No to koniec... Za mną bardzo intensywny tydzień i ostatnia w sezonie przejażdżka. Jaki to był sezon? Trudno ocenić go komuś, kto jako amator, nieścigający się, celów czysto sportowych sobie nie stawia... Na pewno był to sezon inny niż ten poprzedni, dla mnie pierwszy, naznaczony przede wszystkim szybką utratą wagi i co za tym idzie, spadkiem siły. Do tego zakończonego sezonu przygotowywałem się już z jakims tam planem, choć nie uniknąłem błędu, jakim było położenie akcentu na zajęcia crossfit. Z drugiej strony było jeżdżenie zimą po lesie i tym samym praca nad techniką. Na pewno więc był to sezon, w którym po pierwsze poczułem się pewniej na szosie. Zrezygnowałem z jeżdżenia skoro świt i wsiadania na rower tylko po to, by jakieś kilimetry się zgadzały. Przestałem także "mitologizować" średnią prędkość, bo to parametr, który tak po prawdze niewiele mówi... Po drugie pojawiły się pierwsze podjazdy (wypad w Pieniny i Karkonosze) i ustawki, na których uczę się jazdy w grupie. Tym razem spadku wagi już nie było, a i odczucie subiektywnej mocy w nogach jest zdecydowanie lepsze 😉 Teraz chwila przerwy od roweru, a od grudnia do pracy 💪💪💪 Z każdym przejechamym kilometrem mam coraz większą frajdę, a przecież to właśnie jest najważniejsze 😉
.