Gdyby Izraelczyk, którego ojciec był Żydem, a matka Libanką, zrobił film o Palestynce, która oddała się w pełni Jehowie, nie wiedząc, że miała dziadków dżihadystów, których zamordowali Żydzi i których mienie i ziemię potem przejęli, i która, odkrywszy prawdę, ma mnóstwo różnych rozterek, a w tle widniałaby postać izraelskiego sędziego, który skazywał na śmierć młodych Palestyńczyków, twierdził, że cała ta historia nie kryje w sobie żadnego założenia, żadnej "prekoncepcji" i że ci, którzy doszukują się w niej rozliczeniowego podejścia do relacji izraelsko-palestyńskich, to nacjonalistyczni obsesjonaci, z pewnością wszyscy byśmy w to natychmiast uwierzyli, prawda?