@Edmund Exley Cześć Właśnie obejrzałem cały Meltdown Live in Mexico ... uff, gdyby nie "osłabienie" tempa (Levin) w środku ostatniego utworu (21st CSM), występ uznałbym za doskonały. Zgranie bandu, bo już tak ten oktet chyba trzeba nazwać jest niesamowite. Po raz pierwszy jest wyłączny klawiszowiec (Rieflin), nie gra już na perkusji. Szkoda, że nie gra na prawdziwym melotronie. Porywa gra Harrisona - ile trzeba ćwiczyć, żeby opanować ten skomplikowany repertuar! Jak wiesz, zgodnie z przysłowiem "czym skorupka ...", ja najbardziej lubię ten wczesny okres i dzięki Jakszykowi, ten repertuar powrócił, z czego się bardzo cieszę > młodość powróciła . Brakuje mi jeszcze "Posejdona" z jego monumentalnym zakończeniem. Koncert brzmi świetnie. Ciekawostka - na samym początku, widać, jak Fripp ... całuje gitarę. Zdecydowanie polecam, choć jak mawiał klasyk "można się pięknie różnić" , ale to nadal King Crimson. Pzdr.