Zapomnijmy o tym, że divery kupuje się do nurkowania, pełna zgoda. Kupujemy je dla noszenia.
W pierwszym kontakcie większy diver robi lepsze wrażenie, wygląda atrakcyjnie, ma "więcej zegarka w zegarku", obustronnny AR niemalże powala na kolana, a krótka przymiarka w sklepie nie do końca daje nam odpowiedź, czy jest to zegarek do codziennego noszenia. Podoba nam się, chcemy go kupić. Niestety dopiero z upływem czasu wielkość zegarka, a szczególnie jego ciężar zaczyna przeszkadzać, a to jest jednak kwestia kluczowa obok walorów wizualnych. Szczególnie gdy posiadamy mniejsze zegarki, przekonujemy się, że jednak po te mniejsze chętniej sięgamy. Mówię o osobach z przeciętnymi nadgarstkami, bo niewielu z nas ma łapę niedźwiedzia, a Omega ze swoim Diverem 300 staje się coraz bardziej niedźwiedziowata. Więc jeśli ktoś nie ma odpowiedniego nadgarstka, a jest miłośnikiem tego modelu, to zostaje w czarnej d*pie. A przecież zrobić ten sam zegarek w dwóch rozmiarach to nie jest wyższa filozofia. Robią tak z AT (41 i 38mm), dawniej wypuszczali PO pierwszej generacji w rozmiarach 42 albo 45,5mm, więc gdyby zrobili tak z 300-tką (np. mniejsza wersja 40mm i wyraźnie chudsza), to wtedy rzeczywiście narzekanie nie miałoby sensu.
Nawet Panerai podzedł po rozum do głowy i wypuścił całkiem fajnego zmniejszonego, a jednocześnie klasycznego Luminora. A weźmy pod uwagę, że PAM to jest co do zasady zegarek paskowy, więc mając nawet zbliżone gabaryty, raczej będzie wygodniejszy od Omegi na bransolecie.
Mam nadzieję, że w Omedze w końcu też otrzeźwieją i wreszcie odchudzą swój flagowy model, jednocześnie zachowując jego DNA.