Szkoda Chucka, sympatyczny gość, choć przyznam, że nie oglądałem jego filmów.
Ostatnio u mnie:
- "Wszystko na sprzedaż" - ale film, ponownie po kilku latach. Teatr TV przejrzałem, ale chyba nie dam rady przebrnąć na jeden raz Film natomiast teraz oglądało mi się lepiej niż za pierwszym razem. Wajda jest tu bardzo zainspirowany nową falą i Fellinim, co miejscami drażni, ale czasem daje interesujący efekt - szukał czegoś nowego, a od tego filmu zaczął się jego "prime time". Łapicki i Olbrychski są naprawdę ok, wybitny jest epizod Kobieli, a poruszający - mikroepizod Pawlikowskego. I nawet łatwiej było mi teraz przejść przez te wszystkie długie sceny z Czyżewską, Tyszkiewicz i Potocką Scena z malarstwem Wróblewskiego jest naprawdę wyjątkowa. Do tego bardzo fajna muzyka Korzyńskiego, trochę niedopasowana i przez to wnosząca taką nowofalową lekkość i dezynwolturę. Ciekawy film.
- "Wielki Marty" - świetnie oglądało mi się pierwsze 40 minut, później zacząłem się nieco męczyć, gdy historia skręca w dziwne rejony i dużo różnych przedstawicieli patologii wrzeszczy widzowi do ucha, na szczęście ostatnie 30 minut znowu dobre. Świetna postać japońskiego mistrza, tak samo reminiscencja z Holokaustu. Chalamet ma Elgina. Dobrze wypada muzyczny anachronizm z muzyką z lat 80., ukoronowany najlepszą piosenką dekady. Warto obejrzeć, ale wracać raczej nie będę. Na razie wciąż wygląda na to, że gdybym był w Akademii Filmowej, to głosowałbym na "F1".
- "Baryton" - smaczny mariaż późnego moralnego niepokoju z kinem retro w wykonaniu duetu Zaorski/Falk. Sieć intryg, nad którymi unosi się widmo nadciągającego hitleryzmu i zmierzchu oglądanego świata. No i oczywiście Piotr Fronczewski! Gdyby grał w USA, to dziś mówiłoby się: Hackman, Pacino, De Niro, Hoffman, Nicholson and Fronchesky.