Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Piotr Orzechowski

Zarząd Stowarzyszenia KMZiZ
  • Liczba zawartości

    1389
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Piotr Orzechowski

  1. Jaki musiał być zegarek, aby spełnić standardy spółki Ball? Jak już pisałem na początku mojej relacji zapewne historia firmy Ball i standaryzacji pomiaru czasu na kolei w USA, zapewne wielu z Was jest dobrze znana. Nie chcę ponownie jej opisywać w tym miejscu, wiedząc, że doskonały opis jest na naszym forum (znajdziecie go tutaj: https://zegarkiclub.pl/forum/topic/156136-ball-watch-since-1891/?tab=comments#comment-2152901 ). Smutnym. Jest tylko to w tej historii, że jak w wielu innych przypadkach, tak i tu powodem zmian była tragiczna w skutkach katastrofa kolejowa. Dopiero po niej zwrócono uwagę na pilną potrzebę standaryzacji warunków technicznych jakie powinny spełniać zegarki kolejowe oraz w jakim reżimie powinny być serwisowane. Pierwszy raz czytając opis parametrów technicznych zegarków ze standardem „RR” miałem nieodparte wrażenie, że ktoś posłużył się już istniejącym standardem dotyczącym samej kolei. Mianowicie każdy pojazd kolejowy, w tamtych czasach w USA, taki i dzisiaj, musi spełniać rygorystyczne warunki dopuszczenia do eksploatacji. Dotyczy to zarówno momentu wprowadzenia danego typu pojazdu do ruchu, jak i ponownego dopuszczania do eksploatacji po każdym poziomie utrzymania. W przypadku zegarków oczywistym jest, że ilość parametrów jest istotnie mniejsza, niż w przypadku lokomotyw, czy też nawet wagonów. I tak zegarek, aby uzyskać certyfikat firmy Ball musiał mieć następujące cechy: · Nie mógł być zegarkiem krytym, czyli z zakrywającym cyferblat deklem, · Zegarek musiał mieścić się w rozmiarze 18 lub 16 (44,86 mm lub 43,17 mm), · Cyferblat musiał być biały, z kontrastującymi czarnymi cyframi arabskimi i czarnymi grubymi wskazówkami, · System nakręcania - koronka musiała być na godzinie 12, · Zegarek musiał posiadać minimum 17 kamieni, · System naciągu musiał być wyposażony w dwie zębatki, · Czas ustawiany miał być przy użyciu dodatkowej dźwigni pod deklem ze strony tarczy, nie w koronce, · Zegarek musiał być testowany w co najmniej 5 pozycjach, · Powinien bez negatywnego wpływu pracować w przedziale temperatur od 40 do 95 stopni Fahrenheita (od 4,5 do 35 °C), · Maksymalna tolerancja odchyleń +/_ wynosiła maksymalnie 30 sekund tygodniowo. Jeśli miałbym opisać tutaj warunki techniczne jakie muszą spełniać lokomotywy, to zabrakłoby tu miejsca, a pojemność serwerów mocno zostałyby ograniczona. Niech o skomplikowaniu i rygorystycznym podejściu do warunków jakie muszą spełniać lokomotywy, świadczy to, że proces homologacji lokomotywy zwykle trwa kilka lat i jest to tylko sam proces homologacji, natomiast prace od pomysłu wyprodukowania lokomotywy do postawienia jej prototypu trwają również kilka lat. W przeciwieństwie do zegarków, w Polsce mieliśmy trochę więcej szczęścia w przypadku lokomotyw i było kilka zakładów produkujących lokomotywy. Był to zakłady między innymi: we Wrocławiu, Poznaniu i Chrzanowie na Śląsku. Dzisiaj nadal w naszym kraju produkowane są zarówno lokomotywy jak i wagony. Ponadto kilka zagranicznych firm założyło tu swoje zakłady produkcji taboru, czasami przejmując już istniejące zakłady produkcyjne czy też dawne zakłady naprawcze. Z polskich zakładów, które produkują lokomotywy, wyróżniają się dwa: Pesa Bydgoszcz produkująca elektryczne lokomotywy Gama oraz Newag w Nowym Sączu produkujący czteroosiowe elektryczne Gryfiny i sześcioosiowe ciężkie lokomotywy elektryczne Dragon. Nie ma już jednak u nas produkcji lokomotyw spalinowych, która zakończyła się wraz z upadłością Zakładów Fablok w Chrzanowie. O świetności produktu tych zakładów niech świadczy to, że obecnie lokomotywy SM42 będące produktem tej fabryki są z powodzeniem modernizowane przez kilka zakładów w Polsce, między innymi Newag i po modernizacji mogą służyć kolejne 30 lat. Dlaczego w Polsce akurat produkuje się lokomotywy elektryczne? Powód jest oczywisty, Polska jest drugim po Niemczech najbardziej zelektryfikowanym krajem w Europie pod względem linii kolejowych, co pozwala w głównej mierze korzystać z tego rozwiązania. W przypadku USA sytuacja jest całkowicie inna. Głównym typem lokomotyw używanych w Ameryce Północnej są ciężkie lokomotywy spalinowe, tylko w niewielkim zakresie, głownie na terenach aglomeracji do ruchu pasażerskiego wykorzystywane są składy elektryczne. Użycie lokomotyw spalinowych w USA nie świadczy jednak o ich zacofaniu, lecz pragmatycznym podejściu do transportu towarowego. O stopniu zaawansowania kolei w USA niech świadczy chociażby poziom zautomatyzowania systemu sterowania ruchem i funkcjonujących systemów bezpieczeństwa, gdzie całość sterowana jest realizowana przy użyciu systemów komputerowych. Pozwala to między innymi na realizację przewozów kilometrowymi składami ciągniętymi przez kilka lokomotyw, gdzie do ich obsługi potrzebny jest tylko jeden maszynista. Dla porównania w Polsce nadal używamy starego systemu bezpieczeństwa SHP, używamy sprzęgów śrubowych, co znacznie ogranicza możliwość zwiększenia przepustowości linii i wymaga większego zaangażowania ludzi w realizacji przewozu. Dzisiaj w Polsce jak i w całej Unii Europejskiej wprowadza się jeden zautomatyzowany system bezpieczeństwa, który o ile uda się go wdrożyć pozwoli nam na automatyzację ruchu po roku 2035. Wracając jednak do zegarków. Poza parametrami technicznymi, zegarki musiały być również utrzymywane w określony sposób. Jednym z parametrów technicznych była bowiem ich punktualność – zegarki nie mogły mieć większych tygodniowych odchyleń niż 30 sekund. Ten parametr może świadczyć o tym, że musiał być prowadzony serwis zegarków, gdzie co jakiś czas weryfikowano ich punktualność i dokonywano koniecznych napraw czy też wykonywany był ich serwis: czyszczenie, smarowanie, wymiana zużytych części. Niestety nie dotarłem do żadnego opracowania, w którym opisane byłyby poszczególne czynności w określonych cyklach. Niewątpliwie jednak chcąc utrzymać zegarki w odpowiednim stanie i zachować certyfikat, zegarki musiały mieć podobne zasady utrzymania jak lokomotywy, które również mają swoje systemy utrzymania. Każda lokomotywa po określonym czasie lub przebiegu musi mieć wykonane ściśle określone czynności utrzymania, bez których wykonania nie może być dopuszczona do ruchu. Co do zasady zgodnie z przepisami utrzymanie lokomotyw można podzielić na pięć poziomów – oznaczanych dla uproszczenia symbolami od P1 do P5, gdzie P1 to najniższy poziom utrzymania z częstotliwością realizacji zależną od typu lokomotywy co dwa tygodnie lub cztery miesiące i przebiegiem od kilku tysięcy km do kilkudziesięciu tysięcy km. P5 natomiast jest najwyższym poziomem, podczas którego wykonywana jest naprawa główna lokomotywy czy też jej modernizacja. I tu moment jej wykonania powiązany jest z przebiegiem lub czasem eksploatacji danego typu lokomotywy, co 8 lub 32 lata albo po przebiegu 600 tys. km lub 1,2 mln km. Jak można zobaczyć w dawnych czas zegarek stanowił istotny element właściwej realizacji przewozów, bez którego bezpieczne przewiezienie towarów czy ludzi nie byłoby możliwe. Można nawet uznać, że był częścią wyposażenia lokomotywy. Początek składu towarowego. Trzy lokomotywy. W składzie były jeszcze dwie w środku i jedna na końcu składu.
  2. Pożegnanie z zachodnim wybrzeżem. Za nami noc w Big Sur. Trochę straszna, trochę magiczna. Spanie w domku traperskim otoczonym wielkimi sekwojami (red woods) gdzie natura zdaje się wchodzić do środka ze wszystkich stron – odgłosami nocnych ptaków i nieznanych zwierząt, zapachem lasu, przenikliwym chłodem bezchmurnej nocy i szumem oddalonej rzeki, zwielokrotnia poczucie obcości tego świata, który jeszcze nie tak dawno był dobrze znany, jak kumpel ze szkoły, a dzisiaj jest już tylko wspomnieniem. Ukojenie znajdujemy w obserwacji nocnego nieba, które nie jest nam obce, tylko z tą różnicą, że dzisiaj widzimy je jakby było w wysokiej rozdzielczości. Zasypiamy. Ranek wita nas chłodno, słońce ledwo przebija się przez nisko zawieszone chmury. Czas przespacerować się po magicznym lesie Red Wood Big Sur. Choć wiemy, że w Sequoia National Park zobaczymy znacznie większe sekwoje, to i tak te w Big Sur robią na nas ogromne wrażenie. Kiedyś całe zachodnie wybrzeże było opanowane przez te wielkie, dumnie pnące się w górę drzewa, a dzisiaj są tylko cieniem okresu swojej świetności. Czas ruszać w drogę. Przed nami blisko 400 kilometrów drogi, w pierwszym swoim odcinku krętymi drogami zachodniego wybrzeża. Poranna mgła tworzy wspaniałą scenerię do zrobienia jeszcze kilku zdjęć naszym bohaterom podróży. Opuszczając Big Sur, już za nim tęsknię. Nie dziwię się, że Henry Miller na jeden z okresów swojego życia wybrał właśnie to miejsce. Nie wiem czy w Big Sur mógł być nielogiczny i nierozsądny, jak marzył jeden z bohaterów jego książek, ale na pewno mógł wyrwać się tu na wolność i cieszyć się życiem. W Big Sur znajdziecie magiczne miejsce poświęcone jego twórczości: The Henry Miller Library. Jadąc wzdłuż zachodniego wybrzeża zatrzymujemy się jeszcze kilka razy, to podziwiając słonie morskie wylegujące się na plaży niczym grupa spragnionych morskich kąpieli turystów, czy też chcąc na pożegnanie pomoczyć nogi na plaży w San Simon Bay niegdyś należącej do Williama Randolpha Hearsta. Do dziś jest tam wiele miejsc upamiętniających jego osobę. Czas pożegnać Pacyfik i rozpocząć wędrówkę w głąb kontynentu. Po kilku godzinach podróży przez najbardziej rolniczy obszar Kalifornii, co jakiś czas mijając winnice przypominające nam te z Toskanii, docieramy do Three River – miejsca, z którego rozpoczniemy naszą podróż po Parku Sekwoi. Na zegarkach nasze przeżycia raczej nie robią wrażenia. Naręczny nieco rozpłynął się na zdjęciu, niczym zegar Salvadora Dali w obrazie „Trwałości pamięci” po kąpieli w zimnych wodach Big Sur River. Niestety różnica czasu między nimi się zwiększa. Dzisiaj dochodzi do 95 sekund, czyli mamy kolejne 14 sekund dobowego odchylenia. Pomimo takiej różnicy, uważam, że staruszek całkiem nieźle sobie radzi. Wiem, że niezbyt wiele jest na razie o kolei. Jutro postaram się to nadrobić i opisać warunki techniczne jakie musiały spełniać zegarki, aby uzyskać certyfikat spółki Ball a jest to dosyć mocno powiązane z koleją. Rzeka Big Sur Ball w odmętach rzeki. Staruszek tylko na kamieniu. Czerń Balla w czerni wypalonego pnia Sekwoi. Poranna sesja. Słonie morskie. Pożegnanie z wybrzeżem. San Simon Bay.
  3. To próbujemy dodać zdjęcia. Hala odlotów w Chicago. I już na pokładzie. W drodze do Big Sur Sesja nad klifami.
  4. Cieszę się, ze udaje mi pisać w interesujący sposób Zgadza się, wzorcem jest zegar z telefonu. pozdrawiam Piotr
  5. Dzień Niepodległości – Podróż do Big Sur. Dzisiaj jest 4 lipca, Amerykanie świętują Dzień Niepodległości, w której mamy swój niemały udział. Po ponad stu dwudziestu latach tym razem my mogliśmy liczyć na pomoc USA w odzyskaniu naszej niepodległości. Przyjaźń Ignacego Paderewskiego z 28 Prezydentem USA Wilsonem Woodrow zaowocowała istotnym wsparciem, którego zwrotnym punktem było przemówienie do kongresu, gdzie zapowiedział odbudowę Polski. I tak, i my po 123 latach wreszcie zaczęliśmy cieszyć się z niepodległości. Co prawda tylko na krótko, jednak ducha niepodległości nie zniszczyły już kolejne lata radzieckiej okupacji i ostatecznie od 1989 toku możemy ponownie cieszyć się wolnością. Miejmy nadzieję, że na dłużej. W tym ważnym dla każdego Amerykanina dniu, zaplanowaliśmy pierwszy etap naszej podróży po autostradach i drogach Kalifornii. Po wylądowaniu na lotnisku w San Francisco odebraliśmy nasz samochód i obraliśmy pierwszy kurs na autostradę nr 1 biegnącą zachodnim wybrzeżem. Każdy kto słyszy zachodnie wybrzeże USA, może mieć przed oczami kręte drogi położone gdzieś wysoko na klifach obmywanych przez wody Pacyfiku. Rzeczywistość nie zawiodła wyobrażenia. Dwupasmowa droga szumnie nazywana autostradą nr 1, to pnie się w górę pozwalając podróżnym w wolnym tempie podziwiać przepiękne zatoki i mosty wiszące nad klifami, to znowu opada, aby swoją czernią asfaltu przedzieloną charakterystycznym dla USA żółtym pasem, kontrastować z wielobarwnymi piaskami plaż. Tu i ówdzie budowniczy drogi lub opiekunowie parku pozostawili dłuższe lub krótsze odcinki szutrowego pobocza, aby spragnieni widoków przybysze mogli na moment się zatrzymać i podziwiać krajobrazy zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej. I nam również udzielił się ten klimat. Kilka minut postoju pozwoliło również na zrobienie krótkiej sesji zdjęciowej z zegarkami. Niestety ze względu na wydłużony czas odbioru samochodu z lotniska musieliśmy nieco zrewidować nasz plan dnia i wykreślić z niego podróż do Sacramento. Z wielkim bólem wykreślałem tą pozycję naszej podróży, zwłaszcza, że to już drugi raz, jak czas zmusza mnie do pominięcia tego punktu z mapy podróży. Wielka szkoda, ponieważ byłaby to pierwsza okazja, kiedy mógłbym opowiedzieć o amerykańskiej kolei okraszając ją zdjęciami z jednego z największych muzeów kolei w USA. Jednak pomimo wykreślenia Sacramento z mapy naszej samochodowej wędrówki, pozwolę sobie na kilka słów o muzeum i jego zbiorach. To właśnie w Sacramento można dowiedzieć się i obejrzeć wystawę poświęconą bezimiennym budowniczym kolei transkontynentalnej, którymi byli słabo opłacani Chińczycy, poznać historię złotego gwoździa (Golden Spike), na którego wykucie złoto podarował sam wykonawca linii kolejowej David Hewes, czy wreszcie podziwiać pierwsze lokomotywy parowe kursujące linią transkontynentalną. Muzeum posiada również w swoich zbiorach kilka czynnych parowozów, które ciągnąc wagony z epoki pozwalają na przyjemną turystyczną przejażdżkę, podczas której można cofnąć się w czasie do okresu świetności kolei żelaznych. Za nami kolejny długi dzień: czterogodzinny lot z Chicago do San Francisco, blisko 300 kilometrów po kalifornijskich drogach zdominowanych przez amerykańskie rodziny spieszące się by dotrzeć do zarezerwowanego hotelu lub campingu i zacząć celebrować jeden z najważniejszych dni dla każdego z nich. Zegarki Ball w dalszym ciągu odmierzają czas wędrówki. Każdy wskazuje już nieco inny czas, ale różnicę nadal można liczyć w dziesiątkach sekund. Staruszek łapiąc lekką zadyszkę, dotrzymuje kroku swojemu młodszemu koledze, na którym zdaje się, że ta podróż nie robi większego wrażenia. Kolejna dobowa różnica to: 12 sekund, czyli mamy już 81 sekund różnicy. Co najważniejsze do 30 lipca kieszonkowy Ball będzie mógł nieco odetchnąć i odpocząć od lotniczych podróży, które wyraźnie mu nie służą. Jutro czekają nas kolejne wrażenia, w cieniu najwyższych drzew - Sequoia National Park. Obecnie jest już nie siedem a dziewięć godzin różnicy czasu między Polską a miejscem naszego pobytu. I jest to największa różnica czasu dzieląca nas z Polską w naszej podróży. Także u mnie dochodzi 20:00 4 lipca, a Wy za moment będziecie szykować się do pracy 5 lipca, gdyż w Polsce dochodzi 5:00 nad ranem. Jeszcze nie kładąc się spać, życzę Wam dobrego dnia. Poniżej kilka zdjęć z dzisiejszej podróży. Hala odlotów krajowych w Chicago. Niestety z dodania zdjęć nici. I w USA w środku lasu internet jest zbyt słaby na przesłanie zdjęć. Jutro powinno się udać.
  6. Dziękuje. Oczywiście będzie również o kolei. Niestety dzisiaj musiałem zrezygnować z podróży do Sacramento i skierować się bezpośrednio do Big Sur. Relacja będzie za kilka godzin. Dopiero co dotarliśmy do celu. Pozdrawiam Piotr Może w powrotnej.😉
  7. Bardzo dziękuję. Pozdrawiam z lotniska w Chicago.
  8. Drugi dzień w Chicago – uczta dla duszy. Kolejny dzień w Chicago postanowiliśmy spędzić w muzeum, a dokładnie w Art. Institute of Chicago. Nasze postanowienie - tylko jedno muzeum na dzień. Skąd takie postanowienie? Z doświadczenia. Kilka lat temu spędzając wspaniałe chwile w Nowym Jorku, postanowiliśmy jednego dnia zwiedzić: Solomon R. Guggenheim Museum, The Metropolitan Museum of Art i Museum of Natural History. Wszystkie były wspaniałe, ale jednocześnie, jak już wcześniej wspominałem, w Ameryce wszystko jest największe i to spowodowało, że po The Met, w Guggenheim Museum wystawy oglądaliśmy prawie na czworaka a w Museum of Natural History nasze bateryjki wyczerpały się w ¼ muzeum, kończąc oglądanie jako jedni z ostatnich. I w ten sposób chcąc zwiedzić wiele, obejrzeliśmy niewiele. Jak widać podróże kształcą. Także teraz celem jest tylko jedno muzeum na dzień. Dlaczego Art. Institute of Chicago? Ponieważ najzwyczajniej w życiu warto. Muzeum położone jest u zbiegu S Michigen Ave. I W. Adams Street. W tym samym miejscu swój początek ma najsłynniejsza droga USA: Route 66. Także czekając w kolejce dla szczęśliwych posiadaczy City Pass, mogliśmy jeszcze zrobić kilka zdjęć znaku oznajmiającego, że tu właśnie zaczyna się Route 66. Na jej końcu już byliśmy w Santa Monica. W ten sposób mamy już na naszej liście miejsc dwa jej punkty. Podczas tegorocznej podróży jeszcze kilkukrotnie będziemy mieli przyjemność przecinać tą drogę lub nawet się po niej poruszać. Ale wracając do muzeum. W jej zbiorach znajdują się dzieła takich znakomitych malarzy jak: Cézanne, Georgii O’Keeffe, Edwarda Hoopera, Jamesa McNeilla Whistlera, Claude Moneta, Vincenta Van Gogha, Paula Gauguina i wielu innych. Znajdziecie tu również dzieła współczesne, jak chociażby Andy Warhola. Pomimo wielkiej podniosłości chwili związanej z możliwością obcowania z tak wysoką sztuką, mi w głowie wciąż kołatało prymitywne zestawienie tych dzieł z najmłodszą ze sztuk, czyli filmem. Przechodząc przed dziełem Whistlera, miałem przed oczami starą kobietę na krześle z wielkim wymalowanym nochalem przez Rowana Atkinsona z filmu Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm. Patrząc na stogi siana Moneta widziałem Alana Rickmana pożądającego tych obrazów do tego stopnia, że traci dla nich głowę, tracą jednocześnie jedyny ich oryginał. To oczywiście z filmu Gambit, czyli jak ograć króla. I ostatecznie, może trochę romantycznie, podziwiając inne obrazy Moneta – Lilie wodne, cieszę się, że nie zostały utracone podczas tragicznej katastrofy Tytanica gdzie miało to miejsce w filmie Jamsa Camerona o tym samym tytule. Może to pogoda tak na mnie wpłynęła, a może najzwyczajniej tacy jesteśmy – „pół żartem, pół serio”. W muzeum znalazłem też coś dla miłośników zegarów. Kilka z nich mnie zaciekawiło przez co pozwoliłem sobie zamieścić ich zdjęcia poniżej. Po muzeum czas na obiad, za cel obraliśmy Hard Rock Cafe, bez szaleństwa, ale dzisiaj nie ma już czasu na eksperymenty kulinarne. Na dzisiaj jeszcze zachód słońca oglądany ze Skydeck na Willis Tower i jutro rozpoczęcie właściwej części przygody – San Francisco i ponad 8000 km drogi przed nami. A jak się mają zegarki? Całkiem nieźle. Bardziej martwię się o ponad stulatka niż o nowego Balla. Ten radzi sobie doskonale. Automat działa perfekcyjnie, zero dokręcania od startu we Wrocławiu. Różnica wskazań - 69 sekund. To mamy kolejny rekord, tylko dodatkowe 5 sekund na dobę. Chyba jednak podróż samolotem miała wpływ na działanie kieszonki. Jutro zobaczymy jak przelot z Chicago do San Francisco wpłynie na jego pracę. Początek Router 66 i jej koniec w Santa Monica (zdjęcie z poprzedniego. wyjazdu) Zdjęcia zegarów z muzeum. Kilka obrazów do samodzielnego rozpoznania. I sesja na SkyDeck Willis Tower.
  9. Panowie, tak jak w przypadku innych dziedzin nauki, np. medycyny, tak i tutaj można podać w informacji dla sądu w czym się specjalizujemy. Wydawanie opinii nawet w dziedzinie, w której jest się biegłym sądowym ale nie ma się specjalistycznej wiedzy jest, całkowitym błędem i może narażać strony na wyrok oparty o niewłaściwe ustalenia. W mojej pracy zdarzało się, że powoływany był biegły z zakresu medycyny ale posiadający tylko wiedzę w zakresie medycyny ogólnej a mój klient był np. lekarzem ze specjalizacją anestezjologa. Konfrontacja na sali rozpraw była bardzo przykra dla biegłego ponieważ podczas rozprawy wykazywaliśmy nieprawidłowości w opinii. Inną sprawą jest to, że biegłych sądowych z niektórych dziedzin brakuje i wtedy sądy ratują się jak mogą aby pozyskać wiedzę "ekspercką".
  10. Pierwszy spacer – Chicago Pierwsza myśl po przebudzeniu w hotelu – jest godzina 6:00 czasu lokalnego (w Polsce 13:00), jestem wyspany, czyli jetlag mnie ominął, cały dzień przede nami. Niestety ta pierwsza myśl była błędna, ponieważ ja już o 20:00 w łóżku zdrowo chrapałem, moja małżonka poległa około 15:00. Tylko syn zdaje się poradził sobie z tym zjawiskiem i poszedł spać o 23:00. Pomimo skróconego dnia udało nam się zrobić pierwszy spacer po Chicago. Niezbyt długi - 15 km. Standardowo zaczynamy od spaceru, zasadniczo omijając główne turystyczne szlaki. Nazywamy to rozpoznaniem, szukając interesujących miejsc. Oczywiście nie jesteśmy już tak odważni jak kiedyś, gdy do zoo w Dallas wybraliśmy się spacerem przez dwie dzielnice mieszkalne zamieszkane przez Afroamerykanów i Latynosów. Wtedy mieliśmy chyba szczęście i dotarliśmy do zoo bez większych problemów, szokując jedynie mieszkańców tych dzielnic swoją obecnością. Wracaliśmy z zoo już metrem. Później dowiedzieliśmy się, że po Dallas poza centrum się nie spaceruje. Także tym razem ograniczaliśmy się do centrum. Każde z nas ma swoje pasje i w ustalonym obszarze szukamy miejsc związanych z naszymi zainteresowaniami. Mój cel był oczywisty kolej i zegarki. W przypadku Chicago to nie był większy problem, jeśli chodzi o kolej. Chicago to największy węzeł kolejowy. W mieście krzyżuje się 41 linii kolejowych a w dobie uruchamianych jest ponad 1500 pociągów. Centrum swoją nazwę zawdzięcza również kolei, to tzw. pętla – Loop, ponieważ z trzech stron otoczone jest liniami kolei nadziemnej a z jednej strony jeziorem. Poniżej kilka zdjęć kolei nadziemnej i węzła kolejowego przechodzącego w tunelach pod ziemią. W tym obszarze mieszczą się również główne atrakcje turystyczne, takie jak choćby słynna od kilku lat srebrna fasolka (czy też inaczej nazywana Cloud gate) położona w Millennium Park. Niestety odbicie od jej srebrnej powierzchni powoli w dolnych jej częściach przypomina chrom na starych wysłużonych oldsmobilach i takie też odbicie było moich zegarków. Tu znajdziecie również Art Institute of Chicago (cel naszego kolejnego spaceru w dniu jutrzejszym), Willis Tower (dawniej Sears Tower). Nazwę Sears Tower możecie pamiętać z komedii Sylwestra Chęcińskiego „Kochaj albo Rzuć”, ostatniej części trylogii opisującej historię dwóch rodzin repatriantów Pawlaka i Kargula. Tak samo jak możecie z niej pamiętać słowa: „W USA wszystko jest największe: budynki są największe, ulice są najszersze ...”, i tak w istocie jest. Chicago przytłacza swoim monumentalizmem, przepychem i bogactwem. Dzisiaj to trzecie co do wielkości miasto w USA po Nowym Jorku i Los Angeles. Przetrwało wielki pożar i deindustrializację, ciesząc swoim pięknem i bogactwem mieszkańców i jego gości. Z historii produkcji zegarków w Chicago poszukiwałem miejsca pierwszej siedziby spółki Elgin, ale niestety nie oparła się ona przemianom i obecnie w tym miejscu znajduje się jeden z budynków stanowych. Poszukam jeszcze śladów tej wielkiej firmy działającej i produkującej zegarki, pod koniec mojej podróży w mieście Elgin, położonym kilkadziesiąt kilometrów od Chicago. A jak się mają nasi bohaterowie podróży. Całkiem dobrze znoszą trudy pieszych wycieczek i upałów. Różnica czasu: 64 sekundy. Chyba od początku podróży najmniejsze dobowe odchylenie: 17 sekund. Zegarki cały czas towarzyszą nam w podróży. Poniżej kilka zdjęć ze spaceru. I jeszcze taka ciekawostka, w USA nadal bardzo popularna jest reklama na niebie, czyli baner ciągnięty za samolotem. Na zdjęciu jeden z takich przykładów – reklama nowego filmu. Towarzyszyła nam przez cały dzień naszego spaceru po Chicago. Kolej nadziemna - słynne metro w Chicago. Magistrala kolejowa cześciowo przebiegająca w tunelach pod Chicago. Na zdjęciu wraz z naszymi bohaterami. Słynna srebrna fasolka z odbiciem zegarków. I coś dla miłośników zegarów wieżowych. I dawne miejsce siedziby spółki Elgin. Na drugim zdjęciu Willis Tower.
  11. Przylot do Chicago. Przelot z Warszawy do Chicago przebiegł bez większych komplikacji. Wystartowaliśmy z Warszawy z blisko dwugodzinnym opóźnieniem. Powód: opóźnione loty transferowe. I taka ciekawostka. Na myśl o lotach transkontynentalnych przywołujemy obraz wielkiego samolotu zaparkowanego przy terminalu, z którego rękawami majestatycznie, zaznaczając doniosłość tej chwili, kroczymy do dreamlinera. Ten lot burzy to wyobrażenie. Do samolotu, zaparkowanego gdzieś z dala od głównej hali lotniska zawieziono nas autobusami. I nici z kroczenia. Szybki bieg do schodów dostawionych do samolotu (zdjęcie zegarka z samolotem w tle to oddaje). Przez chwilę ma się wrażenie, że to lot Bombardierem Q400 z Wrocławia do Warszawy, czyli zwykła krajówka. Aby jednak odzyskać trochę tego podniosłego nastroju lotu do USA, można na chwilę przystanąć na szczycie schodów przed wejściem do samolotu, obrócić się i pomachać, nie wiadomo do kogo na pożegnanie, uważając, aby nie stoczyć się z nich jak Leslie Nielsen w jednej ze swoich komedii, parodiując prezydenta Stanów Zjednoczonych wsiadającego do Air Force One. Wspięliśmy się, pomachaliśmy i wsiedliśmy do naszego Air Force One. Pierwsze pokładowe zdjęcie zegarków i lecimy. Jak widać kieszonkowy Ball już odstaje 4-5 sekund od naręcznego. Po blisko 9 godzinach lotu lądujemy w Chicago. Planowany czas przylotu: 19:35, rzeczywisty: 20:35. To czas lądowania. Z lotniska po kontroli granicznej, odebraniu bagażu i kontroli celnej wychodzimy o 21:10. Mieliśmy szczęście, przed nami nie było żadnych przylotów międzynarodowych i okienka do odprawy celnej były tylko dla nas. Zwykle trwa to sporo dłużej, np. w Nowym Jorku czekaliśmy na odprawę ponad dwie godziny. Do hotelu mieszczącego się w samym centrum Chicago jedziemy taksówką. I tak docieramy do pierwszego miejsca naszego postoju o godzinie 22:00. W Polsce jest już 5:00 2 lipca. My jeszcze cieszymy się dwiema godzinami 1 lipca. Jak się mają zegarki. Dobrze, oba zniosły trudny lotniczej podróży. Różnica wskazań: kieszonkowy spóźniony w stosunku do naręcznego o 47 sekund. To już sporo. Mając na uwadze standard RR Ball, kieszonkowy nie powinien mieć większego odchylenia niż 30 sekund na tydzień. Tylko jedna uwaga, kolejowe zegarki nie były przeznaczone do lotów transkontynentalnych a właściwie do żadnych lotów i naświetlań rentgenem. I jeszcze jedna istotna informacja. Poniżej zdjęcie mapy mojej podróży. Niestety nie udało mi się zrobić nic lepszego. Mam nadzieję, że w miarę czytelna (ta przerywana linia to przelot z Chicago do San Francisco, strzałki to podróż samochodem). Jeśli nie, to prośba o maila. Podam wtedy miejsca moich planowanych noclegów, tak aby można było zestawić je z mapką.
  12. Przygodę czas zacząć. To zaczynamy. Zegarki wyregulowane, na tyle ile potrafiłem to zrobić, karty pokładowe wydane, pierwsza kontrola we Wrocławiu za nami. Zegarki przeszły ją wzorowo. Rentgen nic nie wykazał, a naświetlanie im nie zaszkodziło. W przypadku kieszonkowego to spore wyzwanie, ale nie pozwolono mi go przenieść bez prześwietlania. Zobaczymy czy nie wpłynie to na pomiar czasu. Poniżej kilka zdjęć.
  13. A u mnie taki się dzisiaj pojawił, ale nie na dzień ojca. 😉
  14. Dobry wieczór, dziękuję Eugeniuszowi za możliwość bieżącego przekazywania informacji z realizacji projektu. Mam nadzieję, że uda mi się w sposób mało męczący i w miarę dostępny, relacjonować postępy mojej podróży przez czternaście stanów USA. Sama podróż jest w pewnym sensie projektem, ale przy okazji ostatniego Finału WOŚP przyszło mi do głowy, że przy okazji wyjazdu mogę zrobić projekt, który będzie związany z krajem, do którego się wybieram, jedną z pasji mojego życia, czyli kolekcjonowaniem ciekawych zegarków oraz pracą, która jest moją drugą pasją, koncentrującą się na kolei. Połączenie było oczywiste: USA – Ball – Kolej. Początkowo projekt miał polegać na: 1. kupieniu za rozsądną cenę kieszonkowego zegarka Ball (do naprawy), 2. naprawienie zegarka, 3. zabranie go w podróż przez Stany, 4. przy okazji wyjazdu przygotowanie fotorelacji z podróży z zegarkiem Ball, 5. wykonanie foto albumu, 6. wystawienie zegarka wraz z foto albumem na aukcji WOŚP. Plan jednak uległ zmianie. Przy okazji spotkania w Warszawie, chyba podczas wieczoru autorskiego, na którym prezentowana była książka Benjamina Czapli, opowiedziałem Eugeniuszowi o moim wyjeździe. W rezultacie projekt nieco uległ modyfikacji. W podróż zabiorę nie jeden, a dwa zegarki i nie będzie to tylko przejazd z zegarkami po USA i zrobienie im kilku fotek, ale pewnego rodzaju test. Dzięki uprzejmości firmy Ball do projektu dołączył naręczny zegarek firmy Ball z kolekcji Engineer III Ohio. Bardzo dziękuję Panu Piotrowi za zaufanie i przekazanie do projektu całkowicie nowego zegarka Ball. Myślę, że wiele osób na forum zna historię firmy Ball i jej powiązania z koleją. Jeśli jest jednak ktoś, kto jeszcze jej nie zna, to odsyłam do wątku dotyczącego zegarków Ball na naszym forum, gdzie bardzo dokładnie opisał tą historię jeden z naszych forumowiczów. Na czym będzie polegał test. Pomysł jest dosyć prosty. Zegarki Ball miały i mają charakteryzować się niezawodnością i punktualnością niezależnie od warunków w jakim przyjdzie im pracować. Stąd bardzo rygorystyczne warunki techniczne oraz wymagania co do serwisowania zegarków Ball. Jakie warunki? To pozwolę sobie opisać w kolejnej odsłonie. W każdym razie w momencie wylotu z Polski oba zegarki zostaną zsynchronizowane i od tego momentu będę dbał tylko o to, aby się nie zatrzymały. Podczas podróży będziecie świadkami czy zegarki dalej zachowują ten sam czas i ostatecznie, 31 lipca otrzymamy finalny rezultat. Jest to test a nie zawody, ponieważ trudno do maratonu wystawiać pradziadka a nawet prapradziadka z wnuczkiem. Oczywiście, tłem tego testu będą krajobrazy i informacje z podróży. Poniżej kilka informacji w liczbach: 14 Stanów, 14 Parków, 5032 mil (8098 km) do przejechania, trzy strefy czasowe, 27 miejsc postoju, 31 dni podróży, trzy osoby, jeden samochód i dwa zegarki. A jaki będzie finał. Taki jak zwykle: Finał WOŚP i licytacja zegarka kieszonkowego na finale wraz z albumem zawierającym fotorelację. Na jakiej aukcji charytatywnej będzie można wylicytować naręcznego Balla, to pozostawiam Panu Piotrowi do wskazania. Ja ze swojej strony dołączę do niego drugi album z podróży. PS. Jeśli ktoś będzie miał pytania co do samej podróży, jej organizacji lub będzie miał pomysły na odwiedzenie przeze mnie jakichś ciekawych miejsc na szlaku mojej podróży i pokazanie tego na forum, to uprzejma prośba o maile. Poniżej prezentacja obu bohaterów podróży:
  15. U mnie pojawił się mój pierwszy naręczny Ball. i tak dla porównania kieszonkowy.
  16. U mnie pojawił się mój pierwszy naręczny Ball.
  17. Dzisiaj dołączyły takie oto: Rakieta automat górnicza Pobieda i Molnia Magenta dla niewidomych.
  18. A u mnie dzisiaj taki dołączył do kolekcji w rzemieślniczej.
  19. To już po naprawie i uzupełnieniach. Wskazówki w jednym niestety od ruskiego ale chyba dają radę. No i "Towarzyszka" po naprawie czyszczeniu. I takie porównanie "Flipa i flapa".
  20. To Ciebie przechrzciłem, oczywiście od Pawła.
  21. Dzisiejszy zakup od Grzegorza w Świdnicy. Same "pozłotka" 😉
  22. Dzisiejszy zakup w Świdnicy Poltik Gloriosa z 73 roku.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.