Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Piotr Orzechowski

Zarząd Stowarzyszenia KMZiZ
  • Liczba zawartości

    1388
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Piotr Orzechowski

  1. Dzień dobry, jeśli synowie byliby zainteresowani, to mogę podesłać trzy filmiki z Durango, gdzie nagrałem odjazd parowozów ze stacji oraz manewry parowozu na obrotnicy.
  2. Dziękuję jeszcze raz za miłe słowa. Aklimatyzacja przebiegła bez większych problemów także chyba nocne loty z USA są optymalnym rozwiązaniem. Zegarki odpoczywają w swoich pudełkach. Kieszonkowy w sobotę jedzie do zegarmistrza na przegląd i po nim będzie czekał na finał. Ja również nie mogę doczekać się warsztatów w Krakowie i Nowym Sączu. Teraz koncentruje się na opracowaniu fotorelacji, która będzie dodatkiem do licytowanych zegarków. Pozdrawiam i do zobaczenia.
  3. Do domu. To już jesteśmy w domu. Podróż zajęła nam łącznie: 1. Droga z Madison do Chicago z uwzględnieniem zwiedzania muzeum w Elgin: 5 godzin, 2. Oczekiwanie lotnisku na odlot do Warszawy: 5 godzin, 3. Lot z Chicago do Warszawy: 8,5 godziny, 4. Oczekiwanie na lot z Warszawy do Wrocławia: 3,5 godziny, 5. Przelot z Warszawy do Wrocławia: 1 godzina, 6. Przejazd taksówką z lotniska do domu: 1 godzina. Czyli łączny czas podróży powrotnej to: 24 godziny. Dodatkowo zmieniliśmy strefę czasową i straciliśmy 7 godzin. Tyle jeśli chodzi o powrót w liczbach. Sama podróż przebiegła w miarę bez przeszkód, nie licząc jednogodzinnych opóźnień obu lotów. W przypadku lotu z Chicago dzięki pomyślnym wiatrom udało się tą godzinę odrobić. Natomiast w przypadku lotu do Wrocławia już nie było takiej możliwości. Co do wskazań zegarków po podróży, to we Wrocławiu kieszonkowy miał +27 sekund w stosunku do naręcznego, co oznacza, że po miesiącu różnica jest nie znaczna i mogłoby się wydawać, że po tak długim okresie, zegarki utrzymują doskonały czas. Jednak należy na to spojrzeć nieco inaczej. Dzienne pomiary dały następujące wyniki: Dzień Kieszonka Naręczny odchylenie k. odchylenie n. 1 0 0 0 0 2 0 0 0 0 3 -69 0 -69 0 4 -80 0 -11 0 5 -95 0 -15 0 6 -114 0 -19 0 7 -136 3 -22 3 8 -160 4 -24 1 9 -168 7 -8 3 10 -183 10 -15 3 11 -202 14 -19 4 12 -206 20 -4 6 13 -218 24 -12 4 14 -183 27 35 3 15 -175 30 8 3 16 -161 33 14 3 17 -140 36 21 3 18 -127 39 13 3 19 -120 41 7 2 20 -95 44 25 3 21 -76 47 19 3 22 -43 52 33 5 23 -25 57 18 5 24 3 65 28 8 25 4 71 1 6 26 43 89 39 18 27 31 92 -12 3 28 9 100 -22 8 29 23 108 14 8 30 35 116 12 8 31 27 120 -8 4 Patrząc natomiast na różnice we wskazaniach w odniesieniu do założeń przyjętych przez spółkę Ball co do zegarków kolejowych, to kieszonkowy Ball miał następujące odchylenia: sekundy 1 tydzień 136 2 tydzień 117 3 tydzień 107 4 tydzień 138 Jak widać wynik osiągnięty w teście wskazuje, że kieszonkowy obecnie nie spełniałby rygorystycznych wymagań. Jednak należy uwzględnić, że zegarek ma już ponad 100 lat i swoje przeszedł. Tym samym w mojej ocenie kieszonkowy Ball przeszedł test doskonale a dużym sukcesem jest to, że przetrwał cała podróż i powstałe różnice we wskazaniach nie należy traktować jako istotne. W przypadku naręcznego Balla to również uważam, że spisał się doskonale. Ostateczne wskazanie do zegara wzorcowego to: 120 sekund, czyli w całym miesięcznym okresie zrobił +2 minuty. Poza ostatnim tygodniem mieścił się w założeniach firmy Ball. W ostatnim tygodniu nieco przekroczył maksymalny czas odchylenia. Pamiętajmy jednak, że wskazania nie były przez cały miesiąc korygowane a zegarek nakręcany był jedynie przy użyciu systemu automatycznego nakręcania. Nie wiem również jaki wpływ na jego wskazania mogły mieć warunki eksploatacji, a wyglądały one następująco: 1. Najwyższa temperatura powietrza: 125 Farenheita, czyli 51 Stopni Celsjusza (kilka razy temperatura podczas robienia zdjęć była wyższa – Dolina Śmierci, stalowe elementy lokomotyw, szyn), 2. Najniższy punkt: 85,5 m p.p.m. 3. Najwyżej położony punkt: 3 600 m n.p.m. Zegarek przez cały czas towarzyszył mi na ręce przez co najmniej 18 godzin dziennie i nie był szczególnie oszczędzany. A co do innych danych, to porównując początkowe założenia podróży w liczbach znaczna różnica dotyczy tylko przejechanego dystansu: 5 927,3 mile co daje 9 539 km. przekraczając tym samym zakładany dystans o ponad 1400 km. Z rzeczy, które nie udało się zrealizować to: wizyta w Muzeum Kolei w Sacramento oraz wejście do Antelope Canyon. Cała reszta poszła dokładnie z założeniami. Kończąc relację z naszej podróży, jeszcze raz pragnę podziękować Eugeniuszowi za umożliwienie dzielenia się z Wami przebiegiem naszej podróży i wynikami testu zegarków, Panu Piotrowi z firmy Ball za użyczenie zegarka naręcznego na czas podróży oraz Wam wszystkim za możliwość wspólnego odbycia tej podróży. Codzienna relacja wpisała się w mój dzienny grafik dnia i teraz będzie mi jej zapewne brakowało. Jednak sam projekt jeszcze się nie kończy. Przede mną jeszcze przygotowanie fotorelacji w formie papierowej, przekazanie zegarka kieszonkowego mojemu przyjacielowi zegarmistrzowi do wykonania jego serwisu i ostatecznie finał WOŚP, na którym zegarek zostanie wystawiony na aukcji. Wraz z fotorelacją. Co do zegarka naręcznego to szczegóły ustalę z Panem Piotrem i dalsze jego losy co do tego na jakiej aukcji zostanie wystawiony przekażę Wam przy następnej okazji. Pozdrawiam Piotr PS. Pozostali członkowie podróży również przetrwali i nadal darzą mnie pozytywnymi uczuciami. Nasza podróż w magnesach z różnych miejsc, które odwiedziliśmy. Wskazania licznika w momencie zdawania samochodu. Na pokładzie, w drodze powrotnej.
  4. Krótka historia wielkiej firmy Elgin. Spinając pewną klamrą naszą podróż, wracając do jej początków, chciałbym przypomnieć, jak obiecywałem, kiedy w Chicago szukałem miejsca po dawnej pierwszej siedzibie firmy Elgin, że jeszcze będzie okazja do odwiedzenia przynajmniej jednego miejsca, w którym produkowano zegarki i to na wielką skalę. I tak w ostatnim etapie naszej podróży, udało się odwiedzić miasto o tej samej nazwie, w którym właściciel spółki, postanowił skoncentrować swoje wszystkie interesy dając początki rozwojowi tego miasteczka. Tym razem nie jechaliśmy wielkimi autostradami do Elgin, tylko wąskimi drogami wiodącymi przez urocze wsie i miasteczka stanowiące dalekie przedmieścia Chicago. Nie był to jednak nasz wybór, tylko nawigacja postanowiła chyba na pożegnanie przeprowadzić nas tymi drogami, abyśmy jeszcze raz spojrzeli na pełne uroku krajobrazy Stanów Zjednoczonych. Nie spiesząc się, dojechaliśmy do od dawana wyczkiwanego przeze mnie muzeum miasta Elign. Odwiedzając jego stronę, nie obiecywałem sobie zbyt wiele, mając na uwadze to, że w poprzednio odwiedzanych muzeach, nie było zbyt wiele okazji do podziwiania zegarków. Samo muzeum, choć niewielkie, zrobiło na nas pozytywne wrażenie. W kilku pomieszczeniach przygotowano stałą wystawę poświęconą różnym etapom jego rozwoju. Ostatnim z pomieszczeń, które zostawiłem sobie do odwiedzenia, był pokój poświęcony jednej z największych fabryk zegarków w USA. Pomimo, że czas, który upłynął od zakończenia jej działalności możemy mierzyć już w dziesiątkach lat a ślady jej istnienia pozostały już tylko w formie kilku budynków, to sama wystawa, choć skromna zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Całość została ułożona w porządku chronologicznym, także oglądając kolejne gabloty, wędruje się po kolejnych etapach jej działalności, poczynając od momentu jej powstania, rozwoju, poprzez czasy świetności i kończąc na ostatnich dniach jej funkcjonowania. Dla mnie pewnym rodzajem crème de la crème była wystawa poświęcona temu jak ewoluowały zegarki kolejowe na przełomie XIX i XX wieku, począwszy od zwykłych zegarków kieszonkowych krytych, z rzymskimi cyframi na tarczy, często nie wyposażone w jakieś specjalnie precyzyjne mechanizmy, do czasu, gdy po katastrofie kolejowej, wprowadzone zostały standardy techniczne dla producentów, którzy chcieli wytwarzać zegarki z ich przeznaczeniem dla kolei. Jak się okazuje i firma Elgin miała w tym niemały udział, produkując zestandaryzowane zegarki kolejowe. Dodatkową ciekawostką wystawy była część poświęcona urządzeniom do pomiaru czasu wykorzystywanym podczas Drugiej Wojny Światowej właściwie we wszystkich rodzajach sił. Wystawa uzupełniona została o kilka urządzeń, które zachowały się po starej fabryce zegarków. Jej finalnym, niestety smutnym eksponatem jest tarcza starego zegara wieżowego, z budynku fabryki, który odmierzał czas jej pracownikom, będąca jednocześnie pewnego rodzaju memento o tym, że wszystko ma swój początek i koniec. Tak też jest w przypadku naszej podróży. Pisząc ten tekst siedzę w hali lotniska czekając na odlot naszego samolotu, który zaniesie nas do domu. I jak w tym małym muzeum w miasteczku Elgin, po naszej przygodzie pozostaną zapiski z podróży, które dzięki uprzejmości Klubu mogłem Wam udostępnić, zostawiając ślad o takim małym teście zegarków, które przemierzyły kilkanaście Stanów razem z nami dając jeszcze raz sposobność staruszkowi na odbycie sentymentalnej podróży, a młodemu uczestniczyć w tym wydarzeniu. Tuż przed odlotem zrobiłem, może nie ostatni w całym tym przedsięwzięciu, ale końcowy w USA pomiar czasu. Staruszek wyprzedza naręcznego o 35 sekund, czyli w dobie dodał jedyne 3 sekundy, a Ohio do wzorcowego zachował rytm i dodał kolejne 8 sekund, wskazując teraz +116 sekund. Ostatniego pomiaru, tak jak pisałem dokonam we Wrocławiu, podając jednocześnie krótką statystykę testu. Wizyta w muzeum. W holu przywitał nas zegar stojący. Kilka zegarków z wystawy. Kolekcja kolejowa. Zegarki II Wojny Światowej. Krótka sesja. Maszyny i niektóre i kilka narzędzi. Budynek muzeum. Gwizdek sygnalizacyjny początku i końca pracy oraz tarcza zegara z wieży fabryki.
  5. Na dzień przed powrotem Na ostatni punkt naszej podróży wybraliśmy położoną między dwoma jeziorami stolicę stanu Wisconsin. Madison uznawane za najprzyjaźniejsze miasto dla rowerzystów, najbardziej liberalne miasto w stanie, który i tak uznawany jest za jeden z bardziej liberalnych Stanów w USA, nas urzekło swoją architekturą, pięknym położeniem oraz piątkową atmosferą, gdzie w kawiarniach, ogródkach restauracji i na skwerach zgromadzeni mieszkańcy i turyści relaksują się po trudach mijającego tygodnia, z których część zakończy zapewne tę noc jak w słynnym obrazie Edwarda Hoppera: „Nighthawks”. Spacerując brzegami jezior, podziwiając piękne wnętrza stanowego Kapitolu, mogliśmy powrócić myślami do chwil spędzonych, tak naprawdę w drodze. Za nami już blisko miesiąc podróży i wiele wspaniałych dni przeżytych razem podczas których, nie raz zmęczeni, czasami niewyspani, mogliśmy dzielić się wrażeniami, tym co widzieliśmy w sposób w jaki nasze zmysły odbierały otaczający świat Ameryki Północnej. Świat tak pełen kontrastów, że momentami może budzić zdziwienie, że to jedno państwo. Jednak chyba właśnie ta różnorodność, entuzjazm, nastawienie do życia i radzenia sobie z jego trudnościami, powoduje, że Stany Zjednoczone tak przyciągają do siebie ludzi z różnych stron Świata. Chwilami można je nie lubić, a innym razem zakochać bez opamiętania. I choć mogliśmy poznać tylko ich część, to pozostaną w naszych wspomnieniach, z których z czasem, to co nas bolało będzie się zacierać, ustępując miejsca chwilą, które jak imigrantom sprzed lat dawały motywację do realizacji swojego amerykańskiego snu, nam będą dodawały energii do realizacji naszych kolejnych planów. Do przejechania zostało nam już niespełna 120 mil. Jednak i podczas tej krótkiej już podroży do Chicago, będziemy jeszcze mieli okazję, przynajmniej taką mam nadzieję, zatrzymać się na chwilę, aby zakończyć kolejowo-zegarkową podróż po Stanach Zjednoczonych Ameryki odpowiednim dla niej akcentem. Dla mnie był to wspaniały czas, który mogłem dzielić z Wami, ciesząc się Waszym zainteresowaniem, miłymi słowami, spostrzeżeniami. Nie żegnając, ponieważ to jeszcze nie koniec podróży, a na pewno nie koniec projektu, który teraz będzie wymagał oszlifowania przed wielkim finałem, dziękuję za wspólnie spędzony czas. Myślę, że dzisiejsza pogoda, światło i otoczenie miasta Madison stworzyły dla nas wspaniałe tło na pożegnanie się ze Stanami Zjednoczonymi i po ciepłym uścisku, pozostawiły nas już samych w tym ostatnim kroku do wykonania z peronu dworca podczas wsiadania do pociągu, który za moment ma ruszyć w daleką podróż powrotną. Do finału testu zostały dwa dni. Ostatni pomiar zrobię po powrocie do domu we Wrocławiu. Dzisiaj kieszonkowy ponownie postanowił przyspieszyć i teraz wyprzedza naręcznego o 23 sekundy, czyli w dobie zrobił + 16 sekund. Naręczny zachował dotychczasowy kierunek i nadal przyspiesza. Dzisiaj zrobił dodatkowe +8 sekund, co daje łącznie +108 sekund. Jeziora Madison. Kapitol i jego przepiękne korytarze. Kapitol położony jest jak róża wiatrów ma cztery skrzydła zorientowane na cztery strony Świata. Taka ciekawostka - licznik rowerzystów. Koniec dnia w Madison.
  6. Na zakupy W każdej podróży przychodzi taki moment, w którym orientujemy się, że jeszcze nie mamy kupionych pamiątek dla wszystkich członków rodziny. W pierwszym etapie podróży właściwie w ogóle się o tym nie myśli. Później przychodzi refleksja oparta na doświadczeniu, tylko aby nie było tak jak rok temu, że pamiątki kupowaliśmy na lotnisku i w pewnym momencie podróży, zaczynamy kupować różne drobiazgi, a to dla mamy jakaś apaszka, a to dla taty jakaś koszulka, dla brata książka, itp. Jednak zawsze jest tak, że nie zawsze uda się znaleźć coś pasującego do osoby, którą chcemy obdarować czymś wyjątkowym i ostatecznie zostają sklepy w strefie wolnocłowej na lotnisku. My w tym roku daliśmy sobie szanse na uniknięcie lotniskowych zakupów i już w planowaniu podróży założyliśmy, że musi być jeden dzień, który przeznaczymy na zakupy. Takim dniem jest właśnie 28 lipca, a miejscem Minneapolis. Dlaczego właśnie wybraliśmy to miejsce i ten czas? Po pierwsze w Minneapolis jest największe w Stanach Zjednoczonych centrum handlowe Mall of America, po drugie, jeśli nie znajdziemy tutaj prezentów dla wszystkich tych, których chcemy obdarować, to mamy jeszcze jeden dzień w zapasie na poszukiwania i wreszcie po trzecie, jest jeszcze czas na ocenę, czy wszystko zmieścimy w zabranych walizkach. Nasza wyprawa do centrum handlowego zaczęła się około 16:00 po zameldowaniu się w hotelu. Niestety nie była to najlepsza godzina, ponieważ był to moment, kiedy większość Amerykanów kończy pracę i nabiera ochoty na zakupy. Wiązało się to z odstaniem dłuższego czasu w korkach. Tak na marginesie, przez cały czas podróży udało nam się zapomnieć co to są korki, ale Minneapolis przypomniało nam co to jest. Może i dobrze, ponieważ w ten sposób nie doznamy szoku, jak wrócimy do Wrocławia, a uwierzcie mi, że Wrocław to jedno z najbardziej zakorkowanych miast w Polsce, a ulica, którą jadę do pracy, chyba w całej Europie. Po dojechaniu na miejsce, pierwsze zwątpienie – jak my znajdziemy nasz samochód po zakupach. Centrum jest tak duże, że obsługiwane jest przez kilka piętrowych parkingów, do których prowadzą kręte estakady. Trzeba było posłużyć się umiejętnościami z biegu na orientację i punkt postoju oznaczony, teraz tylko zapamiętać punkty orientacyjne. No to zaczynamy. Wielkość centrum jest naprawdę imponująca. Poza sklepami, restauracjami i punktami usługowymi, które są tak jak w naszych centrach handlowych, tylko z tą różnicą, że wielokrotnie większe, to dodatkowo w samym centralnym punkcie kompleksu handlowego, mieści się ogromne wesołe miasteczko z roller coasterem w roli głównej. Całe szczęście, że nas syn już jest prawie dorosły. Strach pomyśleć, ile czasu musielibyśmy tu spędzić, gdyby był młodszy. Poszukiwanie odpowiednich drobiazgów, trochę nam zajęło czasu, w trakcie, którego przeszliśmy ponad sześć kilometrów i spędziliśmy około czterech godzin. Ja dodatkowo rozglądałem się za sklepami z zegarkami. Udało mi się znaleźć dwa: jeden marki Fossil, a drugi z szeroko pojętymi zegarkami szwajcarskimi, ale nie tak szeroko, aby znaleźć tam zegarki Ball. Pozytywną stroną tak długiego czasu spędzonego na zakupach było to, że w drodze powrotnej już nie było korka i w hotelu byliśmy po dziesięciu minutach od wyjazdu. Zapamiętanie punktów orientacyjnych przydało się i samochód znaleźliśmy za pierwszym razem. Jak przewidywaliśmy, nie udało się kupić wszystkich prezentów, także jutro czeka nas dokupienie ostatnich pamiątek. Co do pamiątek dla siebie, to już od dłuższego czasu nie kupujemy jakichś nadzwyczajnych pamiątek. Poprzestajemy na magnesach z miejsc, które odwiedziliśmy. Pozwala to na zaoszczędzenie czasu podczas sprzątania, zmniejsza ilość pudeł podczas przeprowadzki a ponadto nie ma potrzeby dobudowywania kolejnych powierzchni magazynowych. Niezależnie od tego moja kolekcja zegarków, zegarów i budzików zajmuje już wystarczająco dużo miejsca. Dodatkowym walorem magnesów, jest to, że podczas picia kawy mamy okazję patrzeć na nie i wspominać miejsca, które odwiedzaliśmy. Dzięki skoncentrowaniu się na zakupach, zegarki miały dzisiaj wolne i nie były zmuszane do nadzwyczajnych zadań, ale cały czas nam w nich towarzyszyły. Nie miało to zbyt dużego wpływu na ich wskazania. Dzisiejszy dzień jest drugim dniem, kiedy to kieszonkowy zmienił zdanie i ponownie zwolnił. Teraz oba zegarki dzieli 9 sekund, co oznacza, że kieszonkowy zwolnił w dobie o -22 sekundy. Naręczny do wzorcowego zegara zanotował odchylenie +8 sekund, co zwiększyło jego wskazania do +100 sekund. On przynajmniej nie zmienia zdania i od początku podróży jest na plus. Proszę o wybaczenie, ale dzisiaj nie było czemu i komu robić zdjęć, ale obiecuję, że jeszcze w ostatnich dniach będzie okazja na zrobienie kilku, a może kilkunastu fotografii.
  7. Myślę, że te wspomnienia i opowieści możemy ciągnąć, aż do spotkania w Nowym Sączu. Fajnie będzie porozmawiać przy kuflu piwa lub innego napoju, jak kto woli i porozmawiać o tamtych i obecnych czasach. Tak na marginesie, budynek hali ZNTK w Gdańsku już jest objęty nadzorem konserwatora zabytków. Co do nazwy ZNTK, to nie można jej uznać za znak chroniony ponieważ jest skrótem pełnej nazwy, która nie jest wyjątkowa i nie ma indywidualnego charakteru. Nazwa ZNTKiM powstała z tego względu, że zakład miał się również zajmować naprawą tramwajów. Pozdrawiam Piotr
  8. Tak, zegarki były ustawione według strefy czasowej w Polsce i już ich więcej nie regulowałem. Taki jest cel tego testu aby sprawdzić, jak poradzą sobie oba zegarki i jak ich punktualność będzie wyglądała w stosunku do warunków spółki Ball, które musiały spełniać zegarki kolejowe. Także kieszonkowego tylko nakręcam, każdego dnia rano a naręczny. nakręca się sam podczas dnia, ponieważ ma automatyczny system naciągu. Nie zdażyło mi się go "dokręcać". Pozdrawiam Piotr
  9. Dzień dobry, to chyba jest taka sytuacja, że: "Ty masz racje i ja mam racje, czyli oboje mamy rację". 😉 ZNTKiM Gdańsk to część ZNTK Gdańsk. Pełna nazwa ZNTKiM, to Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego i Miejskiego w Gdańsku. Zakład ten powstał po upadłości ZNTK Gdańsk. Zajmuje właśnie hale, o których wspominasz z przesuwnicą i dużym stanowiskiem do naprawy zestawów kołowych wyposażonym w prasę pamiętającą jeszcze początek XX wieku, która zgodnie z informacjami od pracowników zakładu, nadal działa. Dzisiejszy zakład to tylko część ZNTK Gdańsk. Pozostałe tereny zajmowane są przez inne firmy, które odkupiły jej od syndyka, w tym biurowiec, w którym była dyrekcja ZNTK Gdańsk. O ile się nie mylę to obecny prezes ZNTKiM Gdańsk był pracownikiem ZNTK Gdańsk i chyba jeszcze kilka osób zostało ze starego zespołu pracowników. Tak jak piszesz, większość ZNTK upadło lub zostało przejęte/odkupione i nadal prowadzi działalność w zmienionej formie. Z tych bliższych mojemu miejscu zamieszkania, to kilka lat temu upadł ZNTK Oleśnica, w którym polonizowaliśmy lokomotywy 181 dla Lotos Kolej a wczoraj przeczytałem, że upadł również Olokol, który był większościowym udziałowcem ZNTK Oleśnicą. Także w smutny sposób, kończy się historia wielkiego zakładu w Oleśnicy. Mam nadzieję, że ZNTKiM Gdańsk nie podzieli tego losu. Pozdrawiam i życzę miłego popołudnia. Piotr
  10. I zegara miejskiego też nie zabrakło. Hotel - bank. Bryła budynku nie uległa zmianie, a w środku stary skarbiec z pięknym zegarem Art Deco. I krótka sesja z zegarkami.
  11. Autostradą przez pola. Dzień zapowiadał się nie najciekawiej. Przed nami był najdłuższy etap podróży, który dodatkowo wiódł przez całą Południową Dakotę, co oznaczało, że jedynym widokiem jaki będziemy mieli przez blisko sześćset kilometrów będą pola kukurydzy, pszenicy i od czasu do czasu ziemniaków. Nie było jednak wyjścia, trzeba przejechać jak najszybciej tę rolniczą krainę i dotrzeć do naszego miejsca noclegu. Czas podróży, może nie został wydłużony, ale godzina przyjazdu tak, co było związane z przekroczeniem kolejnej granicy zmiany czasu. Teraz od Polski dzieli nas siedem godzin i tak pozostanie do chwili opuszczenia USA w Chicago. Dzięki międzystanowej autostradzie I90, podróż, ku naszemu zaskoczeniu jakoś specjalnie nam się nie dłużyła. Wręcz przeciwnie poszło sprawnie i już o siedemnastej byliśmy w hotelu. Zanim jednak dotarliśmy do Sioux Falls, mieliśmy jeszcze okazję przejeżdżając nad rzeką Missouri, popatrzeć na szeroko płynące jej wody, w których teraz już spokojnie płyną wody rzeki Yellowstone. Ten mało ciekawie zapowiadający się dzień, skończył się całkiem sympatycznie. Siuox Falls to miasto, które swój dynamiczny rozwój pod koniec XIX wieku zawdzięcza połączeniu kolejowemu z Chicago. W przeciągu dwudziestu lat od momentu uruchomienia kolei, ilość mieszkańców wzrosła z niespełna trzystu osób do dziesięciu tysięcy mieszkańców. Miasto swój sukces, zawdzięcza również rzece, która przepływa przez nie aby ostatecznie również zasilić rzekę Missouri oraz specyficznemu czerwonemu kwarcytowi, który występuje na terenie całego miasta oraz w jego okolicach. Rzeka dała możliwość wybudowania elektrowni wodnej, a kwarcyt dał budulec do budowy budynków nie tylko w Sioux Falls ale również innych miastach USA. Dla nas Sioux Falls było również okazją do jeszcze ostatniego spojrzenia na przyrodę Stanów Zjednoczonych. Co prawda już nie tak okazałą, bujną i dziką, jak poprzednio, ale pozwalającą na moment zatrzymać się i popatrzeć na przepływającą kaskadami wodę rzeki Big Sioux. Pięknie ozdobionymi kwiatami ulicami miasta, wracając do hotelu mogliśmy podziwiać ustawione ku uciesze przechodniów rzeźby stanowiące swoistą sztukę uliczną. Przedłużając trochę spacer przeszliśmy jeszcze wzdłuż głównej ulicy do jej centralnego punktu, gdzie podziwialiśmy typową dla starych amerykańskich miast zabudowę. Klimatu tej chwili, dodawały stojące i przejeżdżające powoli oldsmobile, których kierowcy i pasażerowie poszukiwali odpowiedniego miejsca na spędzenie wieczoru z lampką wina lub dobrej whisky, ciesząc się ciepłym wieczorem z lekka schładzanym powiewami delikatnego wiatru. Pora wracać do hotelu. Hotel również miał swoją niespodziankę dla nas. Budynek, w którym się mieści powstał w 1918 roku i był najwyższym budynkiem w Południowej Dakocie. Przez kilkadziesiąt lat mieścił się w nim bank, którego istotnym elementem był skarbiec. Niestety, jak to w życiu bywa jedni ciężko pracując latami, ryzykując często swoje życie i zdrowie dorabiają się jakiegoś majątku, a drudzy bez większego wysiłku chcą szybko się wzbogacić, rabując to co zaoszczędzili, ci pierwsi. Ochronie majątków tych pierwszych miały właśnie służyć skarbce w bankach zlokalizowanych w miastach położonych na szlakach wiodących, na dziki zachód. W hotelu został zachowany stary skarbiec, dzięki czemu mogliśmy podziwiać jego konstrukcję, zachwycając się czasowym systemem opóźnienia otwarcia skarbca, który był dodatkowym zabezpieczeniem przed rabusiami, w przypadku, gdyby mechaniczne zabezpieczenia okazały się niewystarczające. Dziś wrota sejfu stoją otworem, zapraszając gości do znajdującego się za nimi coctailbaru. Czekając na windę dostrzegliśmy jeszcze jeden rodzynek, których się zachował z dawnych lat, system poczty grawitacyjnej, której szyb wiódł przez wszystkie piętra budynku. Tak docierając na swoje piętro zakończyliśmy dzień, który miał być nudny. Zegarki nie miały zbyt dużo okazji do prezentowania swoich wdzięków, ale kilka chwil udało mi się im poświęcić. Na dzisiejsze wskazania chyba miał wpływ ten nieco nudny dla zegarków dzień, ponieważ kieszonkowy zwolnił swój bieg i zmniejszył różnicę do naręcznego o -12 sekund, co obecnie daje odchylenie +31 sekund. Naręczny też jakby odpoczywał podczas tej podróży, ponieważ teraz ma +92 sekundy różnicy z wzorcowym, co oznacza, że wrócił do dawnego rytmu +3 sekundy na dobę. Droga przez pola Dakoty Południowej. Pierwsza godzina podróży Druga godzina podróży. Rzeka Missouri przywitała nas deszczem. Wodospady Sioux Falls. Droga kolejowa, która przyczyniła się do rozwoju miasta. Sztuka uliczna. Zabudowa miasta.
  12. To udało się nie zdradzić tajemnicy obcych. Co do melodii z filmu, to wydaje mi się, że była ona użyta w filmie o Jamsie Bondzie w odcinku Moonraker, jako hasło dostępowe do tajnego labolatorium w Wenecji. Jak każdy serial i ten miał swój początek i będzie miał zakończenie. Zostało jednak kilka odcinków i jeszcze ponad 1000 mil do przejechania. Dzisiaj mamy najdłuższy odcinek drogi do pokonania 370 mil. Jest mi miło, że pisana przeze mnie relacja zainteresowała kilka, a może kilkanaście osób i również cieszę się na nasze spotkanie. Pozdrawiam i nie żegnam się jeszcze.
  13. Ku pamięci Wielkich. Devils Tower to jeden z naturalnych monumentów Black Hills. Jednak będący świętym miejscem Indian łańcuch górski Black Hills skrywa jeszcze inne monumenty, które jednak są już dziełem ludzkich rąk. Skały, z których zbudowane są góry, stały się idealnym tworzywem dla rzeźbiarzy, którzy wskazali je jako doskonałe miejsce do umieszczenia gigantycznych rzeźb. I tak, na zlecenie, w jednym przypadku władz USA, a w drugim najwyższego wodza plemienia Lakota, rozpoczęła się budowa odpowiednio: monumentu czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych oraz dzielnego wojownika plemienia Lakota: Crazy Horse. W. tym pierwszym przypadku monument został ukończony po dwudziestu latach od rozpoczęcia budowy. Dla Szalonego Konia, historia już nie była taka łaskawa, ponieważ budowany z datków pomnik, pomimo rozpoczęcia jego budowy w 1948 roku do dnia dzisiejszego nie został ukończony. A co do widoków na szybki finał tej inwestycji, to raczej ich nie widać i jeśli nic się nie zmieni, to za mojego pokolenia nie zobaczymy efektu końcowego. Odwiedzając punkt widokowy, a raczej wielki kompleks muzealny, dosyć znacznie oddalony od monumentu Indianina, odnieśliśmy wrażenie, że chyba funkcjonuje tu zasada: „chodzi o to, aby budować, ale nie zbudować”. Sam wjazd na teren kompleksu jest dosyć drogi, nie mówiąc już o cenach pamiątek, jedzenia i innych atrakcji. Odległość od monumentu jest tak znaczna, że trudno mówić o zachwycaniu się jego wielkością i podziwianiu kunsztu rzeźbiarza. Ledwo widoczną twarz wielkiego wojownika można oglądać z jej profilu, co dodatkowo ogranicza atrakcyjność tego miejsca. Natomiast, po odwiedzeniu już wielu muzeów, zbiory zgromadzone w kompleksie, nie robiły na nas wrażenia. Niestety pomimo nadziei na zobaczenie wspaniałej rzeźby wykonywanej przez rzeźbiarza polskiego pochodzenia, a po jego śmierci w 1982, przez jego rodzinę, spotkało nas rozczarowanie tym co zobaczyliśmy, potęgowane wrażeniem, że zostaliśmy naciągnięci. Czy projekt ten nie ma szczęścia i wisi nad nim klątwa wielkiego wojownika, który nie życzy sobie umieszczania jego wizerunku, niszczącego dodatkowo góry, które są świętym miejscem dla Indian z jego plemienia, czy też jest efektem źle zawartej umowy na jego wykonanie przez wodza plemienia a bardzo dobrej dla rodziny Ziółkowskich? Tego z tej krótkiej wizyty raczej się nie dowiemy. Nie oglądając się więcej na Szalonego Konia, pojechaliśmy do Mount Rushmore, będącej jednym z miejsc, które każdy Amerykanin za swojego życia powinien zobaczyć. W tym przypadku nie było rozczarowania. Wykute w skale majestatyczne wizerunki czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych: Washingtona, Jeffersona, Roosevelta i Lincolna, witają podróżnych już od samego wjazdu na teren Parku. Tak jak w przypadku Devils Tower, tak i tu krótki spacer pozwala na podziwianie tej płaskorzeźby z każdej strony mając tym samym szansę na odkrywanie wizerunków prezydentów z różnej perspektywy i przy zmieniającym się świetle. Ta w pewnym sensie laicka katedra upamiętniająca jednych z największych prezydentów Stanów Zjednoczonych inspiruje zwiedzających do bliższego poznania historii życia tym mężów stanu, jak i wpływu jaki wywarli na losy Ameryki. Jeszcze bardziej patriotycznego charakteru to miejsce nabiera wieczorem podczas ceremonii światła, kiedy to prowadzący ceremonię przybliża zebranym historię życia czterech prezydentów, których wizerunki uwiecznione zostały w górze, następnie następuje iluminacja, wspólne odśpiewanie hymnu USA a całe spotkanie kończy zdjęcie flagi Stanów Zjednoczonych z masztu i jej złożenie w charakterystyczny trójkąt przez widzów, którzy są weteranami wojennymi. Podczas ceremonii czuć było jak doniosła jest dla nich ta chwila i jak dumni są z tego, że są Amerykanami. Nam przypadła rola widzów, którzy z szacunkiem obserwowali to wydarzenie. Jeszcze jedną kwestię jestem winien wytłumaczyć. Kilka dni temu w jednej z relacji napisałem, że opuszczamy już dziki zachód. Z tym stwierdzeniem nie zgodził się mój syn wskazując, że jeszcze do rzeki Missisipi będziemy na dzikim zachodzie, albowiem to miasto St. Louis było bramą dzikiego zachodu, co zostało upamiętnione wzniesieniem łuku nazwanym „Gateway Arch”. Pozostaje mi się z nim zgodzić i dopiero jutro, jadąc do Sioux Falls moje stwierdzenie o opuszczaniu dzikiego zachodu stanie się prawdziwe. Do końca testu pozostało już tylko kilka dni. Po dzisiejszym dniu zegarki mają następujące wskazania. Kieszonkowy ma już odchylenie: +43 sekundy, co oznacza, że w dobie kieszonkowy przyspieszył o 39 sekund. Naręczny do wzorca ma +89 sekund, co oznacza, że i on zrobił dzisiaj spore odchylenie o 18 sekund. Czyżby zegarki odczuły patriotyczny charakter ceremonii światła? Dowód na to, że jesteśmy jeszcze na dzikim zachodzie – miasteczko Deadwood. Szalony Koń, przynajmniej to co udało nam się z tej odległości zobaczyć. Wielka Czwórka. A tak miała wyglądać rzeźba ale zmieniono plany. Najbliżej, jak można było podejść. Widok na Washyngtona z groty na szlaku. W drodze na ceremonię światła. I podświetlenie prezydentów oraz zdjęcie flagi przez weteranów. I po ceremoni.
  14. „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” Jak wcześniej wspominałem, w naszej podróży nie zabraknie jeszcze patrzenia w gwiazdy i oczekiwania na przylot kosmitów przy melodii złożonej z pięciu dźwięków. Najlepszym do tego miejscem jest oczywiście Devils Tower. Doskonałe kino Stevena Spielberga z 1977 roku, trzymające widzów do ostatniej sceny w napięciu, wpłynęło na nas w takim stopniu, jak wizyta obcej cywilizacji skłoniła głównych bohaterów do odwiedzenia tej góry. Oglądaliśmy film wielokrotnie i jako do klasyki science fiction, często do niego powracamy. Także jadąc od strony miasta Gillette, które w filmie było ewakuowane z powodu rzekomego zatrucia powietrza toksycznym gazem, czuliśmy się jakbyśmy to my, a nie Roy Neary i Gillian Guiler jechali właśnie w kierunku przyciągającej nas Devils Tower, Na 20 mil przed celem zaczęliśmy niecierpliwie wypatrywać charakterystycznych kształtów. Nasze emocje wzmacniał zupełny brak samochodów jadących w tym samym kierunku co my. Wreszcie nasza cierpliwość została nagrodzona. Wyjeżdżając zza jednego ze wzgórz, ujrzeliśmy cel naszej podróży. Przed nami było jeszcze około 10 mil, podczas których wpatrywaliśmy się w to dzieło natury. Nic dziwnego, że Devils Tower zachwyciła Theodore’a Roosvelta do tego stopnia, że postanowił uczynić ją w 1906 roku, pierwszym amerykańskim pomnikiem narodowym. Poza powiązaniem tego monumentu z filmem, to ma ona również wielkie znaczenie dla Indian. Jest dla nich świętym miejscem, w którym co roku spotykają się, aby prosić o łaski dla swoich bliskich na dany rok. Ślady tych podniosłych dla nich chwil można znaleźć na drzewach porastających podstawę góry, na których Indianie wieszają wstążki materiału, czyniąc to miejsce jeszcze bardziej magicznym. Trzykilometrowy szlak wokół góry stwarzał dla nas okazję do zrobienia zdjęć Devils Tower z każdej jej strony. Dla mnie dodatkową atrakcją było obserwowanie wspinaczy, którzy podjęli walkę z tym niełatwym przeciwnikiem. Późnym popołudniem opuściliśmy górę, aby jeszcze raz wrócić do niej po zachodzie słońca, mając nadzieję na dostrzeżenie ponad jej wierzchołkiem siedmiu córek indiańskich, zamienionych w gwiazdy – Plejady, po tym jak góra uratowała je przed krwiożerczym niedźwiedziem, sama narażając się na blizny po ostrych jego pazurach, które do dziś są widoczne w postaci rys na jej zboczach. Ta jedna z indiańskich legend o tej górze zdecydowanie lepiej pasuje do niej niż geologiczny opis jej powstania serwowany przez naukowców. No i mieliśmy jeszcze jeden cel – bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Plejad niestety przez zachmurzone niebo nie udało nam się wypatrzeć, a co do spotkania, to pogoda była właściwa, nawet burza była, ale spotkania z obcymi nie było żadnego stopnia, no może zerowy – kupiliśmy koszulkę z wizerunkiem kosmity i Devils Tower w tle. Jednak aura roztaczana przez wieżę, jeszcze długo będzie w naszej pamięci. Wspaniałe miejsce, które swoim cieniem, dało nam trochę wytchnienia od upałów. Zabieramy ze sobą wspomnienia ze spotkania z Devils Tower i ruszamy w głąb Black Hills w poszukiwaniu dalszych atrakcji tego pasma górskiego. Magnetyzm góry miał i na zegarki pewien wpływ. Kieszonkowy, w trakcie sesji z górą, niemal nie spadł mi ze skały. W ostatniej chwili udało mi się go złapać i uratować przed niewątpliwym zniszczeniem. Ta przygoda nie miała jednak na niego wpływu i po dobie ma +4 sekundy odchylenia od naręcznego, co wskazuje, że dodał +1 sekundę. Ohio natomiast dalej kontynuuje swój przyspieszony bieg i wyprzedza zegar wzorcowy o +71 sekund, co w dobie dało +6 sekund. Devlis Tower z każdej jej strony. Zainteresowani mogą poszukiwać miejsca, w którym lądowali kosmici w filmie Spielberga. Sesja zdjęciowa, tym zdjęciem prawie nie doprowadziłem do katastrofy. Kieszonka zaczęła spadać. Wspinacze na stoku góry. Bliskie spotkanie zerowego stopnia. jeszcze widok ogólny. Nocne poszukiwanie kosmitów.
  15. Dzień dobry, uzupełniając informację przekazaną przez Eugeniusza, to podczas tych warsztatów, poza relacją z podróży po USA z zegarkami Ball, zaprezentuję jeszcze moją kolekcję zegarków kolejowych lub nawiązujących do kolei i postaram się opowiedzieć trochę o historii kolei w Polsce oraz. aktualnej sytuacji. W planie jest też wycieczka do zakładu Newag S.A. Mam nadzieję, że sytuacja z epidemią COVID tych planów nam nie pokrzyżuje. Co do ZNTK Gdańsk, to nie wiem czy koledze Romanowi, nie chodzi o ZNTKiM Gdańsk. Jeśli tak, to ten zakład nadal funkcjonuje w formie spółki pracowniczej i ze zmiennym szczęściem jakoś sobie radzi w nowej rzeczywistości. Moja firma naprawia tam czeskie Skody - serii 181 i 182 (sześcioosiowe lokomotywy elektryczne), tzw. ogórki, elektryczne lokomotywy dwuczłonowe ET-41, również produkcji czeskiej oraz bardzo popularne lokomotywy polskiej produkcji EU07 (czteroosiowe. lokomotywy elektryczne), produkowane w PAFAWAG-u we Wrocławiu. Dzisiaj ten zakład już nieistnieje a kontynuatorem jego działalności kolejowej we Wrocławiu jest obecnie Alstom, który przejął spółkę Bombardier.
  16. Chata bandy The "Wild Bunch" I list gończy za nimi. Sesja kieszonkowego w miasteczku. Jakość lepiej pasował do tego otoczenia. Tylko jedno tło pasowało mi do naręcznego. Zegarki Billa i sam Bill. Makieta cyrku Buffalo Billa i jego. nami cyrkowy.
  17. Pożegnanie z Dzikim Zachodem. Zaczynamy podróż na wschód, powoli zbliżając się do końca naszej podróży. Przed nami jeszcze około 1300 mil, a za nami blisko 4400 mil. Z chwilą opuszczenia Yellowstone, zostawiliśmy za sobą ostatni z odwiedzanych Parków Narodowych, a obierając kierunek na wschód, opuszczamy również dziki zachód. Zanim jednak wyjechaliśmy z niego na dobre, jeszcze przez kilka godzin cieszyliśmy się jego atmosferą i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Początek dnia, po trudach podróży przez Yellowstone, rozpoczął się nam iście westernowo – w samo południe. Zbliżając się do starego miasteczka z dzikiego zachodu, z dala widzieliśmy już charakterystyczną zabudowę oraz bielejące kości jeleni, czasek bizonów i niedźwiedzi kontrastującą z ciemnym brązem drewnianych chat. W jednym miejscu miasteczka Cody zebrano z całego zachodu oryginalne budynki z XIX i początku XX wieku, dając możliwość zwiedzającym odczuć atmosferę tamtych czasów i choć na chwilę wchodząc do małych pomieszczeń domów, zrozumieć, z czym mierzyli się pionierzy, starający się żyć na tych terenach. Poznając historię właścicieli zgromadzonych tam budynków, nie sposób było nie pomyśleć o ich losach i tego co ich pchnęło do poszukiwania „lepszego” życia na zachodzie. Trochę w irracjonalny sposób, wchodząc do chaty bandy The „Wild Bunch” tworzonej między innymi przez Sundance Kid-a i Butcha Cassidy, czuło się dreszczyk emocji, myśląc o tym, że ci zwyczajni bandyci spędzali w niej czas, planując kolejne napady, a my teraz mamy okazję zobaczyć, jak żyli, kiedy jeszcze mogli żyć. To ciekawe, jak bardzo podziwiamy historię życia takich ludzi, którzy przez filmy zostali wykreowani jako bohaterowie, gdy normalnie nie powinni budzić naszego zainteresowania, ponieważ byli zwykłymi mordercami, rabusiami i ich postawa nie miała nic wspólnego z Robin Hoodem. W rzeczywistości, prawdziwymi bohaterami byli ludzie, którzy starali się w tych nieludzkich warunkach stworzyć nowy, lepszy świat. Tacy jak nauczyciel Alfred Nower, który umarł na skutek odniesionych ran i gangreny, Curly – Indianin, który w nowej rzeczywistości zdominowanej przez napływową ludność, starał się znaleźć swoje miejsce, czy też John „Jeremiah Liver-Eating” Johnston, który po zabójstwie żony, dokonanej przez Indian poprzysiągł im zemstę, ścigając każdego czerwonoskórego, dokonując na nich ostatecznego rozliczenia za śmierć swojej ukochanej. Przyczyny nadania mu takiego przydomku, nietrudno się domyśleć. Przed opuszczeniem Cody, nie mogliśmy ominąć muzeum dedykowanego jednemu z największych promotorów dzikiego zachodu – Buffalo Billowi, którego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało: William Frederick Cody. Tak, to nie pomyłka, miasto, w którym spędziliśmy noc, głównie dzięki jego wysiłkom powstało i to ku uczczeniu jego osoby nosi dzisiaj nazwę od jego nazwiska. Poza tym, że Buffalo był doskonałym biznesmenem, skautem, żołnierzem, był również zapewne pierwszym specjalistą od marketingu. Nikt bowiem lepiej, nie pokazywał jak wyglądało zdobywanie dzikiego zachodu niż on. Promując historię dzikiego zachodu przebył całe wschodnie i środkowe Stany USA. Wybrał się ze swoim cyrkiem, liczącym ponad siedmiuset aktorów, dziesiątki, jak nie setki zwierząt i niezliczone ilości rekwizytów, za ocean, dając przedstawienia między innymi przed Królową Victorią, Królem Edwardem VII czy też Królem Włoch Victorem Emmanuelem III. Dał się również poznać polskiej publiczności, która w tamtym czasie jeszcze zniewolona, na terenach dzisiejszej Małopolski, Śląska, czy też dzisiejszej Zachodniej Ukrainy, mogła zobaczyć poruszające widowisko. Być może część z naszych rodaków właśnie pod wpływem jego przedstawień, zdecydowała się ruszyć w daleką podróż do Nowego Świata. W historii Buffalo Billa, ukazanej w muzeum, nie zabrakło też historii o zegarkach. W kilku gablotach, trochę w mniej interesujący mnie sposób, ale ciekawy dla innych, zaprezentowano zegarki, które stanowiły własność samego Billa, czy też członków jego rodziny, jak i zegarki, które były prezentem dla niego od członków rodzin królewskich. W przypadku tych pierwszych, można chyba stwierdzić, że lubił firmę Elgin, ponieważ tylko zegarki tej firmy były prezentowane na wystawie. Przechodząc ponad 4 kilometry po muzeach, gdy trudy podróży dawały już nam się we znaki zmęczeniem fizycznym, na chwilę przed wyjazdem, mogliśmy wrócić jeszcze do dawnych czasów. Tak zostawiamy za sobą zachód, ale to jeszcze nie koniec interesujących miejsc. Przed nami jeszcze 7 dni podróży przez nie mniej interesujące miejsca. Zegarki dalej odmierzają nam czas pozwalając dzięki wskazywanej godzinie przynajmniej częściowo mieć nawiązanie do Polski. Niezmiennie bowiem od początku podróży mierzą godziny według czasu w Polsce. Ich wskazania prawie są identyczne. Kieszonkowy spiesząc się, wyprzedził już naręcznego i teraz to on ma +3 sekundy, co wskazuje, że w dobie zrobił +28 sekund. Chyba trudny podróży dają mu się również we znaki, jak i nam. Naręczny zrobił +8 sekund, co jak na niego, to też spore odchylenie. Teraz ma +65 sekund do zegara wzorcowego. Miasteczko z dzikiego zachodu. Szkoła, w której nauczyciel Alfred Nower spędził ostatnie dni swojego. życia. Chata Indianina Curliego.
  18. Zgadza się Eugeniuszu. To w końcu czynny wulkan o czym świadczą zachodzące w Yellowstone zmiany. Co jakiś czas następuje podwyższenie terenu w jednej części parku a obniżenie w drugiej. Nie są to znaczące zmiany, około kilkunastu centymetrów. Jednak świadczą o przemieszczaniu się magmy w komorze magmowej. Nie można jednak przewidzieć jak będzie wyglądała taka erupcja i kiedy nastąpi. Jedni uspakajają wskazując, że może to być powolny wypływ magmy w kilku miejscach doliny będącej kalderą, a inni wieszczą katastrofę o tej skali, która w hipotezach miała prawie zniszczyć gatunek ludzki, kiedy to około 74 tyś. lat temu wybuchł superwulkan Toba na Sumatrze. W naszej bliskiej okolicy również mamy. superwulkany: Włochy, Grecja, Niemcy. Kilka lat temu trafiłem w telewizji na dosyć słaby film, chyba produkcji niemieckiej, o wybuchu superwulkanu w Niemczech. Był też film o tym w Yellowstone, ale i tej produkcji nie można nazwać, jako ciekawego filmu katastroficznego. Niezależnie od tych informacji, cieszmy się pięknem tych miejsc i miejmy nadzieję, że nic nie wybudzi Yellowstone, ani żadnego innego z tego typu wulkanów, z drzemki.
  19. Na szlaku gejzerów i wodospadów. Wczorajszy zachwyt Parkiem Yellowstone nie minął. W drugim dniu było nie mniej fascynujących miejsc, które oferowały nowe wrażenia, odsłaniając potęgę naszej planety drzemiącą pod powierzchnią. Wyczuwalny w powietrzu zapach siarkowodoru oznajmiał, że zbliżamy się do młodszych braci Old Faithful, którzy w swojej aktywności starają się dorównać starszemu bratu. Są jednak zupełnie inni. Jedni drzemiąc, czekają na odpowiedni moment, aby zarazem zachwycić, jak i przerazić swoją potęgą obserwatorów. Drudzy, jak niecierpliwe dzieci, nieustannie pokazują jaką siłą dysponują, wyrzucając kłęby pary wodnej. Czy jeszcze inni zmęczeni wcześniejszą aktywnością, lekko tylko zaznaczają, że nadal mają wielki potencjał, a rozmiar zniszczenia wokół nich, świadczy o potędze, której jako doświadczeni nie muszą dziś prezentować. Zgoła odmienne wrażenia dawały rzeki płynące przez Park. Zdawać się może, że leniwie, często rozlewając się szeroko na łąkach, płyną przez równiny i doliny, aby ostatecznie dotrzeć do jednego z wielu jezior Yellowstone. Jednak i one miejscami, wycinając głębokie kaniony w żółtej skale, pokazują potęgę zgromadzoną w ich wodach bębniąc o skały spływając z kilkudziesięciometrowych urwisk. Jeszcze innych wrażeń dostarczał widok tarasów uformowanych niczym pola kaskadowe przez wody ciepłych źródeł, ciesząc odwiedzających feerią barw, którą zawdzięczają minerałom zgromadzonym w otaczających je skałach. Dzisiaj dotarliśmy do gór, które jak dobry aktor drugoplanowy stanowią uzupełnienie parku, w jego przedstawieniu. Oglądanie tego spektaklu z balkonu teatralnego dało nam zupełnie inną perspektywę dostarczając nowych wrażeń. Całości dopełniała fauna parku, która wczoraj, jeszcze jakby nieśmiała, nie chciała pokazać swojej natury, albo wskazywała, że to ona decyduje o miejscu i czasie, w którym odsłoni swoje oblicze, a dzisiaj jakby już oswojona z naszą obecnością, przywitała nas życzliwie, jak dobry gospodarz zmęczonego wędrowca. Dzisiaj opuszczamy ten raj na Ziemi. Wiedząc jak wiele jeszcze zostało do zobaczenia, zaczynamy tęsknić, pocieszając się, że może będziemy mogli jeszcze kiedyś odbyć podróż przez ten nierealny w obrazie, z perspektywy wielkiego miasta, świat. Mając nadzieję mówimy, do zobaczenia, nie żegnamy się, marząc już o ponownym spotkaniu. Te dwa dni podróży przez Yellowstone, pomimo, że w przeważającym zakresie, odbywanej samochodem, dodało po jedenaście kilometrów przebiegu na naszych licznikach pieszych wędrówek. Niby niewiele, a jednak fizycznie odczuwalne. Może to za sprawą pewnego rodzaju przekładańca: 20-30 mil samochodem, 2-3 mile pieszo. Zegarki nie miały zbyt wielu okazji do prezentowania się przed obiektywem aparatu, a to za sprawą zbyt dużej ilości odwiedzających park, którzy przez swoją nieuwagę mogliby doprowadzić do katastrofy i uszkodzenia lub nawet utracenia naszych bohaterów. Jednak znalazło się parę chwil, kiedy możliwe było odbycie krótkich sesji. Pobyt w parku nie spowodował jakiś istotnych zmian w pracy zegarków. Kieszonkowy nadal kontynuuje swoje szybsze tempo zmniejszając. dystans do naręcznego do -25 sekund, czyli +18 sekund w dobie. Ohio kolejny dzień w parku robi +5 sekund, jakby zsynchronizował się z nim na te dwa dni. Teraz ma już 57 sekund wyprzedzenia do zegara w telefonie. Obrazy więcej mówią niż słowa. Gejzery – młodsi bracia. Wodospady Yellowstone Kanion Yellowstone. Kaskady ciepłych źródeł. Flora Parku. Krótka sesja. Pożegnanie z Yellowstone - widok z gór i jezioro Yellowstone.
  20. „Into the Wild” Yellowstone. Co przywodzi mi na myśl nazwa tego najstarszego parku na świecie? Piękna dzika przyroda, małość człowieka wobec jej sił, wielka kaldera, przygoda. Kilka miesięcy temu natura pokazała nam swoją siłę, niszcząc część infrastruktury drogowej i odcinając od świata niektóre miejscowości, w tym miejsce naszego planowanego noclegu – Gardiner. Niemal doprowadziła do tego, że koniecznym mogło być dokonanie zmian naszej podróży, wyłączając ten piękny park z listy miejsc, które chcemy zobaczyć. Jednak czas pomógł zabliźnić część ran i Yellowstone otworzył swoje bramy dla turystów, aby mogli tego lata, po dwóch latach ograniczeń ponownie podziwiać jego piękno. Jest to park niepodobny do żadnego innego z wcześniej przez nas odwiedzonych. Rozległe równiny porośnięte trawą poprzecinane rzekami niosącymi ciepłe wody z gejzerów i źródeł. Wielkie lasy wplatające się w łąki tworząc harmonijną z nimi całość pięknie uzupełniane w drugim planie górami. Każdy punkt widokowy na drodze przyciągnął nas, aby jeszcze z innej strony spojrzeć na piękno otaczającego nas świata, marząc, jakże byłoby wspaniale móc założyć plecak i podążyć nieznanymi szlakami wielkiej kaldery. Każde miejsce czarowało i namawiało do pozostania. I chciało się pozostać, choć jeszcze jedną minutę i czerpać jego piękno. Jednak sprawca przemijania ponaglał do dalszej podróży. W dzikości tego miejsca, które na amerykański sposób częściowo zostało oswojone, zanurzyliśmy się od strony nie mniej pięknego parku, który doskonale uzupełnia Yellowstone, czyli od Grand Teton National Park. Teton ze swoimi granitowymi szczytami, nieograniczonymi z żadnej ze stron wzgórzami i przedgórzem, tworzy bramę do Yellowstone, przyzwyczajając swych gości do tego co mają za moment zobaczyć. Tytuł powieści Jona Krakauera – „Into the Wild” doskonale pasuje do tego miejsca, ludzi i jego atmosfery choć nie jest to Alaska. W przeciwieństwie do bohatera jego powieści, znając swoje ograniczenia, nie dajemy się zwieść syrenim śpiewom dzikiej natury i pierwszy etap zwiedzania tych pięknych stron, kończymy w nie do końca trafnie wybranym miejscu naszego noclegu. Dającym jednak chwilę na odpoczynek i przygotowanie się na kolejny zastrzyk wrażeń dozowanych przez Park Yellowstone. I w Parku Yellowstone nie udało się uniknąć miejsc, w których tym razem natura odmierza czas przez regularnie, właściwie co do minuty, rozpoczynający się spektakl jednego aktora – gejzer Old Faithful, który donośnym basem wydobywającym się z jego gardła, fontanną wody tryskającą z jego głębin i pióropuszem pary wodnej, pokazuje siłę drzemiącą pod powierzchnią tego miejsca. Zegarki były i widziały to wszystko, a jaki wpływ na nie to wywarło? Kieszonkowy nadal goni naręcznego i teraz dzielą je tylko 43 sekundy. Czyli stulatek narobił +33 sekundy w ciągu doby. Dzisiejszy dzień wywarł jednak większy wpływ na młodego, który dodał dodatkowe +5 sekund różnicy do. Wzorca i obecnie wyprzedza go o 52 sekundy. Grand Teton – południowa brama do Yelowstone. Old Faithful I jego majestat. Tęczowe Grand Prismatic Spring.
  21. Dziękuję. Co do zegarka kieszonkowego to był on sprawdzany przez mojego zegarmistrza i przygotowany do tej wyprawy. Jednak dałem koledze tylko dwa tygodnie na serwis zegarka, także różnie może być. Po powrocie wróci do zakładu zegarmistrzowskiego na dokładny przegląd. Cierpliwości Eugeniuszu. Jest takie miejsce, jest taki Stan gdzie kosmici lądują w rytm dźwięków muzyki. Union Pacyfic i Golden Spike. Forest Gump w jednej z bardziej znanych scen porównał życie do pudełka czekoladek – „nigdy nie wiesz co w nim znajdziesz”. To porównanie, poza tym, że dzisiaj w Polsce jest 22 lipca a taką nazwę w PRL nadano nomen omen fabryce czekolady Wedel, bardzo pasuje do naszego dzisiejszego dnia. Co prawda przeczytałem opis na pudełku i mogłem się domyślić zawartości, niektórych z czekoladek, ale samym opisem nie można poznać ich smaku, zapachu czy tego, jakie wrażenie będziemy mieli po zrobieniu pierwszego kęsa. W opisie na pudełku miałem: muzeum Pacific Union w Ogden i Golden Spike National Historical Park. Opis, który zapowiadał wiele wrażeń związanych z koleją. Jednak w naszym pudełku poza opisanymi w nim czekoladkami, była jeszcze jedna, ukryta, będąca niespodzianką. Jaką? To po kolei. Ogden to dość dziwnie brzmiąca nazwa miejscowości, która położona jest przy jednej z głównych linii kolejowych należących do Union Pacific. Po zapoznaniu się z listą prezesów spółki Union Pacific, stało się oczywistym skąd ta nazwa miasteczka. Jednym z pierwszych prezesów spółki w latach 1862 – 1863, a więc przy jej początkach, był niejaki W.B. Ogden. Tym samym jest to już drugi przypadek podczas naszej podróży, po Gallup, gdzie nazwa miasteczka powstała, ku uczczeniu nazwiska jednego z pracowników linii kolejowej. Kilka dni temu, opisując pobyt w Barstow, wspomniałem o największej lokomotywie spalinowo-elektrycznej DDA40X. Wtedy, mogłem pokazać zdjęcia, jej młodszej koleżanki. Dzisiaj mogę parafrazując słowa Tony Halika napisać: Tu byłem, widziałem i zdjęcia zrobiłem lokomotywy DDA40X. Muzeum w Ogden może pochwalić się jednym z niewielu zachowanych egzemplarzy tego kolosa. Uzupełniając dane techniczne to: pojemność zbiornika paliwa to jedyne 31 tys. litrów; prędkość maksymalna 146 km/h. Przypomnę tylko, że to lokomotywa towarowa z lat sześćdziesiątych. Była to równocześnie ostatnia lokomotywa tej wielkości. Obecnie stosuje się kilka mniejszych lokomotyw połączonych razem, w tzw. trakcji wielokrotnej, co mogliście zobaczyć na zdjęciach z naszej podróży. Jednak, jak się okazało to nie jedyny unikatowy egzemplarz będący w ekspozycji muzeum. Obok stały jeszcze dwie inne lokomotywy, które swoją wielkością dorównywały Cenntenial Locomotive, bo taką nadano jej nazwę w związku z prezentacją prototypu w setną rocznicę zakończenia budowy pierwszej kolei transkontynentalnej. Jedną z nich był parowóz „Northerns”, która była jedną z najszybszych lokomotyw na świecie osiągając prędkość maksymalną 177 km/h a był to rok 1939. Jednak największe wrażenie zrobiła na nas lokomotywa: Super Turbine, nazywana też „Big Blows”, czyli najmocniejsza lokomotywa na świecie. Do jej napędu zastosowano silnik podobny do tych stosowanych w samolotach odrzutowych. Stąd też nazwa Big Blows. Lokomotywa ważyła jedyne 425 ton i miała długość 50 metrowego basenu olimpijskiego a silnik rozpędzał tego potwora do 105 km/h. Lokomotywa była wyposażona, tak jak lokomotywy parowe w tender, w którym zamiast węgla i wody, znajdował się zapas paliwa w ilości ponad 92 tys. litrów. Poza lokomotywami, na stacji znajdowało się jeszcze muzeum motoryzacji, w którym porozmawialiśmy z jednym z opiekunów, o polskiej motoryzacji. Niestety ze zgromadzonymi w muzeum samochodami, nie mogliśmy zbytnio konkurować. Opuszczając Ogden, żałowaliśmy, że na naszej drodze nie znajduje się główne muzeum Union Pacific, ale nie można mieć wszystkiego. Z Ogden obraliśmy kurs na Promontory. I wtedy z pudełka wypadła nam czekoladka – niespodzianka. Jadąc wąską drogą do Golden Spike National Historical Museum, nagle z obu stron drogi zaczęliśmy mijać zaparkowane samochody, na których siedzieli ludzie z zamontowanymi kamerami i aparatami na statywach. Jadąc dalej, ilość samochodów i ludzi zwiększała się. Czuło się atmosferę wielkiej ekscytacji tym co ma się wydarzyć za moment. Nie mieliśmy pojęcia co się dzieje, zwracając wzrok w stronę, w którą wpatrzony był cały tłum, próbowaliśmy zrozumieć co się dzieje. Nie było to jeszcze Park. Nagle usłyszeliśmy odliczanie od dziesięciu i po osiągnięciu zera, rozległ się potworny hałas i w oddali widać było olbrzymią ilość dymu i jasnego ognia. Nie, to nie był kontrolowany wybuch wulkanu pod Salt Lake City. Jak się okazało, był to test jednego z silników rakiety SLS, który ma być wykorzystany w programie Artemis, którego celem jest ponowne wysłanie misji załogowej na Księżyc a potem na Marsa. Tak, zupełnie przez przypadek znaleźliśmy się we właściwym miejscu i porze, aby być świadkiem tego wydarzenia. Dojechaliśmy tam dokładnie na kilka minut przez testem. Wreszcie dotarliśmy do Parku. Nie jest to jednak park, w którym ogląda się drzewa, skały, czy inne cuda natury. To park, gdzie upamiętniony jest moment połączenia budowanej linii transkontynentalnej przez Union Pacyfic i Central Union. Poza historią budowy oraz możliwością obejrzenia miejsca połączenia linii kolejowej, w niepozornym muzeum znalazłem coś, czego poszukiwałem już od wielu dni naszej podróży. Na końcu sali znajdowała się mała gablotka poświęcona pomiarowi czasu na kolei. Jeden ze znajdujący się w niej eksponatów zwrócił moją największą uwagę. Pamiętacie, jak opisywałem warunki techniczne, które musiał spełniać zegarek kieszonkowy, aby mógł być używany na kolei? Wtedy napisałem, że nie mogłem znaleźć informacji o zasadach utrzymania takich zegarków. I tu nagle, w gablotce leży sobie podręcznik, w którym w kilku punktach opisane zostały zasady przeglądów zegarków. Co do jednego miałem rację, utrzymanie było realizowane na podobnych zasadach jak utrzymanie lokomotyw. W przypadku zegarków według resursu czasowego w zależności od użytkownika zegarka. I tak zegarek miał przechodzić przegląd co sześć miesięcy według instrukcji producenta. Dodatkowo w przypadku zegarków używanych między innymi przez konduktorów, maszynistów, rewidentów, ustawiaczy zegarek miał być sprawdzany pod względem punktualności co 15 dni. Ponadto maszyniści i konduktorzy każdego dnia przed rozpoczęciem pracy mieli sprawdzać punktualność zegarka z zegarem na stacji kolejowej. Równocześnie w instrukcji wskazano, że z przeglądu miał być wystawiany certyfikat podpisany przez uprawnionego zegarmistrza o treści zgodniej z tą wskazaną w podręczniku. I tak, w ten sposób uzupełniłem wiedzę co do zasad utrzymania zegarków kolejowych. Dodatkowo obok instrukcji umieszczona była informacja, którą już wam przekazywałem, co do warunków technicznych jakie musiał spełniać zegarek kolejowy. Ten moment był dla mnie, jak odkrycie źródła Nilu. Niestety nie miałem okazji porozmywać z kimś z muzeum, ponieważ było zbyt dużo zwiedzających. Jednak po powrocie do Polski spróbuję skontaktować się z pracownikami muzeum, aby uzyskać więcej informacji. Dzień jednak jeszcze się nie zakończył. Po wejściu do hotelu, w kolejnym naszym punkcie podróży, w głównej hali, przywitał nas piękny kwadransowy zegar sygnowany Howard Miller. Kiedy powiedziałem recepcjoniście, że to piękny zegar, w odpowiedzi usłyszałem, o ile mój angielski wtedy mnie nie zawiódł, że jest to zegar z serialu Stranger Things, co nie jest jednak prawdą, ponieważ dobrze pamiętam zegar z tego serialu. Nie zmniejsza to jednak wartości zegara, który cicho odmierza czas gościom hotelowym. I tak przy szklance piwa o nazwie Hey Zeus Lager z miejscowego browaru Malvin Brewery – Jackson, co przypomniało mi scenę z III części Szklanej Pułapki, przeglądając zdjęcia, zakończyliśmy naszą dzisiejszą przygodę. Co do naszych bohaterów to utrzymują tendencję z dnia poprzedniego. Staruszek nadal ma nadciśnienie i ponownie zmniejszył opóźnienie, tym razem o 19 sekund, co dało - 76 sekund odchylenia. Naręczny również w tym samym rytmie zrobił kolejne +3 sekundy ustanawiając +47 sekund różnicy. Cenntenial Locomotive Big Blows I Northerns Oraz jeszcze kilka zdjęć z muzeum. Test silnika. W Spike National Historical Park.
  22. Zakończyła się druga tercja. Przed nami ostatnia, tego meczu. Będzie chyba bardziej dziko, niż kolejowo, ale kremu kolejowego i zegarkowej wisienki na tym torcie nie zabraknie a i może kosmitów uda się znaleźć.
  23. W stolicy mormonów. Podróż z Grand Junction do Salt Lake City, była tak samo fascynująca, jak miejscowość, z której wyruszyliśmy do stolicy mormonów. Blisko 300 mil drogi udało się w miarę sprawnie pokonać, dzięki czemu mieliśmy trochę więcej czasu na zwiedzanie tego prężnie rozwijającego się ośrodka gospodarczo-religijnego. Jest to nasza druga wizyta w tym mieście. Nie z tego względu, że szczególnie nam przypadło do gustu, ale zwyczajnie ze względów pragmatycznych – leży po drodze do Grand Teton National Park i jednocześnie jest blisko naszej kolejowej atrakcji. Jakiej? O tym jutro. Pomimo, że nie jest to nasze ulubione miasto, to jednak mamy do niego pewien sentyment, chociaż za pierwszym razem, gdy spaliśmy w nim, a właściwie to nie spaliśmy, zafundowało nam duet na dwa młoty pneumatyczne. Jakaś firma budowlana wyrabiająca nadgodziny, przez całą noc pod naszymi oknami przy pomocy młotów pneumatycznych dokonywała destrukcji chodnika. Miejmy nadzieję, że tym razem unikniemy takiego koncertu. W tym roku udało nam się dotrzeć do stanowego Kapitolu, jednak nie udało nam się zrobić sesji zdjęciowej głównej świątyni Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, ponieważ trwał jej remont. Ku naszemu zaskoczeniu wchodząc do Kapitolu, nikt nas nie przeszukiwał, tylko znudzeni ochroniarze powiedzieli nam, że możemy chodzić, gdzie chcemy i robić zdjęcia czego chcemy. Nietypowe jak na Stany Zjednoczone. Monumentalny charakter tej budowli podkreślony został jej położeniem na wzgórzu, na które musieliśmy się wspiąć ponad dwukilometrowym chodnikiem, w temperaturze dochodzącej do 40 stopni. Co mnie ucieszyło, zaglądając do pomieszczeń zajmowanych przez stanowy senat i izbę reprezentantów, to to, że w centralnym ich punkcie znajdowały się pięknie wkomponowane w wystrój izb, zegary. Spacerując ulicami Salt Lake City, nie można znaleźć zbyt wielu starych budynków, a te co udało nam się znaleźć przytłoczone zostały przez otaczające wieżowce. Poza tym, że miasto w pewnym stopniu kojarzone jest z mormonami, to chyba bardziej znane jest z olimpiady zimowej oraz położonego niedaleko niego – słonego jeziora, które jak wiele miejsc w stanie Utah, wykorzystane zostało jako tło do filmów. Poszukując historii miasta w powiązaniu z koleją, niestety nie znajdzie się zbyt wielu informacji. Jedną z ciekawostek, jest to, że przez miasto przechodzi linia kolejowa należąca do najstarszej nadal funkcjonującej spółki kolejowej Union Pacific RR. Spółka ta swoją obecność w tym mieście zaznaczyła trochę w zaskakujący sposób, przejmując linie tramwajowe. Co ciekawe, w mieście nie znajdziecie muzeum kolei, lecz muzeum tramwajów. Niestety, nie uda nam się go odwiedzić z powodu nieżyciowych godzin funkcjonowania muzeum. Ten nieco nudny z punktu widzenia kolejowo-zegarkowego dzień, zakończyliśmy wieczornym spacerem podziwiając piękne fontanny idąc wzdłuż sztucznego potoku wijącego się pomiędzy sklepami głównej promenady handlowej. Ten nieco nudny dzień, poza kilkoma okazjami do sesji zdjęciowej, zegarki spędziły raczej bezpiecznie bez nadzwyczajnych wrażeń, które im wcześniej fundowałem. Różnica między zegarkami spadła do -95 sekund. Co oznacza, że kieszonkowy nadrobił aż +25 sekund. Naręczny do czasu wzorcowego zrobił kolejne +3 sekundy i teraz spieszy się do wzorcowego o 44 sekundy. Mam pytanie. Czy macie pomysł z czego może wynikać ta nagła zmiana w przypadku kieszonkowego? Do pewnego czasu opóźniał się, natomiast od kilku dni przyspieszył. Kapitol Salt Lake City Spacer po mieście. Tramwaje Salt Lake City I ich właściciel. Tyle z pamięci Igrzysk. Stare w nowym. Tak teraz wygląda Główny Kościół. A tak wyglądał trzy lata temu. I wielka biel. Jak to powiedział bohater Madagaskaru: "Biało tu."
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.