To może i ja 5 groszy z taką historyjką. Rowerek to moja ulubiona dyscyplina sportu. Zaczęło się od rowerka, który złożył mi mój ojciec w stanie wojennym z części znalezionych gdzieś na złomie. Takie czasy były. Rowerek był cacy odszykowany, wylakierowany i przygotowany do jazdy. Normalnie jak nówka nieśmigany. Trochę podobny może do MTB tylko mniejszy. Zajeździłem na nim parę kompletów opon no i wyrosłem w końcu. Potem przewinęło się kilka Wigry 3 i 5 mojej siostry i ciotki, jakiś Romet, dość długo Wagant (to mój pierwszy z przerzutkami) - ktoś pamięta jeszcze takie marki??? Aż przyszedł moment, kiedy kupiłem swój pierwszy rower za własne pieniądze. Zjeździłem za nim całą Warszawę. Chciałem koniecznie kupić kolarzówkę a ponieważ budżet nie był powalający to trudno było mi znaleźć coś ciekawego... w zasadzie to trudno było znaleźć cokolwiek Znalazłem ze dwa egzemplarze Rometa, ale ciężkie były jak cholera. Kto to kiedyś podnosił to wie o czym mówię, więc szukałem dalej. W końcu po kilku miesiącach poszukiwań trafiłem, bodajże w sklepie u pana Szurkowskiego dwa egzemplarze czeskiej Faworitki. Jeden w barwach jakiś różowo-zielonych o drugi czarno-fioletowy. Brzydkie toto było jak dwunasta w nocy, ale to nie były czasy na wybrzydzanie. Złapałem z dwojga złego tego czarno-fioletowego i już go nie puściłem. A parę osób pytało w sklepie czy go na pewno biorę. Wziąłem. Ile ja na nim kilometrów zrobiłem to nie zliczę (licznik kupiłem dopiero po kilku latach). Cała Polska i nie tylko. Najlepiej wspominam wyprawę z Warszawy do Lwowa i z powrotem. Jechaliśmy we trzech chłopa, z sakwami, namiotami i śpiworami, zupełnie na dziko, licząc na to, że jakoś to będzie. Mieliśmy na tą wyprawę 4 dni. Była to przerwa majowa, a potem trzeba było wracać na uczelnię. Dwa dni drałowaliśmy do Lwowa i niestety nie daliśmy rady wrócić w dwa do Warszawy. Przeciwności losu na granicy z celnikami ukraińskimi i awaria roweru kolegi zmusiła nas do wskoczenia do pociągu w Lublinie. Ale to temat na inną opowieść. Wystarczy powiedzieć, że rower przez cały czas spisywał się rewelacyjnie. Sprzedałem go zresztą nie bez żalu, dorzuciłem parę groszy i kupiłem swój pierwszy samochód - 18-letniego Fiata 125p Potem przewijało się jeszcze parę różnych sprzętów, aż zmuszony sytuacją zdrowotną, musiałem porzucić kilometry spędzone na siodełku na rzecz wycieczek niedzielnych Do tego celu musiałem kupić rower, który da mi dość prostą postawę podczas jazdy i właściwie nie miałem już większych wymagań. Trafił mi się fajny Pegasus Premio SL i tak już zostało do dziś. Przepraszam za jakość zdjęcia ale nic lepszego nie mam na podorędziu a rower z powodu mojej kolejnej operacji kręgosłupa odpoczywa jeszcze w garażu. Rower żadna rewelacja, ale chciałem tą opowiastką tylko zaznaczyć, że sporty rowerowe, jakiekolwiek by nie były to świetna sprawa. Może ktoś czytający się zachęci i wsiądzie na siodełko. Polecam wszystkim