BB58 Zdjęcie z https://www.lesrhabilleurs.com/ Jedno magiczne słowo: proporcje. Kiedy jakiś czas temu krytykowałem 79230N, że jest zbyt masywny a przede wszystkim ZBYT WYSOKI, to standardowo odzywały się głosy, że "nie każdy ma mały nadgarstek" Już pomijając kwestię, że od czasu Cartier Santos-Dumont (czyli pierwszego zegarka naręcznego) do teraz, przez 95% tego czasu dla męskiego zegarka obowiązywał standard średnio 36mm-40mm, to nie o średnicę tutaj chodzi tylko o p r o p o r c j e właśnie. Bo stary BB41 wygląda jak wspomnienie himalaisty z wyprawy na Meru: wielkie płaskie ściany po bokach. 79230N jest pięknym zegarkiem, co też zawsze podkreślałem, ale do ideału brakowało mu szczęśliwych proporcji. Jego zakup to była kwestia kompromisu: zgadzasz się na całe szczecie, które dostajesz w cenie tego zegarka, ale ustępujesz w kwestii proporcji (najwyżej jakiś utalentowany strap maker pomoże wypełnić przestrzeń między uszami). Naprawdę nie dziwię się osobom, które mają ten zegarek w kolekcji i serdecznie im gratuluję. Osobom, które posiadają wersję z ETA i różą na tarczy, kategorycznie odradzam sprzedaż. Niemniej jednak na rynek wchodzi BB58. Staram się dozować emocje, bo nikt z nas jeszcze go nie miał na nadgarstku, ale 11,9mm grubości? Zegarek cieńszy od współczesnego Sumbarinera? W dodatku żaden tam "homage" jak niektórzy twierdzą tylko odrębny byt z własnym DNA? In-house movement, 70h rezerwy, silikonowy włos? Nie ma opcji, ten zegarek jest skazany na sukces, a na takich forach jak to, to będzie największy pieszczoszek i oczko w głowie nie jednego z nas. Właściwie to już załóżcie mu temat "Policzmy Tudor Fifty-Eight" i niech czeka.