Sporo tu ostatnio o Mercedesach, wypowiem się i ja. Posiadam 17-letnią "panienkę". Chorowałem na W124, ale nie mogłem znaleźć w godziwym stanie. Zacząłem chorować na starą C klasę i po kilku miesiącach kupiłem W202. Trafił się diesel 2.2, czyli C220/. Jeżdżę nim już rok więc wyrobiłem sobie jako takie zdanie. W zakupie starego MB chyba najważniejsze jest szczęście. Jeśli upolujesz zadbany egzemplarz to jesteś farciarz i możesz się bujać długie lata, ciesząc się komfortem jazdy i radością jaką daje prowadzenie tego samochodu. Mojego kupiłem od wdowy, której mąż zmarł rok wcześniej. Szczerze za bardzo się podpaliłem, bo auto miało kilka widocznych uchybień jak brak klimy, wytarty podłokietnik, brak alusów, drzwi pasażera zauważalnie były robione bo trzeba było mocniej nimi strzelić by je zamknąć. Ale zaryzykowałem. Samochód garażowany, nie wiem czy w ogóle jeżdżony zimą, wydawał się dobrą inwestycją. Niestety po jednej zimie normalnego użytkowania, zdrowe blachy zaczęły zmieniać kolor. W tej chwili mam kilka ognisk korozji + sporo do roboty na spodzie auta. Zimą miałem małe problemy z paleniem. Skończyło się na usunięciu jakiegoś błędu na pompie (LUCASA!$%!), do tego wciąż szpeci mi wnętrze ten wytarty podłokietnik i żeby było mało skóra na kierownicy mi pękła. Pasowałoby ją obszyć. Mimo wszystko jeżdżę dalej, ale takich pierdół do zrobienia jest masa. Do tego przed zimą będzie spory wydatek u blacharza. Zazdroszczę koledze, który w swojej c-klasie wymienia tylko choinki zapachowe Jednak uczucie do tych aut jest na tyle silne, że jestem prawie pewny, iż moim następnym autem będzie albo jakaś super zachowana wypasiona W124, albo W202, tyle, że w wersji po lifcie. Najlepiej późne roczniki '98, 99.