Powaga, tak było. Ogólnie akcja taka, że chyba byłem pierwszy dzień po wakacjach, poszedłem gdzieś i pod domem się zorientowałem, że nie mam zegarka. Rozpacz, oczywiście. Wiedziałem, na jakim odcinku mogłem go zgubić, ale nic. Założenie, że ktoś wziął, jak spadł na ulicy, tyle. Potem o nim zapomniałem, lata minęły, a ojciec zagonił mnie - już starszego - do kopania dołów pod tujki. Zrobił nową bramę obok, i starą, razem ze starym dojazdem, chciał obsadzić roślnami, żeby odciąć od drogi. No to kopię ten dół i patrzę, że coś dziwnego mam na łopacie. Pamiętam jak dziś. Oczywiście myślałem, że sikor będzie w stanie do śmieci. Ale że pamiątka, to umyłem, włożyłem do szuflady i znów parę lat leżał. Potem sobie o nim przypomniałem i zaniosłem do zegarmistrza, bo go sam nie mogłem otworzyć. I się okazało, że działa.