obyło się bez dreszczyku emocji. Mijając stację paliw w Twentynine Palms stwierdziłem, że mam jeszcze paliwa na 120 mil. Nie uwzględniłem jednak, że na drodze, którą wybraliśmy, przez najbliższe 100 mil nie będzie żadnej stacji. I tak w czterdziestostopniowym upale podróżowaliśmy naszym DoS-em patrząc jak szybko spada wskazówka paliwa przy jednoczesnym bardzo powolnym znikaniu mil na nawigacji. Kiedy po 60 milach dojechaliśmy do skrzyżowania dróg, w baku pozostało paliwa na 50 mil. Niestety górzysty teren sprawił, że paliwa ubywało szybciej niż wskazywał na to komputer pokładowy. Cóż, czas zacząć poszukiwania stacji. Znalazła się w odległości 40 mil w zupełnie przeciwnym kierunku. Gdy dojechaliśmy do stacji wskaźnik przestał już podawać dystans jaki można przejechać na paliwie w zbiorniku. Gdy zatankowałem, liczydło pokazało 26 galonów, czyli 98,54 litrów. To oznacza, że w baku pozostało niecałe półtora litra paliwa. Mieliśmy szczęście. Nie chce sobie wyobrażać oczekiwania na pomoc w warunkach pustynnych. Nadkładając 80 mil, ostatecznie o godzinie 21 dotarliśmy do Kingman. Zmęczeni podróżą, ucieszyliśmy się, że nasz hotel położony jest przy drodze 66, którą jutro wyruszymy do Wielkiego Kanionu. Nasi dwaj towarzysze podróży zapewne nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji, odpoczywając po trudach wspinaczki. Myślę, że tym razem bardziej napracował się młody, cały czas towarzysząc mi na nadgarstku. Staruszek bezpiecznie spoczywał w torebce przyprawiając mnie tylko o szybsze bicie serca, gdy musiałem zmieniać uchwyt na ścianie, co skutkowało, że torebka z zegarkiem, co pewien czas niebezpiecznie zbliżała się do skał. I jak cały ten dzień wpłynął na Balle? Ku mojemu zaskoczeniu staruszek odbiega od młodego o 206 sekund. Czyli w dobie zrobił tylko 4 sekundy odchylenia. Młody bardziej odczuł trudy wspinania i zrobił dodatkowe +6 sekund notując od początku +20 sekund w stosunku do czasu wzorcowego. W drodze na San Jacinto Peak. Na górze. Free solo W drodze do Kingman.
-
„Two birds with one stone”, czyli dwie pieczenie na jednym ogniu. Do Barstow dojechaliśmy niestety dość wcześnie, ponieważ około 17:00, czyli jeszcze sporo przed zachodem słońca. Tak wczesna pora przyjazdu objawiła nam wszelkie mankamenty miejsca noclegu. W linii prostej z okien hotelowego pokoju do międzystanowej drogi nr 15 łączącej Los Angeles z Las Vegas było jedyne 150 metrów, co dało nam do zrozumienia, że tą noc raczej nie będziemy wspominać dobrze. Na domiar wszystkiego hotel, poza tym, że leżał w sąsiedztwie autostrady, to dodatkowo otaczało go ogromne centrum handlowe, z restauracjami, stacjami benzynowymi i parkingami. Znajdując coś pozytywnego w tym negatywie, to przynajmniej blisko będziemy mieli na dzisiejszy obiad i jutro na śniadanie. Tyle dobrego. Jakoś przy akompaniamencie przejeżdżających ciężarówek wiozących zapewne tony różnego żelastwa, udało nam się zasnąć około 1 w nocy. To co miało miejsce pomiędzy zamknięciem oczu, a ich otwarciem około 6 rano, trudno nazwać snem. Jednak po wypiciu kilku kaw udało nam się pozbierać i ruszyć w dalszą drogę do Palm Springs. Dzień miał jednak zrekompensować nam trudny nocy. Jak wspominałem przy okazji pobytu w Chicago, gdzie zaczyna się Route 66, podczas naszej podróży jeszcze kilka razy będziemy mieli okazję przecinać tą drogę lub częściowo zaszczycić naszego „DoS” możliwością dotykania oponami gładzi asfaltu „Matki wszystkich dróg”. I tak też się stało w Barstow. Droga 66 przechodzi przez starą część tego kolejowego miasteczka. W dodatku, część tej drogi stanowiła naszą trasę przejazdu. Miło było znowu zobaczyć charakterystyczne oznaczenie tej słynnej drogi i wrócić myślami do kreskówki oglądanej z naszym synem jak miał kilka lat, gdzie dzielny czerwony samochodzik przywraca do życia miasteczko i tą sławną drogę. Jak dobrze, że wtedy nasz syn miał tylko kilka lat i można było usprawiedliwiać oglądanie bajek potrzebą opieki nad nim, w rzeczywistości przeżywając przygody małego autka w niemniejszym stopniu jak on. Route 66 doprowadziła nas do kolejnego miejsca, którego nie mogłem się doczekać i może dlatego trudno było mi zasnąć a tylko wytłumaczeniem była bliskość autostrady. Dojechaliśmy do stacji kolejowej Barstow. Chyba to miejsce mniej zachwyciło moją rodzinę, która zdecydowała się pozostać w klimatyzowanym samochodzie, niż towarzyszyć mi w eksplorowaniu stacji poszukując kolejowych ciekawostek w temperaturze ponad 40 stopni. Jak dla mnie to miejsce było jak sklep z zabawkami. Nie dość, że na bocznicy stało kilka spalinowych lokomotyw wyłączonych już z eksploatacji kiedyś dumnie reprezentujących największe linie kolejowe: Pacific Union, BNSF i Santa Fe, to na stacji mijały się dwa pociągi kontenerowe. Jeden zmierzający do portu w Los Angeles z dwiema lokomotywami na czele i drugi jadący w kierunku Las Vegas ciągnący ciężki skład kontenerowy, do którego poruszenia potrzebne były, aż cztery lokomotywy. Wracając do lokomotyw. Co prawda nie było wśród nich sławnego największego w historii parowozu Big Boy, który w ilości 25 sztuk zasilał linie Pacific Union, czy też największej ośmioosiowej lokomotywy elektryczno-spalinowej o wadze 250 ton – EMD DDA40X, która również znajdowała się we flocie Pacific Union, ale była jej mniejsza sześcioosiowa koleżanka EMD SD42. Dla porównania w Polsce największa lokomotywa elektryczna, również ośmioosiowa ET41 ma masę około 160 ton a największa lokomotywa spalinowa to zmodernizowana z sześcioosiowej lokomotywy M62 Gagarin, M62M chellenger o masie 120 ton. Jak można zauważyć zestawiając masę lokomotywy do ilości osi, istotny z punktu dopuszczenia lokomotywy do eksploatacji w Polsce, jest jej nacisk na oś, który u nas nie może być większy niż 20 ton z małymi odchyleniami. W przypadku USA ta tolerancja jest zdecydowanie większa, jednak i tu są dopuszczalne maksima, co wymusza stosowanie większej ilości lokomotyw przy cięższych składach. W USA jest jeszcze wiele innych mniej rygorystycznych warunków niż w Polsce, ale o tym napiszę przy następnej okazji. Po moim pełnym wrażeń zwiedzaniu stacji w Barstow przyszła pora na dalszą podróż. Jadąc do Plam Springs nieco zjechaliśmy z trasy i odwiedziliśmy jeszcze jeden z położonych niedaleko Parków Narodowych – Joshua Tree National Park. Po takich parkach jak Sequoia National Park, czy Yosemite, Joshua nie wydaje się już tak atrakcyjny. Pewne zainteresowanie budzą formacje skalne wyglądające, jak kupki kamieni poukładane w kopce przez jakiegoś olbrzyma, a w rzeczywistości będące efektem erozji oraz drzewa od których park wziął swoją nazwę, czyli przez jednych nazywane drzewami Jozuego a przez botaników po prostu Juką krótkolistną. Chcąc urozmaicić sobie pobyt w Joshua Tree National Park, pojechaliśmy jeszcze na punkt widokowy, z którego, o ile zanieczyszczenie powietrza daje szanse, można zobaczyć cel naszej podróży – Palm Springs oraz położone niedaleko granicy z Meksykiem Salton Sea. Na nasze szczęście zanieczyszczenie powietrza było na tyle niskie, że udało nam się zobaczyć jedno i drugie. Wyjeżdżając z parku obraliśmy nieco dłuższą drogę, aby przejechać jeszcze przez znajdującą się w parku pustynię. Ostatecznie dojechaliśmy do Palm Springs. Miasta gwiazd show-biznesu, które najwidoczniej nie zbyt chciały rozstawać się z atmosferą Beverly Hills tworząc jego kopię w Palm Springs tylko nieco zmultiplikowaną. To takie Beverly w wymiarze makro. Jednak po kilku dniach oglądania kamieni i skał widok zieleni, uporządkowania i komfortu ucieszył nas, zwłaszcza, że nasz hotel tym razem jest daleko od autostrady. Oba zegarki dzisiaj miały również na chwilę okazję ponownie być gwiazdami, pozując na jednej z lokomotyw. Myślę, że z żółtym im do „twarzy”. A jak wpłynęła na nie ta sesja? Dziadek dalej z lekką zadyszką, ale jakby to powiedzieli lekarze - w stanie stabilnym, złapał kolejne 19 sekund opóźnienia co po 11 dniach daje 202 sekundy opóźnienia. Młody dołożył jeszcze sekundę na plus i ma +14 sekund. Route 66, czyli matka wszystkich dróg. Spotkanie gigantów: Pociąg z Los Angeles i Las Vegas Odkryty tabor w Barstow. I sesja gwiazd. Joshua Park i jego drzewa. Panorama Palm Springs nocą z naszego hotelu.
-
Dzień dobry, u nas zawitał dzień i dochodzi 8:00. Martwiąc się o stan zegarków po wczorajszym spotkaniu w "saunie fińskiej", w Badwater Basin, sprawdziłem dzisiaj jeszcze raz wskazania. Po szesnastu godzinach między pomiarami to staruszek zrobił dodatkowe odchylenie - 6 sekund a jego praprawnuczek ma kolejne +3 sekundy, notując +13 sekund odchylenia od początku przygody. Myślę, że przy tych warunkach i takim czasie, a mamy przecież za sobą tercję naszej podróży, posługując się hokejowym nazewnictwem, jeśli dobrze liczę to kieszonkowy średnie dobowe odchylenie ma około -19 sekund a naręczny: +1,3 sekundy. Co do uczty dla podniebienia, to chyba w przypadku USA trudno znaleźć potrawy, które mogłyby zająć miejsce chociaż w 5 dziesiątce potraw wartych miejsca na stole miłośnika kulinarnych wędrówek. Z mojej perspektywy to kuchnia na zasadzie: dużo, dużo i jeszcze raz dużo. Dużo sera, praktycznie we wszystkim, dużo majonezu i keczupu, dużo lodu w napojach. Raz porwaliśmy się na coś innego, niż przydrożne, dobrze znane nam z poprzednich wyjazdów sieciowe restauracje i w Mammouth Lake zjedliśmy w restauracji jakiegoś Austro-Polaka. Jedną z potraw, na którą się skusiłem była grillowana kiełbasa z kapustą i puree ziemniaczanym. W menu oryginalnie było napisane: "Grilled Kielbasa" stąd pojawiła się u mnie nieodparta chęć spróbowania czegoś, co było serwowane w przydrożnych barach, w Polsce . Potem przez kolejne kilometry drogi, żałowałem tego wyboru. Także stołujemy się głównie w typowo amerykańskich barach i restauracjach typu: Dannys, In-N-Out Burger czy też jemy śniadania w hotelach, w których mamy nocleg. W przypadku hotelowych śniadań, to jedno spostrzeżenie, tam gdzie śniadanie wliczone jest w cenę pokoju, to raczej nie polecam takich śniadań. Trudno to przełknąć a i o najedzeniu się trudno mówić. Także hotele z opcją dodatkowo płatnego śniadania są zdecydowanie lepszym wyborem. W przypadku napojów, to jak to w Ameryce - do wyboru, do koloru. My jednak głównie pozostajemy przy tradycyjnych napojach: woda i herbata. Tej pierwszej przy tych upałach wypijamy naprawdę sporo. Wieczorem pakujemy całą hotelową lodówkę wodą i rano mamy zapas chłodnej wody na przejazd. Dodatkowo wieczorem zdarzy się amerykańskie cienkie piwko a syn coś standardowego typu Cola lub Sprite. I jeszcze rano próbujemy wspomagać się czarną kawą, ale i w tym przypadku Amerykanie znaleźli rozwiązanie, jak tu zrobić aby można było wypić jej dużo i robią taką lurę, ża aby dostać potrzebny zastrzyk kofeiny, trzeba by jej wypić chyba z dwa litry. Także w przypadku kulinarnej strony naszego wyjazdu trudno szukać dreszczyku emocji. No może poza moim kulinarnym eksperymentem z kiełbasą.
-
Ucieczka z piekła – czy na pewno? Mamy za sobą noc w Dolinie Śmierci. Ogrom atrakcji i potrzeby ratowania mojego syna przed nocnymi gośćmi spowodował, że tej nocy właściwie nie przespałem. Po dniu wrażeń w Muzeum w Laws, podróży przez Dolinę Śmierci do naszej „oazy” i zderzeniem się z blisko pięćdziesięciostopniowym upałem potęgowanym przez silny gorący wiatr, jakby ktoś uchylił drzwiczki kominka i cały jego żar wylał się na pomieszczenie, na naszej liście zostały tego dnia, a właściwie też nocy, jeszcze trzy punkty: zachód słońca, oglądanie nocnego nieba i przywitanie kolejnego dnia wschodem słońca. O zachodzie słońca obserwowanym z tarasu widokowego Zabryskie Point już wcześniej pisałem. Obserwacje nocnego nieba wyznaczyliśmy sobie na godzinę 23:00, tak aby jeszcze się wyspać i wstać przed wschodem słońca o godzinie 4:30. Wyposażeni w aparaty, wodę i latarki, ponownie udaliśmy się do wspomnianego tarasu widokowego. Już podczas spaceru na hotelowy parking, zauważyliśmy, że z tym nocnym niebem jest coś nie tak. Takie niebo to już znamy z wyjazdów za Wrocław, gdzie widać na niebie tylko najjaśniej świecące gwiazdy a przez światła Wrocławia o obserwowaniu drogi mlecznej można zapomnieć. No cóż, może to efekt rozświetlonego jak latarnia morska hotelu. Postanowiliśmy pojechać. I tu po przybyciu na parking punktu widokowego, kolejne zaskoczenie. Parking jest pusty. Czyżby nikt nie był zainteresowany obserwacją Drogi Mlecznej w Dolinie Śmierci? Wysiadamy i nagle doznajemy olśnienia w przenośni i dosłownie. Prosto na nasze twarze spływa łuna księżycowego blasku, który rozświetla nam całą dolinę. Już wiemy, że z podziwiania pięknego nocnego nieba, nic nie będzie. Fatalnie dla nas księżyc znajduje się tuż po pierwszej kwadrze i zmierza do pełni, co oczywistym skutkuje brakiem widoków na Drogę Mleczną. Ale jest jeszcze nadzieja. Sprawdzamy, kiedy będzie zachód księżyca. Zgodnie z kalendarzem, księżyc nad Doliną Śmierci ma zajść około 1:47. To daje nam nadzieję, ale równocześnie oznacza, że albo nie śpimy tej nocy, albo coś przegapimy. Po krótkiej naradzie ustalamy, syn poświęci się i będzie czuwał, i jak tylko zajdzie księżyc obudzi nas, jeśli stwierdzi, że warto. Postanowione. Po kilkunastu minutach drzemki, z pokoju obok dobiega do mnie przeraźliwy krzyk mojego syna: „Tato ratuj, tu jest coś obrzydliwego”. Najpierw zwiad, w poszukiwaniu intruza, który zgodnie ze wskazaniami, skrył się gdzieś za kanapą. Uzbrojony w kapcia i ręcznik, powoli odsuwam stolik, a następnie kanapę i faktycznie na dywanie siedzi poruszając swoimi długimi czółkami i wyraźnie szykując się do lotu ponad pięciocentymetrowy karaczan amerykański (Przybyszka amerykańska). Zanim udało mu się wystartować, został uziemiony i niestety pozbawiony życia. Cóż siła wyższa. Samo pozbycie się intruza nie zakończyło sprawy. Trzeba było jeszcze obejść cały domek, zanim położymy się spać. Wtedy właśnie wybiła 1:30 i tak naprawdę nie ma sensu kłaść się na kilkanaście minut. No to zostajemy. Po zachodzie niebo faktycznie przybrało ciemniejszego koloru odsłaniając w teatralny sposób piękno Drogi Mlecznej. Na leżakach spędziliśmy jeszcze dłuższą chwilę zanim położyliśmy się spać. Wybiła 3:00. I co? Dla mnie wschód słońca zaczął się o 6:15, czyli dobrą godzinę jak zrobiło to słońce. Dla mojej żony i syna, wschód pozostawał już tylko jako mgliste wspomnienie czegoś co miało miejsce ale niekoniecznie było warte wstawania. W taki to sposób karaczan amerykański zafundował nam nocne polowanie z nagonką i oglądanie pięknego rozgwieżdżonego nocnego nieba, ale odebrał nam wschód słońca. Z powodu nocnych atrakcji nie zdążyliśmy już na śniadanie i zostało nam tylko poczekać do lunchu, którego pora wydawania przypadała na 11:00. Mamy więc godzinę na zwiedzanie. Nie tracąc już więcej czasu ruszamy do najniżej położonego miejsca w Ameryce Północnej – Badwater Basin – 85,5 m p.p.m. Na miejscu lejący się ponownie, żar z nieba potęgowany odbijanym ciepłem od powierzchni solnego dnia jeziora, pozwala tylko na kilkanaście minut spaceru po wyschniętym dnie jeziora. Kilka zdjęć i uciekamy. Sesja z zegarkami, trwała może 10 minut a już w tym czasie zegarki i aparat rozgrzały się do takiej temperatury, że trudno było je trzymać w rękach. Tak skończyła się nasza przygoda w Dolinie Śmierci. Czas ruszać do Barstow. Sprawdzamy pogodę w Barstow i w następnym miejscu naszego postoju. I tu ponowne zaskoczenie. Będzie nieco lepiej, ale nieznacznie. Termometry mają tam wskazywać blisko 42 stopnie. Także piekło nie będzie miało końca. Po całym tym dniu, najbardziej martwiłem się o zegarki: temperatury w Dolinie Śmierci i słona powierzchnia dna wyschniętego jeziora, mogły mocno zaszkodzić zegarkom, zwłaszcza to nagrzanie podczas sesji zdjęciowej. Na szczęście nic im się nie stało. Odchylenie dobowe wyniosło 15 sekund, co łącznie daje 183 sekundy różnicy we wskazaniach. Młodzieniec ponownie się pośpieszył i jego odchylenie od czasu wzorcowego wynosi +10 sekund. Czyli kolejne +3 sekundy w dobie. Dolina Śmierci najwyraźniej nie przypadła mu do gustu. W poprzedniej relacji, jest nocne zdjęcie nieba gdzie widać księżyc świecący właściwie jak słońce, Poniżej najgorętsze kilkanaście minut spędzone w Dolinie. Próba uchwycenia Drogi Mlecznej. Niestety zdjęcie nie oddaje tego co widzieliśmy. W drodze do Barstow, trasą Doliny Śmierci. Przez kilkadziesiąt mil nie minęliśmy żadnego samochodu. Zrobiło się trochę jak w Autostopowiczu. Sprawdzenie różnicy wskazań.
-
Dziękuję Eugeniuszu. Za moment zakręci mi się w głowie od tych tytułów a królowa brytyjska zacznie mi zazdrościć ich ilości przed imieniem: Informal Amassador of Poland, Semi-formal Ambassador of Ball Brand and Official Ambassador of the Chamber of Clock and Watches Collectors. Pewnie masz rację satruszek na widok równolatków wyrównał trochę rytm, a młody lekko poddenerwowany spotkaniem i wspólnymi opowieściami starców, z niecierpliwości dostał lekkiego nadciśnienia. Co do podróżowania z takim wariatem jak ja w dodatku pracoholikiem, to. trzeba mieć szczególne cechy charakteru. Nie wiem czy moja rodzina ma je jako wrodzone, czy przez lata dawkowania jej mojego szaleństwa uodporniła się na te dziwactwa. Skwituję to jednym zdaniem mojej żony: "Cieszę się, że już nie zajmujesz się akwarystyką". Tak powiedziała kiedy z braku czasu, doba w końcu ma tylko 24 godziny, musiałem zrezygnować z hodowli ryb akwariowych, a musicie wiedzieć, że w domu miałem kilkanaście akwariów. Także, tak jak w dowcipie z kozą, u mnie były akwaria. Czym podróżujemy? Takim osiołkiem na sterydach, w myśl amerykańskiej zasady: duże jest dobre: Infiniti 4WD QX80. Miał być inny Japończyk: Toyota RAV4 ale wszystkie wyszły na lotnisku i szukali nam czegoś innego, a że nie znaleźli, to dali to. Stąd to opóźnienie w rozpoczęciu podróży z lotniska. Poniżej zdjęcia naszego Donkey on steroids, "DoS". Przepraszam za zdjęcia, wyszły jak do sprzedaży w komisie. Dla porównania nasz DoS w zestawieniu z Amerykanami to mikrus. I to za camperem, to nie jadący tak blisko samochód, tylko ciągnięty za nim na holu dodatkowy środek transportu. Takim wielkim camperem nie da się wszędzie wjechać, to znaleźli sobie takie rozwiązanie. Ale można i tak podróżować, trochę w stylu retro.
-
Szlakiem wąskotorowej kolei Southern Pacyfic do Doliny Śmierci. Nie bez powodu jako miejsce noclegu przed Doliną Śmierci wybraliśmy małe na wskroś amerykańskie miasteczko Bishop. W tym miejscu bowiem zeszła się nasza droga z dawną wąskotorową linią Southern Pacific. Co prawda nie jest to linia szerokotorowa, ale w mojej ocenie w pełni zasługuje na miano kolei z prawdziwego zdarzenia. Niecałe 6 kilometrów od Bishop położone jest małe miasteczko Laws, które posiadało połączenie kolejowe z Carson City, a potem już z pozostałą częścią zachodniego wybrzeża USA, włączając dumnych mieszkańców Bishop w krwioobieg prężnie rozwijających się Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Kolej w tym regionie lata świetności ma już za sobą, a to za sprawą zakończenia wydobycia różnego rodzaju kruszców, od złota poczynając, poprzez dolomit, tuf wulkaniczny a na boraksie kończąc. W miejscu dawnej stacji kolejowej pasjonaci i miłośnicy historii tego regionu, w 1960 roku postanowili ocalić od zapomnienia historię swojego miasteczka i regionu, ciężko pracując nad zebraniem środków pozwalających na otwarcie muzeum. Udało im się to w 1966 roku, co zaowocowało utworzeniem Muzeum kolei i historii Laws. Duma i entuzjazm jakie towarzyszyły pierwszym kustoszom muzeum, widoczna jest do dzisiaj w pracy i zaangażowaniu ich dzieci, które mając teraz ponad sześćdziesiąt lat, z wielkim zapałem i zaangażowaniem opowiadają o historii swojego miasteczka. Eksponaty, które zgromadzili w muzeum zrobiły na nas duże wrażenie. Osią muzeum jest oczywiście stacja i linia kolejowa, która przechodziła przez miasteczko. Wokół niej stworzona została, pozwalająca cofnąć się do czasów dzikiego zachodu zabudowa z różnych okresów historii regionu. Na mnie największe wrażenie zrobiła stacja kolejowa i jej stan zachowania. Siedząc na ławeczce w poczekalni można było poczuć się jak Christian Bale w westernie 3:10 do Yumy. Przed odjazdem pozwoliłem sobie na krótką pogawędkę z jednym z opiekunów muzeum, która przerodziła się w dłuższy spacer po muzeum w miejsca, niedostępne dla zwykłego zwiedzającego. Efekt taki został wywołany napomknięciem przez ze mnie o pracy na kolei i pokazaniem skrywanego w torebce zegarka kieszonkowego. W ten sposób poznałem wszystkich pracowników utrzymujących w sprawności technicznej lokomotywy eksponowane w muzeum. Dodatkowo zostałem zaproszony na coroczną paradę, która będzie miała miejsce we wrześniu tego roku. Cieplej na sercu zrobiło mi się również po tym jak wszyscy zgromadzeni w hali naprawy taboru po odpowiedzi na pytanie skąd jesteśmy, zaczęli mi dziękować za pomoc uchodźcom z Ukrainy. W ten sposób, stałem się na chwilę nieformalnym ambasadorem naszego kraju. Żal było mi opuszczać to miejsce, tak pełne pasji i miłości, którą było widać w każdym ze zgromadzonych przedmiotów. Chciałoby się poczekać na jakąś magiczną chwilę, w której ten cały świat ożyje. Z zaplanowanej w muzeum godziny, zrobiły się dwie i trzeba było ruszać w dalszą drogę. Do Lone Pine jechaliśmy wzdłuż linii kolejowej, gdzie nasze drogi ponownie się rozeszły. Przed nami bramy piekła. Dolina śmierci jak na tę porę roku przystało, przywitała nas żarem lejącym się z nieba. Wskazania termometru – blisko 50 stopni Celsjusza. Jednak temperatura odczuwalna była znacznie wyższa, a to za sprawą gruntu, który rozgrzewa się do temperatury znacząco wyższej od temperatury powietrza, czyniąc z tego miejsca saunę fińską. Jak podają w przewodnikach jest to najsuchsze, najgorętsze i najniżej położone miejsce w USA. Jednak jest miejsce, które niczym oaza na Saharze tętni życiem, z tą tylko różnicą, że jest ono w amerykańskim stylu, pełne przepychu i komfortu czyniąc je tak abstrakcyjnym jak osada na Marsie. Tym miejscem jest hotel założony jeszcze w latach dwudziestych minionego wieku. Skąd pomysł? Z potrzeby utrzymania firmy przez właściciela tych terenów. Niejaki Chrystian B. Zabryskie wiceprezes i dyrektor zarządzający Pacific Coast Borax Company, po tym jak wydobycie boraksu w Dolinie Śmierci przestało być tak opłacalne jak wcześniej, zauważył krajobrazowe walory Doliny i postanowił udostępnić je szerszej grupie mieszkańców USA, poczynając od tych najbardziej zamożnych. Jednak, aby takie osoby zechciały odwiedzić to mało gościnne miejsce, trzeba było stworzyć dla nich odpowiednie warunki życia. I tak powstał luksusowy hotel w samym środku piekła. Warto w nim spędzić choć jedną noc, aby poczuć surrealizm tego miejsca a nadto jednak, aby mieć okazję podziwiania zachodu i wschodu słońca i pięknego nocnego nieba z pięknie widoczną gwiezdną autostradą Drogi Mlecznej. Przed nami jeszcze obserwacja nocnego nieba po zachodzie księżyca, może dotrwamy oraz wschodu naszej gwiazdy. Zegarki już miały okazję być przedmiotem szeptów i spojrzeń na Zabryskie Point, gdzie wspólnie z nami oglądały zachód słońca. Różnica wskazań między zegarkami – 168 sekund, co daje 8 sekund dobowego odchylenia. Jednak trzeba uwzględnić to, że dzisiejszy dzień bardziej wpłynął na młodego zdobywcę, który zrobił dodatkowe +3 sekundy w ostatniej dobie, odbiegając od wzorca o +7 sekund. Z czego takie przyspieszenie w dobie? Może temperatura i nasłonecznienie miały wpływ na taką zmianę wskazań. Dzisiaj też z poziomu 2000 m n.p.m. zjechaliśmy do 100 m p.p.m.a wilgotność spadła do 4%. Stacja w Laws i oczywiście zegarki na pierwszym planie. Lokomotywy i składy kolejowe Muzeum. Dalsza część stacji, obrotnica i zbiorniki na wodę. Spotkanie stulatków i młokos. Droga do Doliny Śmierci. Surrealizm. Zachód słońca w Dolinie. Nocna wypad na Zabryskie Point.
-
Bardzo dziękuję. Tak kieszonkowy dostaje w kość pomimo tego, że staram się go chronić jak najlepiej w tych warunkach można. Jednak tak jak piszesz, był on przeznaczony zupełnie do czegoś innego. Podróżuje w podwójnym pokrowcu schowany w przedniej kieszeni mojej torebki. Dodatkowo z obu stron ma kieszeń wyścieloną ściereczkami dla tłumienia wstrząsów. To naręczny musi znosić wszystkie trudy podróży w sposób bezpośredni.
-
Droga do piekła. Dzisiaj opuszczamy zielone lasy Doliny Yosemite i kierujemy się do najgorętszego i najniżej położonego miejsca Ameryki Północnej – Doliny Śmierci. Zanim tam dotrzemy czeka nas jeszcze podróż przez północną część parku, którą doskonale pamiętamy z poprzedniej podróży. Jest to malowniczo położona przeprawa przez Góry Sierra Nevada na wschodnią ich część, a zarazem najkrótsza droga do Doliny Śmierci z Parku Yosemite. Zdajemy namiot, dzięki któremu zrealizowaliśmy trzy cele: wyspaliśmy się, jesteśmy w parku i nie musimy okrążać gór, aby dotrzeć do Doliny Śmierci. Przed opuszczeniem doliny jeszcze, krótki spacer do dolnego wodospadu Yosemite. Niestety z uwagi na porę roku, nie będzie nam dane zobaczyć jego piekielnego oblicza, które ukazuje jedynie przez kilkanaście dni lutego zmieniając swój kolor na ognisto czerwony. Nie jest to jednak sztuczka jakichś sił nadprzyrodzonych lub działanie garbarni barwiącej bycze skóry, a efekt promieni słonecznych, które w lutym dzięki odpowiedniemu kątowi ich padania na wody wodospadu, zmieniają jego kolor. Dzięki temu zjawisku wodospad uzyskał przydomek: wodospad ognia (brzmienie oryginalne Firefall). Droga wyjazdowa z doliny wiedzie obok przyciągającego mnie jak magnes El Capitan. I tym razem nie udało mi się przejechać obok niego obojętnie. Zatrzymaliśmy się przy polanie, z której grupa gapiów już od najwcześniejszych godzin wypatruje śmiałków wspinających się po szarych, pionowych ścianach strażnika doliny. Atmosfera na polanie przypomina nieco piknik. Ludzie siedzący w fotelach podobnych do tych, które pamiętam z moich nocnych zasiadek na karpie, tylko z tą różnicą, że przed sobą mają na statywach ustawione lornetki skierowane w ścianę góry a nie rod poda z wędkami. Z podsłuchanych rozmów wynika, że dzisiaj jeszcze nikogo nie było, ale na pewno ktoś zaraz się pojawi. Mając przed sobą podróż, spędziliśmy tam jeszcze kilka chwil ponownie zwracając na siebie uwagę, krótką sesją fotograficzną z moimi „modelkami”. Nie mogąc już się doczekać na piękne widoki parku z Tioga Road, ruszyliśmy w dalszą podróż. Żegnaj El Capitan. Niestety droga ze wspomnień w tym roku przekształciła się w istną highway to hell. Znaczna jej część była w przebudowie i przez kilka godzin w pyle, zapachu smoły i asfaltu oraz upale ponad 30 stopni przedzieraliśmy się przez niegdyś piękną Tioga Road. Pewnie po remoncie ponownie taką będzie. Chcąc choć trochę poprawić sobie wrażenia z tej podróży przez piekło, złamaliśmy zakaz zatrzymywania się i przystanęliśmy na punkcie widokowym Olmsted Point, z którego rozpościera się widok na góry Parku Yosemite z majaczącym w oddali Half Dome. Nie byliśmy sami, takich śmiałków jak my, chcących na chwilę zapomnieć o trudach podróży, było jeszcze kilkunastu. Ten piętnastominutowy oddech kosztował nas dodatkowe 40 minut przymusowego postoju w piekle. Nie wiem, czy to była dla nas kara za zatrzymanie się, którą dali nam budowniczy drogi, czy też taka organizacja przejazdu przez remontowaną drogę. Ucieszyliśmy się na widok Mono Lake ponieważ oznaczało to że piekło drogi wkrótce się skończy. Do zaplanowanego miejsca noclegu w Bishop mieliśmy jeszcze blisko sto kilometrów, jednak chcąc sobie zrekompensować trudy podróży, zboczyliśmy z głównej drogi i pojechaliśmy do Mammoth Lakes, turystycznej miejscowości położonej na wysokości 2400 m n.p.m. Z nieodległego od miasteczka punktu widokowego Minaret Vista, roztacza się przepiękny widok na postrzępione szczyty wschodniej części gór Sierra Nevada, które kształtem przypominają nieco te z Tolkienowskiego Mordoru. Po ponad sześciu godzinach podróży docieramy wreszcie do miejsca naszego noclegu – małego miasteczka Bishop. Stąd zaczniemy naszą podróż do piekła. Dzisiejsza podróż była również istnym roller coasterem dla zegarków. Wielokrotna zmiana wysokości z ponad tysiąca metrów na trzy tysiące metrów, jazda po remontowanej drodze przypominającej tarkę i wreszcie temperatura dochodząca do 35 stopni, nie mogły pozostać bez wpływu na zegarki. I tak też się stało. Nadal oba dzielnie odmierzają czas jednak stulatek odczuł trudy podróży i jego dobowe odchylenie wyniosło 24 sekundy, czyli mamy 160 sekund różnicy. Na młodzieńca podróż też miała wpływ, dodając dodatkową +1 sekundę do czasu wzorcowego, dając odchylenie +4 sekundy po ośmiu dniach pracy bez zmiany ustawień. Jutro spotkamy się w piekle, blisko 50 stopni w cieniu. Wodospad Yosemite El Capitan i sesja zdjęciowa. Widok z Olmsted Pionu na Park Yosemite z Half Dome w dalszym planie. Widok na "Mordor" z Minaret Vista.
-
Klub Miłośników Zegarków BALL
Piotr Orzechowski odpowiedział BALL Watch → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
Dziękuje za miłe słowa Niebawem będzie nieco więcej o kolei ponieważ zbliżamy się do miejsc gdzie bardziej wykorzystywano kolej niż w Parkach Narodowych. Jeśli ktoś ma jakieś pytania co do miejsc które odwiedzamy lub zegarków Ball, to zapraszam do napisania maila. -
„Gen przedsiębiorczości” Yosemite, jak pisze jeden z przewodników, powtarzając słowa Johna Muri: „to miejsce, gdzie przyroda zgromadziła wszystko co najlepsze by zwabić wielbicieli na intymne spotkanie”. I tak też ja je odbieram. Piękno Yosemite, jest zarazem jego przekleństwem. Po Yellowstone to chyba jeden z najczęściej odwiedzanych parków w USA. Jest do tego stopnia popularny, że zostały wprowadzone ograniczenia wstępu do niego. Jak już wcześniej wspominałem, my zapomnieliśmy się zarejestrować i do parku moglibyśmy wjechać dopiero 13 lipca, a dziś mamy 7 lipca (jak to czytacie u Was jest już 8 lipca). W poszukiwaniu rozwiązania pierwsze kroki skierowaliśmy do concierga, który pomógł nam w iście amerykański sposób. Na wstępie poinformował nas, że nie ma żadnego problemu, ponieważ jak wstaniemy o 4 rano i będziemy w parku około 5, to nie potrzebujemy żadnej rejestracji wjazdu. Nie wziął tylko jednego pod uwagę, my nie zamierzamy wstawać o 4 rano. Najwcześniej jesteśmy w stanie wstać o 7 i wyjechać o 8. Jak mu to powiedzieliśmy, to dalej przekonywał nas, że to dobry pomysł i zachwalał nam jak wspaniały jest Park Yosemite. Udało nam się od niego wyjść po godzinie monologu, w którym mimo naszego zniecierpliwienia, muszę przyznać, że znaleźliśmy wiele ciekawych informacji. Wtedy jednak nie byliśmy nastawieni na wersję audio przewodnika po parku, tylko na znalezienie rozwiązania naszego problemu. Jak pogodzić chęć wyspania się przed kolejnymi etapami podróży z niemniejszą chęcią odwiedzenia parku i jeszcze większą niechęcią objechania parku, jeśli nie uzyskamy przepustki do parku? I wtedy jak to powiedział Robert Więckiewicz w komedii „Ile waży koń trojański”, odezwał się w nas polski gen przedsiębiorczości. Do parku nie trzeba mieć przepustki, jeśli ma się zarezerwowany nocleg w jednym z hoteli w parku, miejsce na campingu lub wynajmie się namiot. I tak zaczęliśmy przeszukiwać Internet w poszukiwaniu miejsca noclegowego w parku. Hotele odpadały, ponieważ już dawno były zarezerwowane a dodatkowo były bardzo drogie. Camping niestety też odpadł pomimo tego, że była to najtańsza opcja. Nie mamy RV (samochodu campingowego). Pozostał namiot. I bingo, za niewielką cenę udało nam się wynająć jeden z ostatnich dwuosobowych namiotów w Curry Village w samym centrum Doliny Yosemite. Jeszcze chwila i mamy potwierdzenie rezerwacji namiotu. Z lekkim dreszczykiem emocji następnego dnia kierujemy się około 11:00 do bramy parku. Dlaczego dreszczykiem? Wynajęty namiot jest na dwie osoby, a nas jest troje. Jednak wszystko się udało, wjechaliśmy i mogliśmy zacząć podziwiać piękno Parku Narodowego Yosemite. Na początek główne atrakcje Doliny Yosemite: punkty widokowe na Half Dome, wodospady Yosemite, Tunel view i oczywiście El Capitan. Jako niedoszły alpinista amator przez długi czas wpatrywałem się w ściany El Capitan i Half Dome w poszukiwaniu wiszących gdzieś na skałach alpinistów. Może na jednej z niej jest słynny: Alex. Honnold, który bez asekuracji wszedł na El Capitan i znany też jest z wytyczania nowych dróg po zboczach obu tych gór. Jego historię możecie poznać w Oskarowym filmie: Free solo. Ok, czas ruszać dalej. Mamy przecież jeszcze przed sobą Mirror Lake, w którego wodach w magiczny sposób odbijają się przepiękne góry otaczające dolinę. Po dotarciu na miejsce lekkie rozczarowanie – jezioro jest, ale jakby wyschnięte. Gdzieniegdzie są tylko mniejsze lub większe rozlewiska rzeki, która płynie przez jezioro. Okazuje się, że jest to jezioro okresowe i w okresie letnim istotnie zmniejsza swoje rozmiary. Cóż, nie jest to o czym marzyłem jednak nie żałujemy tej wycieczki, ponieważ miejsce i tak ma swój urok. Jednak z pomysłu zrobienia sesji zdjęciowej zegarków na tle odbijających się gór w wodach jeziora zostały nici. Trzeba się zadowolić tym co jest. Dzisiaj mamy czwartek, tak więc mija już tydzień naszej podróży. W hotelu poza standardową weryfikacją odchyleń czasu wskazywanego na zegarkach, urządziłem im małe spa. A jak wyglądają wskazania? Kieszonkowy ma już ponad dwie minuty odchylenia, a dokładnie 136 sekund. To kolejne istotna dobowa różnica: 22 sekundy. W tym przypadku chyba poza temperaturą, która istotnie przekracza maksyma podane przez firmę Ball, to wstrząsy podczas wędrówki mogły mieć istotny wpływ na tak duże odchylenie. A jak się ma Engeener? Bardzo dobrze, jego odchylenie czasu po całym tygodniu to około +3 sekundy od czasu wskazywanego w telefonie komórkowym. Nie jest oszczędzany i cały czas towarzyszy mi na nadgarstku. Po powrocie do Polski jeszcze długo będę miał po nim pamiątkę w postaci bladego miejsca na nadgarstku. Słońce robi swoje. Pierwszy widoki z Tunel view na Half Dome i Dolinę Yosemite. Widok znad jeziora Mirror Lake Sesja nad jeziorem i górami w tle. Wynajęty namiot. zegarki po spa. Nieudana próba nocnej sesji z Tunel view.
-
Kraina Ewoki Podróż do Sequoia National Park z naszego hotelu nie była już zbyt długa. Zajęła nam zaledwie 20 minut. Jeszcze kilka formalności na wjeździe do parku i jesteśmy. Pierwsze wrażenie po przekroczeniu granic parku: „piękne góry, cudowne widoki, ale gdzie są te wielkie drzewa? Nasze wyobrażenie o Sequoia National Park było jak w filmach z misiem Yogi. W rzeczywistości, faktycznie jest pięknie, ale lasu ani śladu. Na podziwianie wielkich drzew przyszło nam jeszcze trochę poczekać. Musieliśmy bowiem wjechać na wysokość blisko 2000 m n.p.m. Nie wiedziałem, że tak duże drzewa mogą rosnąć na takiej wysokości. W naszych górach na wysokości 1400 m n.p.m. mamy już tylko w najlepszym przypadku kosodrzewinę. Za pierwszy cel obraliśmy Mono Rock. Jest to wielka skała, której czubek znajduje się na wysokości 2050 m n.p.m. Jadąc do Mono Rock przejeżdża się przez pierwszą część Sequoia Forest. Sam wjazd do lasu nieco nas przygnębił. Przywitały nas tylko kikuty spalonych drzew. Pamiątka ostatnich pożarów. Jednak im bliżej Mono Rock, tym bardziej las zaczął nas zachwycać swoim pięknem. Przejeżdżając wąskimi krętymi drogami pomiędzy sekwojami tworzącymi naturalne bramy, dojechaliśmy do parkingu, z którego czekała nas niezbyt długa wędrówka piesza na szczyt Mono Rock. Po drodze mogliśmy już podziwiać przepiękne drzewa stojące niczym Enty z Władcy Pierścieni. U podnóża góry, a bardziej skały, znajdował się kolejny parking, do którego jak się okazało mogliśmy dojechać samochodem. Jednak nie żałowaliśmy wędrówki przez las. Amerykanie lubią sobie upraszczać życie, dzięki czemu właściwie do wielu atrakcji można dojechać samochodem i przejść tylko kilkaset metrów, aby móc podziwiać cel wyprawy. Na szczyt Mono Rock wiodą kamienne schody, które przypominały nam te z Gór Stołowych. Wspinaczka była lekko męcząca, jednak po 20 minutach stajemy na szczycie, z którego rozciąga się przepiękny widok na cały park oraz dalej położone szczyty łańcucha Sierra Nevada. To obecnie najwyżej położony punkt na naszej mapie podróży. Jeszcze, krótka sesja fotograficzna naszych bohaterów i schodzimy. Na górze ponownie zaskakują mnie Amerykanie. Zawsze myślałem, że nie zwracają oni uwagi na to co robią inni ludzie, jak się ubierają i nie ma rzeczy, które by ich zaintrygowały. A tu, moja sesja zdjęciowa zegarków na Mono Rock wzbudziła niemałe zainteresowanie. Nie do tego stopnia, aby pytać mnie, co ja robię, ale na tyle aby za plecami słyszeć komentarze. I tak było jeszcze wielokrotnie, jak tylko wyciągałem kieszonkowy zegarek i ustawiałem go do zdjęć. Z Mono Rock obraliśmy kurs na słynny tunel pod sekwoją. Początkowo nie liczyłem na wiele wiedząc, iż jest to bardzo popularne miejsce. Ku naszemu zaskoczeniu przy tunelu stał tylko jeden samochód. Doskonała okazja do przejechania tunelem i zrobienia kilku zdjęć. Kolejny punkt, to wędrówka do największego drzewa na świecie, czyli do Generała Szermana. Tutaj również nie spotkaliśmy większych tłumów. Las, w którym rośnie największe drzewo bardzo przypomina scenerię z szóstej części Gwiezdnych Wojen – Powrotu Jedi. Czuliśmy się pośród tych majestatycznych drzew jak ewoki. Jednak film nie był kręcony w Parku Narodowym Sekwoi, ale trochę bardziej na północ w Redwood National Park. Park zafundował nam jeszcze jedną atrakcję. Pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję zobaczyć niedźwiedzia w jego naturalnym środowisku i to zaledwie z odległości 20 metrów. A może to był ewok? Cóż, zawsze uczono mnie, że jak widzisz młodego niedźwiedzia, to gdzieś w pobliżu zapewne jest jego matka i lepiej oddalić się powoli z miejsca spotkania. Dzień miał się już powoli ku końcowi a przed nami ponad dwie godziny jazdy do Yosemite National Park. Jeszcze szybki obiad i ruszamy w drogę. Do Yosemite dojechaliśmy około 19:00. I tu spore zaskoczenie. Wjazd do parku możliwy tylko po wcześniejszym zarejestrowaniu się. Wchodzimy na stronę parku i najbliższy możliwy termin to 13 lipca. Tak więc czeka nas rewizja naszych planów co do Yosemite albo szukanie innych rozwiązań. Jak będzie? Zobaczymy. Przejazd przez park sekwoi był też pierwszym punktem podróży, gdzie oba zegarki znalazły się na znacznej wysokości ponad 2000 m n.p.m. Jak to na nie wpłynęło? Ball Engeneer III Ohio raczej tego nie zauważył, nadal nie notuje istotnej różnicy od początkowych ustawień. W przypadku kieszonkowego, to wysokość zrobiła na nim wrażenie, ponieważ odchylenie to już prawie dwie minuty i wynosi 114 sekund, co daje 19 sekund dobowej różnicy. Widok na Mono Rock Spalony las. Sekwoje jednak przetrwały pożar Na spalonym pniu. Widok ze szczytu Mono Rock Sesja na Mono. Sekwoja Roosevelta. Gdzie jest Ball na drzewie? Tunel Selfie z Shermanem. Wypalona sekwoja.
-
Jaki musiał być zegarek, aby spełnić standardy spółki Ball? Jak już pisałem na początku mojej relacji zapewne historia firmy Ball i standaryzacji pomiaru czasu na kolei w USA, zapewne wielu z Was jest dobrze znana. Nie chcę ponownie jej opisywać w tym miejscu, wiedząc, że doskonały opis jest na naszym forum (znajdziecie go tutaj: https://zegarkiclub.pl/forum/topic/156136-ball-watch-since-1891/?tab=comments#comment-2152901 ). Smutnym. Jest tylko to w tej historii, że jak w wielu innych przypadkach, tak i tu powodem zmian była tragiczna w skutkach katastrofa kolejowa. Dopiero po niej zwrócono uwagę na pilną potrzebę standaryzacji warunków technicznych jakie powinny spełniać zegarki kolejowe oraz w jakim reżimie powinny być serwisowane. Pierwszy raz czytając opis parametrów technicznych zegarków ze standardem „RR” miałem nieodparte wrażenie, że ktoś posłużył się już istniejącym standardem dotyczącym samej kolei. Mianowicie każdy pojazd kolejowy, w tamtych czasach w USA, taki i dzisiaj, musi spełniać rygorystyczne warunki dopuszczenia do eksploatacji. Dotyczy to zarówno momentu wprowadzenia danego typu pojazdu do ruchu, jak i ponownego dopuszczania do eksploatacji po każdym poziomie utrzymania. W przypadku zegarków oczywistym jest, że ilość parametrów jest istotnie mniejsza, niż w przypadku lokomotyw, czy też nawet wagonów. I tak zegarek, aby uzyskać certyfikat firmy Ball musiał mieć następujące cechy: · Nie mógł być zegarkiem krytym, czyli z zakrywającym cyferblat deklem, · Zegarek musiał mieścić się w rozmiarze 18 lub 16 (44,86 mm lub 43,17 mm), · Cyferblat musiał być biały, z kontrastującymi czarnymi cyframi arabskimi i czarnymi grubymi wskazówkami, · System nakręcania - koronka musiała być na godzinie 12, · Zegarek musiał posiadać minimum 17 kamieni, · System naciągu musiał być wyposażony w dwie zębatki, · Czas ustawiany miał być przy użyciu dodatkowej dźwigni pod deklem ze strony tarczy, nie w koronce, · Zegarek musiał być testowany w co najmniej 5 pozycjach, · Powinien bez negatywnego wpływu pracować w przedziale temperatur od 40 do 95 stopni Fahrenheita (od 4,5 do 35 °C), · Maksymalna tolerancja odchyleń +/_ wynosiła maksymalnie 30 sekund tygodniowo. Jeśli miałbym opisać tutaj warunki techniczne jakie muszą spełniać lokomotywy, to zabrakłoby tu miejsca, a pojemność serwerów mocno zostałyby ograniczona. Niech o skomplikowaniu i rygorystycznym podejściu do warunków jakie muszą spełniać lokomotywy, świadczy to, że proces homologacji lokomotywy zwykle trwa kilka lat i jest to tylko sam proces homologacji, natomiast prace od pomysłu wyprodukowania lokomotywy do postawienia jej prototypu trwają również kilka lat. W przeciwieństwie do zegarków, w Polsce mieliśmy trochę więcej szczęścia w przypadku lokomotyw i było kilka zakładów produkujących lokomotywy. Był to zakłady między innymi: we Wrocławiu, Poznaniu i Chrzanowie na Śląsku. Dzisiaj nadal w naszym kraju produkowane są zarówno lokomotywy jak i wagony. Ponadto kilka zagranicznych firm założyło tu swoje zakłady produkcji taboru, czasami przejmując już istniejące zakłady produkcyjne czy też dawne zakłady naprawcze. Z polskich zakładów, które produkują lokomotywy, wyróżniają się dwa: Pesa Bydgoszcz produkująca elektryczne lokomotywy Gama oraz Newag w Nowym Sączu produkujący czteroosiowe elektryczne Gryfiny i sześcioosiowe ciężkie lokomotywy elektryczne Dragon. Nie ma już jednak u nas produkcji lokomotyw spalinowych, która zakończyła się wraz z upadłością Zakładów Fablok w Chrzanowie. O świetności produktu tych zakładów niech świadczy to, że obecnie lokomotywy SM42 będące produktem tej fabryki są z powodzeniem modernizowane przez kilka zakładów w Polsce, między innymi Newag i po modernizacji mogą służyć kolejne 30 lat. Dlaczego w Polsce akurat produkuje się lokomotywy elektryczne? Powód jest oczywisty, Polska jest drugim po Niemczech najbardziej zelektryfikowanym krajem w Europie pod względem linii kolejowych, co pozwala w głównej mierze korzystać z tego rozwiązania. W przypadku USA sytuacja jest całkowicie inna. Głównym typem lokomotyw używanych w Ameryce Północnej są ciężkie lokomotywy spalinowe, tylko w niewielkim zakresie, głownie na terenach aglomeracji do ruchu pasażerskiego wykorzystywane są składy elektryczne. Użycie lokomotyw spalinowych w USA nie świadczy jednak o ich zacofaniu, lecz pragmatycznym podejściu do transportu towarowego. O stopniu zaawansowania kolei w USA niech świadczy chociażby poziom zautomatyzowania systemu sterowania ruchem i funkcjonujących systemów bezpieczeństwa, gdzie całość sterowana jest realizowana przy użyciu systemów komputerowych. Pozwala to między innymi na realizację przewozów kilometrowymi składami ciągniętymi przez kilka lokomotyw, gdzie do ich obsługi potrzebny jest tylko jeden maszynista. Dla porównania w Polsce nadal używamy starego systemu bezpieczeństwa SHP, używamy sprzęgów śrubowych, co znacznie ogranicza możliwość zwiększenia przepustowości linii i wymaga większego zaangażowania ludzi w realizacji przewozu. Dzisiaj w Polsce jak i w całej Unii Europejskiej wprowadza się jeden zautomatyzowany system bezpieczeństwa, który o ile uda się go wdrożyć pozwoli nam na automatyzację ruchu po roku 2035. Wracając jednak do zegarków. Poza parametrami technicznymi, zegarki musiały być również utrzymywane w określony sposób. Jednym z parametrów technicznych była bowiem ich punktualność – zegarki nie mogły mieć większych tygodniowych odchyleń niż 30 sekund. Ten parametr może świadczyć o tym, że musiał być prowadzony serwis zegarków, gdzie co jakiś czas weryfikowano ich punktualność i dokonywano koniecznych napraw czy też wykonywany był ich serwis: czyszczenie, smarowanie, wymiana zużytych części. Niestety nie dotarłem do żadnego opracowania, w którym opisane byłyby poszczególne czynności w określonych cyklach. Niewątpliwie jednak chcąc utrzymać zegarki w odpowiednim stanie i zachować certyfikat, zegarki musiały mieć podobne zasady utrzymania jak lokomotywy, które również mają swoje systemy utrzymania. Każda lokomotywa po określonym czasie lub przebiegu musi mieć wykonane ściśle określone czynności utrzymania, bez których wykonania nie może być dopuszczona do ruchu. Co do zasady zgodnie z przepisami utrzymanie lokomotyw można podzielić na pięć poziomów – oznaczanych dla uproszczenia symbolami od P1 do P5, gdzie P1 to najniższy poziom utrzymania z częstotliwością realizacji zależną od typu lokomotywy co dwa tygodnie lub cztery miesiące i przebiegiem od kilku tysięcy km do kilkudziesięciu tysięcy km. P5 natomiast jest najwyższym poziomem, podczas którego wykonywana jest naprawa główna lokomotywy czy też jej modernizacja. I tu moment jej wykonania powiązany jest z przebiegiem lub czasem eksploatacji danego typu lokomotywy, co 8 lub 32 lata albo po przebiegu 600 tys. km lub 1,2 mln km. Jak można zobaczyć w dawnych czas zegarek stanowił istotny element właściwej realizacji przewozów, bez którego bezpieczne przewiezienie towarów czy ludzi nie byłoby możliwe. Można nawet uznać, że był częścią wyposażenia lokomotywy. Początek składu towarowego. Trzy lokomotywy. W składzie były jeszcze dwie w środku i jedna na końcu składu.
