Myślę, że wszystko zaczynało się jak byliśmy małymi chłopcami - kiedy czas spędzało się „na podwórku”, a nie z Fifą. Każdy z nas chciał być Bońkiem, ale chyba częściej Maldinimi, później Roberto Carlosem czy innym van Bastenem. Została mocna sympatia do klubów, w których grali nasi idole. Na „naszym” krajowym podwórku jednak ciężko znaleźć klub, w którym grali by nasi idole, chociaż pamietam boom na naszego lokalnego Piechnę, który był idealnym przykładem piłkarza którego piłka sama znajdowała w polu karnym (a takich jest mało). Pamietam też, że z Frankowskim czy Żurawskim na koszulce, później u mnie „na dzielni” młodzież biegała. Koronie Kielce nie kibicuje szczególnie, chociaż grałem tam jako trampkarz, bo w pewnym momencie zaczęło mieć znaczenie co innego, niż sportowa forma na boisku. Zraziłem się. I tak już zostało przez naście lat.