1) handlarzom bardziej opłaca się sprzedawanie zegarków po renowacji, mam wrażenie. gównianej, bo gównianej, ale renowacji. 2) nie widzę nic z głupstwa w zamiłowaniu do oryginalnych stanów; wiadomo, że jeśli zegarek jest kompletnie ściachany, to można pomyśleć o renowacji. ale ja tego nie toleruję i taki towar, co najwyżej, bym sprzedał komuś, komu kompletnie zjechany zegar nie przeszkadza. 3) przywracanie "do stanu maksymalnie zbliżonego do jego wygladu w momencie opuszczenia fabryki" jest w większości wypadków kompletnie nieopłacalne. 4) argument o konserwacji mechanizmu, jak rozumiem, tak troszkę dla jaj? 5) zegarek jako przedmiot użytkowy? ok. ale z tym podejściem, to najlepiej kupić Perfecta. albo plastikowe Casio. starocie może i są użytkowe, ale nieporównywalnie bardziej upierdliwe. zawsze. choćby ze względu na brak wodoszczelności. podsumowując: nikt nikomu nie mówi, że renowacja nigdy nie ma sensu. natomiast, w większości przypadków, jest ona zwyczajnie nieopłacalna. wydawanie majątku za porządne malowanie tarczy zegarka o wartości 2-3 stów to absurd. a z kolei oddawanie go do partaczy, którzy za mniejszy pieniądz pomalują po swojemu też nie ma sensu. dlatego, moim zdaniem, do renowacji powinny trafiać albo kompletne trupy (w kategorii zegarków pamiątkowych) albo zegarki zniszczone, ale o sporej wartości materialnej. wtedy to ma sens. malowanie bele jakiej Doxy czy Delbanki, zakupionych na bazarku, to gra nie warta świeczki.