Seiko SKX007J - jeden zegarek, a różne oblicza. Za każdym razem gdy go zakładam widzi mi się jako coś innego. Czasem zakładam go z myślą, że to zwykły toolwatch, taki którego nie szkoda zarysować (nawet jeśli to szramy dodadzą mu uroku). Czasem myślę o nim jak o namiastce jakiegoś vintage'owego Red Submarinera. Te placki lumy, matowa czarna tarcza z czerwono białymi liniami tekstu, aluminiowy bezel. Później znów dołek emocjonalny, to tylko zwykłe Seiko, nie ma czym się podniecać. Znowu zwyżka formy - to przecież AK47 wśród zegarków, klasyka gatunku, która jakimś cudem jest nadal do dostania w ludzkich pieniądzach - kawałek historii, godny Subów i Moonwatchy! Później spadek - cholera, trochę za duży, gdyby miał 40mm byłby idealny. Miałem SKX013 był za mały, mam 007 mógłby być ciut mniejszy. Z drugiej strony l2l bardzo małe, dobrze leży na ręce, a w ciągu dnia zapominam że go noszę. Później wzrost - świetnie wygląda na tej bransolecie jubilee - zakładam do ulubionej dżinsowej koszuli i jest casualowy styl z nutą elegancji. I ta wygoda! Czasem podchodzę do niego z entuzjazmem, czasem beznamiętnie, czasem skrycie nim gardzę. I nigdy nie wiem po której stronie leży wina - czy to zegarek nie może się zdecydować jaki jest, czy to ja nie wiem do końca co w nim widzę?