Na razie dołączyłem teoretycznie, ale ponieważ zamówienie dziś złożone, stąd pierwszy tutaj wpis. Co do Invicty, to przyznaję, że w ciągu trzech lat mojej zabawy z zegarkami było bardzo zmiennie. Od początkowej fascynacji (jakie to fajne i kolorowe) przeszedłem przez fazę odrzucenia (błeee, jakie to tandetne) do ostatecznego wniosku, że moja skromna ponad 20-zegarkowa kolekcja zasługuje na przedstawiciela tej najpłodniejszej firmy. Przymierzałem się do zakupu "Turbine" (gun metal ze śmigiełkiem niebieskim lub czerwonym), ale trwało to na tyle długo, że seria się skończyła a złotego raczej nie kupię, srebrno-biały z kolei za blady. Invicta to cwany zespół projektują na potęgę krótkie nakłady i nakręcają uzależnionych.
Ostatecznie po wahaniu między kwarcem Captain America i automatem Superman, wybór padł na ten drugi. 47 mm trochę dużo, ale jestem tolerancyjny a ten pierwszy miał jeszcze więcej (48). Cena koło 450 zł a pewnie nasze kochane państwo upomni się o swoją działkę, więc ze 120 zapłac(z)ę...
Dla pełniejszej oceny mojego eksperymentu, zdjęcia poglądowe. Co ciekawe wybierając ten pierwszy zrobiłbym komuś przykrość, bo już niedostępne.
Jak dojdzie, a mam nadzieję, że przyzwyczajony do Ali dostanę go nadspodziewanie szybko, zaprezentuję mój nadgarstek (18 cm) ze znakiem SUPER-WATCH-MANA .