Teoretycznie można. W praktyce to niewykonalne, bo autor "wypowiedzi", opartej na wypełniaczach pozbawionych treści, nie jest w stanie sformułować jej ładnie ani nawet poprawnie, przynajmniej w tej chwili. Gdyby umiał, to by sformułował.
Sposobem na językową nieporadność (która jest powszechnie akceptowaną formą ubóstwa, znacznie bardziej rażącą niż ubóstwo materialne) jest "olewanie tematu", demonstrowane na zewnątrz poprzez wypowiedzi w rodzaju "i co z tego?", "kogo to obchodzi?", "najważniejsze, żeby się można było zrozumieć", itp. Jest to postawa zrozumiała, bo kto dotknięty jakimś niedoborem albo kalectwem chciałby je eksponować? Z pewnością byłoby mu przyjemniej być uznawanym za w pełni sprawnego. Każdy przecież zmaga się w życiu z jakimiś trudnościami, które musi pokonywać. O ile jest ich świadomy, bo jeśli nie jest, to nie musi. Co innego jednak pozostawać w nieświadomości, a co innego lekceważyć słuchaczy i czytelników, demonstracyjnie tkwiąc w epoce, kiedy pisownia i wymowa polska nie były jeszcze ustalone.
W negacjonistycznej postawie wobec językowych porażek dopatrywałbym się nawet cech pewnego szlachetnego indywidualizmu, gdyby nie to, że jednak znacznie łatwiej jest rozrzucać wokół siebie odpadki na ulicy, zachowując niewzruszone i dumne oblicze, niż zdobyć się na minimum wysiłku i pokornie poszukać kosza na śmieci. Rażących błędów ani zachowań ludzi wokół mnie staram się nie korygować (i czasami mi się udaje), podobnie jak nie chodzę za osobami śmiecącymi na ulicy i nie sprzątam za nich tego wszystkiego, co zostawiają za sobą. To już ich sprawa.
Co innego słowo pisane i ogólna dyskusja, taka jak tutaj. A temat poprawności, dopuszczalności, rzekomych lub rzeczywistych braków i niedostatków, ma dodatkowy aspekt, który mnie interesuje. Otóż tworzy mnóstwo okazji do autopromocji, widocznej w niektórych wypowiedziach. W moich tekstach najwidoczniej z tym przesadziłem, bo w pewnym momencie jeden kolega nie wytrzymał, że tyle osób tak jawnie i bezkarnie się wymądrza, i postanowił dołożyć coś od siebie, sugerując (nie wiadomo na jakieś podstawie) jakoby błędy interpunkcji albo pomijanie polskich znaków odpowiadały brudnym rękom i plamom na ubraniu, a cała reszta (ortografia, gramatyka, frazeologia) była już mniej ważna.
Nie wiem skąd akurat taka hierarchia ważności, że dbałość o przecinki i "ą, ę, ć" miałaby być ważniejsza od pisowni np. "nie" z przymiotnikami albo od prawidłowej odmiany przez przypadki, to już tajemnica autora tej propozycji. Uważam jednak, że na takim forum, jak to, każdy niedorzeczny pomysł powienien być dozwolony, nawet jeśli został podany w mało estetyczny sposób. Była taka książka "Wolna Trybuna", zawierająca fikcyjne listy obywateli skierowane do tytułowej Trybuny, forum powstałego dla uczczenia 50-lecia PRL. Moim zdaniem jest to właściwy model funkcjonowania każdego dobrego forum.
W poprawności językowej, jak w każdej dziedzinie savoir-vivre'u, w grucie rzeczy nie chodzi o to, żeby nie robić błędów i poprawnie stawiać przecinki. Nie wymagam od nikogo, żeby był ideałem. Sam również nim nie jestem i nie jest to dla mnie powód do depresji, tylko do pracy nad sobą. Wystarcza mi w zupełności, kiedy ktoś się stara. Poznaję to po tym, że np. cztery lata temu mówił "poszłym", dwa lata temu "poszłem", a obecnie mówi i pisze "poszedłem". W następnej kolejności przyjdzie czas na zastąpienie "wyłanczam" przez "wyłączam". Wszystko wymaga czasu, takie rzeczy nie dzieją się od razu. Nie chodzi o to, żeby oceniać innych na podstawie ich błędów robionych dzisiaj.
Każdy ma jakiś własny poziom wyjściowy, od którego zaczynał i który na ogół nie zależał tylko od niego samego. Istotny jest postęp, jakiego ktoś dokonał względem tego, jak mówił i zachowywał się wcześniej. Od zewnętrznej poprawności znacznie ważniejsze są intencje i sposób traktowania innych. O ile jednak rzeczy powierzchowne, takie jak błędy języka, są łatwo zauważalne i nawet możliwe do wytłumaczenia (niektórym, tzn. tylko tym, których to interesuje), to nie sposób sprawić, żeby ktoś stał się zdolny powiązać swój styl wypowiedzi z relacją, którą nawiązuje ze słuchaczem lub czytelnikiem. To już jest wyższa szkoła jazdy.