Bardzo, bardzo przykra wiadomość. Nie będę ściemniać - Val był jednym z idoli mojej młodości. Chciałem być Valem (a nie jakimś tam wielorybem!) - zwłaszcza takim z "The Doors". Chociaż jakoś tak najbardziej podobały mi się jego role w "Gorączce" i "Tombstone". W obu filmach nie był aktorem pierwszego planu, ale za to "zaanektował" i tak sporą część ekranu. Bardzo fajnie się go oglądało w paru filmach z przełomu lat 90-tych i 2000 (np. "Święty", "Na rozkaz serca", "Skrzydła odwagi", itd.). Świetnie, moim zdaniem, wypadł w niewielkiej, ale ważnej roli króla Filipa u Olivera Stone'a. "Top Gun" to całkowicie samodzielny mit, więc nawet nie ma co mówić. Będę tęsknić za Kilmerem.