Właściwie opowieść powinna się zacząć w dziale NIE JEST OK ale jest happy end więc całość dam tutaj. We wtorek jadę z synkiem moim fordem galaxy 98 r. i nagle obroty skaczą mi na 4 tyś i nie chcą spaść. Wyłączam silnik - włączam i znowu to samo - wysokie obroty i auto wyrywa się do przodu - nie musiałem używać pedału gazu aby jakoś jechać. Diagnoza przestał dochodzić prąd do silniczka krokowego - kilku magików w Słupsku nie potrafiło odpowiedzieć dlaczego przestał ten prąd dochodzić. Ja bez auta nie mogę pracować - doradca ubezpieczeniowy bez auta to sierota! Starsze dziecko do przedszkola taxi jeździło a młodszy do żłobka wózkiem bo blisko domu. Dzisiaj byłem u kolejnego magika, który nawet miał jakąś koncepcję co to może być ale niestety dopiero w piątek może wziąć auto do naprawy. Pojechałem jakoś do miasta, poprzez walkę pomiędzy hamulcem i sprzęgłem aby jakoś jechać coś zaczęło śmierdzieć w aucie - jakby coś się przepalało - już miałem z tyłu głowy że sprzęgło spalę. Dojechałem do notariusza. Postój kilkanaście minut. Wracam, włączam silnik a on jak nóweczka!!!! Nie wchodzi na wysokie obroty, nie wyje, nie śmierdzi - pięknie jeździ jakby nigdy się nie zepsuł. Do końca dnia już tak ładnie chodził i tak dojechałem do domu. Happy end jest ale co dalej? Czy mam jechać do mechanika i opowiedzieć mu o tym i całej sytuacji? Czy przyjąć taki prezent od losu i jeździć dopóki się to nie powtórzy? Sam nie wiem - ważne dla mnie, że jakiś cudem mam auto i mogę pracować.