Kilkanaście lat temu zaszczepiłam się przeciwko odkleszczowemu zapaleniu opon mózgowych. Zrobiłam to po tym, jak kolega, ówcześnie trzydziestokilkuletni lekarz, omal nie zszedł z tego powodu. Na sali leżał z nim chłopak młodszy o 10 lat, który nie miał niestety tyle szczęścia... Młody, silny organizm, a nie pokonał infekcji. I pomimo tego, że ryzyko, że przydarzy mi się podobna przygoda jest znikome (150-250 przypadków rocznie w skali kraju, wg PZH), to nawet się nie zastanawiałam nad szczepieniem. Trzeba przyjąć trzy dawki i jeszcze dawkę przypominającą co kilka lat😮 I do tego zapłacić. Jeśli mogę się uchronić, to czemu nie?
Zapewne ta szczepionka była przebadana wzdłuż i wszerz, bo był na to czas i nie było globalnej epidemii. Teraz niestety mamy nieco inną sytuację. I pomimo tego, że też gdzieś tam z tyłu głowy błąkają się jakieś pytania czy wątpliwości, to uważam, że przyjęcie szczepionki na Covid przyniesie zdecydowanie więcej korzyści- zdrowotnych, ekonomicznych, społecznych dla całych narodów niż ewentualnych skutków ubocznych dla niewielkiej liczby jednostek. No chyba, że za dwa lata wszyscy zaszczepieni umrą...
Dziwi mnie, że nagle tyle osób zaczęło się martwić tym, że coś (w tym wypadku szczepionki), może im zaszkodzić. A żywność kupujecie w sklepach? Łososia czy tuńczyka jecie? Wiecie co jest w pysznych i zdrowych owocach i warzywach, które mogą leżeć miesiącami i wyglądają jak zerwane przed chwilą? O alkoholu, papierosach, dragach czy nawet lekach i suplementach zżeranych bez ograniczeń nie wspomnę.