Czas na małe podsumowanie mojego wyjazdu do Calpe... Tym razem bez zdjęć, skoro i tak na bieżąco nimi spamowałem 😉
W sumie jeździłem 8 dni. W tym czasie przejechałem 745 km, choć z mojej perspektywy istotniejszy jest czas spędziny na rowerze - w sumie było to ok. 30 godzin. Jak na początek sezonu, kiedy dopiero zaczynam jeździć na rowerze, to całkiem sporo. Do tego ok. 11 800 m up, a więc norma, którą zazwyczaj wyrabiam na 40 przejażdżkach w swojej najbliższej okolicy 😉
A samo Calpe? Na pewno jest kolarskie i to widać na każdym kroku. Pewnie jeszcze bardziej w styczniu, kiedy zjeżdżają się tu ekipy z World Touru (w tym sezonie było ich w samym Calpe 13). Na pewno komuś takiemu jak mi, kto jeździ na co dzień w płaskopolsce, daje możliwość zmierzenia się z podjazdami. Może nie są one przesadnie strome (oczywiście ścianki koło 18-20 % też tu są), ale dość długie - najdłuższa wersja podjazdu na Port de Tudons to ok. 26 km i to już faktycznie potrafi dać w kość, o czym sam się przekonałem...
Pewnie do Calpe jeszcze wrócę, tym bardziej, że znajomość z Danielem to dodatkowe możliwości, które zazwyczaj trudno jest uświadczyć. Daniel trochę żałował, że w tym czasie nie ma tu już zawodników Soudal Quick Step, bo być może byłaby sposobność spotkać się z Remco czy Julianem 😉 Tym bardziej, że Daniel jest od tego roku partnerem tego teamu i jego kontrakt zakłada takie możliwości.
Na pewno następnym razem założę kasetę 11-32. Posłuchałem Daniela, wedle którego tu wszystko da się podjechać na dużym blacie. Może i da się. Ja tak próbowałem przez pierwsze dwa dni i moje kolana nie podziękowały mi za to. Na pewno wiedząc o tym, że jeżdżenia jest sporo, a nie na 2 czy 3 dni, nie będę się w pierwszych dniach "zaginał", bo i taki błąd popełniłem... Na pewno będę też jadł mniej na takich wyjazdach 😉 To w ogóle ciekawa sprawa z jedzeniem, bo tylko jeden z nas każdego dnia jadł coraz mniej - był to Daniel, który twierdzi, że za duża ilość jedzenia obciąża wątrobę, a to nie pomaga w jeżdżeniu... Trochę brakowało mi tego, z czym miałem do czynienia na "kawowym" wypadzie w Karkonosze w zeszłym roku - plików .gpx z trasami, bo tu wszystko było na spontanie i nawet jak coś było planowane, to te plany i tak w czasie jazdy się zmieniały. Mi to nie do końca odpowiada... No i rower mega się sprawował, choć żeby przygotować go do transportu, to potrzebna jest dodatkowa gimnastyka 😉 Swoją drogą, kilka dni temu Cannondale pokazał nowego SuperSixa. Geometria i sztywność ramy jak do tej pory, ale poprawili kilka dziwnych rozwiązań, które ma moja generacja. Ja jednak zostaję przy swoim - rama zdecydowanie mi pasuje, a z czasem rozważę przejście na Ultegrę Di2. Koła Evanlite, na stożku 45 mm też dały radę, choć nie mam wątpliwości, że one jednak najlepiej na płaskim się sprawują.
Reasumując, Calpe zdecydowanie polecam, szczególnie kiedy pogoda tam dopisuje. My w tym roku zdecydowanie mieliśmy szczęście do pogody.
Jutro powrót do kraju i zderzenie z rzeczywistością 😉