Może za późno wziąłem się za sport to i perspektywa inna. Ale mi wystarczył jeden upadek na zawodach, dwa lata temu. Kiedy pomyślałem o konsekwencjach to już wiedziałem że nie będę się ścigał dla wyniku. Upadłem przy prędkości tylko ok. 25-30 km/h. Skutek to połamany kask, lekkie wstrząśnienie mózgu, silne stłuczenia połowy ciała, kilka/kilkanaście sesji rehabilitacji bo po wyleczeniu właściwych uszkodzeń naprawiałem drugą część ciała bo wyszły kolejne uszkodzenia w wyniku przeniesień kompensacyjnych. Dwa po tym wydarzeniu spędziłem w łóżku dosłownie nie mogąc się odwrócić z boku na bok. Zacząłem myśleć o konsekwencjach innych takich wypadków. Krótkotrwałych: nieobecności w pracy kiedy się prowadzi firmę nawet jeśli jako wspólnik, skutki dla rodziny, koszty leczenia i naprawy/wymiany sprzętu. Długoterminowych/trwałych: trwałe uszczerbki na zdrowiu. Przeszło mi ściganie. Dlatego ja się przestałem angażować już na początku. Ale może to moja słaba psychika... A może po prostu nie mam silnego pociągu do rywalizacji. Tylko po co? A może zły sport wybrałem? Jak się człowiek przewróci biegając to konsekwencje są mniejsze?