No bez przesady IXI nie wchodziło w rachubę do mycia włosów . Masę ludzi uczulało, najlepsze było OMO z proszków do prania, ale albo bazar , albo PEWEX. W latach 60-tych i 70-tych standardem było mycie włosów raz na kilka dni , nawet raz na tydzień. Ponieważ pływałem wtedy w klubie i był problem z suszeniem włosów, codziennie rano po każdym treningu przed szkołą, rodzice zdecydowali obciąć mnie na krótkiego "jeża". Musiałem myć włosy codziennie po chlorze z basenu, nieraz dwa razy. I tak cały tym chlorem byłem odkażony, a oczy miałem jak królik. A jaki obciach był z powodu włosów. Za to na mieście miałem spokój, przez pewien czas bo uchodziłem z tego co "obcieli w poprawczaku" . Chyba dzięki temu obcinaniu włosów zachowałem wszystkie do dziś, jako jedyny wśród wszystkich męskich członków rodziny . Używało się szamponu piwnego, chmielowego, pokrzywowego , luksusem był jajeczny. Pamiętam jak moja mama układała włosy na piwo pod lokówki TYSKIE... A do fryzjera lubiłem chodzić , bo strzygła córka sąsiada - Hela, super laska, ale była starsza o 7-8 lat i to był jedyny sposób pogadania z nią . Potem wyjechała do Efu ...